piątek, grudnia 24, 2004

Oli to dobrze!

Dostała niezłą szkołę życia ale sama chciała. I teraz wygląda na to, że wyszła na prostą. I nie będzie musiała siedzieć w tym domu wariatów pełnych nienawiści do całego świata.
No ale by nie było tak całkiem desperacko: od przedwczoraj nie jestem już zrazikiem. Od razu lepiej, swobodniej. I od dzisiaj świętujemy!!!

poniedziałek, grudnia 20, 2004

36 lat temu.

Siedzę sobie i słucham koncertowej płyty Janis Joplin z Big Brother and The Holding Company. Jest tak, jak 36 lat temu.
Czas zacząć rozsyłać życzenia świąteczne. Jutro przed południem zrobię część zasadniczą.

piątek, grudnia 10, 2004

Koniec SRE (chyba).

Po długiej przerwie wróciłem do SRE. Zasadniczo ją skończyłem. Może, jeśli będzie okazja, jeszcze to i owo pouzupełniam.

Skarpetka.

Wróciłem przedwczoraj, po dwóch dobach. Jak stara skarpetka ale dobrze jest.
A teraz zasypuję Klaudynę materiałami z matur próbnych, niech ma się na czym przygotowywać.
Magda robi ze mnie nieetatowego gamonia, paskuda jedna.

niedziela, grudnia 05, 2004

Może by tak wystartować w konkursie piękności?

Jutro znikam na jakiś tydzień. Mam nadzieję, że nie na dłużej. A po powrocie mam być zdatny do startu w konkursie piękności. Jak się ten lifting uda. Najbardziej na moim szybkim powrocie zależy Kasi, bo, jeśli nie zdążę, będzie musiała zastąpić mnie na wykładzie. Ten mus ją okrutnie onieśmiela. Ale ostatecznie ma te 30 lat doświadczenia w pracy dydaktycznej oraz wykształcenie matematyczne. A może taki występ przyda jej się w przyszłości?
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Padła Air Polonia. I z tego powodu Ola przyjedzie WizzAirem o tydzień wcześniej. Dobrze, że przed wyjściem dzisiaj na wykład zgodnie ze swoim zwyczajem sprawdzałem pocztę i zobaczyłem pierwsze doniesienia o wielkim upadku. Zdążyłem zawiadomić Kasię i Olę, a Ola zdążyła zarezerwować sobie bilet. Jeszcze muszą pokombinować z Pierrem nad powrotem.

wtorek, listopada 30, 2004

Ha! Jestem wielki! Cha, cha!

Oglądanie telewizyjnych transmisji z posiedzeń sejmowej komisji śledczej (przez niektórych zwanej pościgową) to bardzo fajna sprawa. Patrzę, patrzę i rośnie moja samoocena. Nabieram coraz silniejszego przekonania, że jestem dobry, że jestem niesłychanie uczciwy, a przede wszystkim, że jestem mądry, bardzo mądry. Byle tylko megalomanem się nie stać. Jak ja zniosę brak dostępu do telewizora w przyszłym tygodniu?
Jutro jadę z Dziadkiem do Zgorzelca.

sobota, listopada 27, 2004

Cofnął się czas.

Na prośbę Wojtka P. pojechałem dzisiaj w jego zastępstwie z jego dziećmi na trening techniczny. 4 km na południe od Strzelina. Ostatni raz uczestniczyłem w takim wyjeździe z tak małymi dziećmi co najmniej 10 lat temu.
Było mokro i trochę zimno. Trasy projektował Krzysiek W. Nieco za trudne mu wyszły, więc impreza przeciągnęła się o blisko godzinę. Takie już moje szczęście i właśnie dlatego nie przepadam za pracą na mecie. Ale w sumie jestem zadowolony z tej okazji. Napisałem Wojtkowi, że chętnie pobawiłbym się w to jeszcze w przyszłości. Następna okazja ma być w grudniu. Nie wiem jednak, czy będę mógł w niej uczestniczyć, bo planowo tydzień po 6 XII powinienem mieć całkowicie wykreślony z życia. Ale jeśli wyjazd byłby później, to czemu by w nim nie uczestniczyć?

piątek, listopada 19, 2004

I dobrze i źle.

Mogłem napisać, jak w piosence: "Trochę dobrze, trochę żle".
No więc Ola chyba się załapała na robotę w Anglii. Doskonale, że to w jej specjalności, dokładnie tak, jak chciała. Najlepsze byłoby, gdyby zainstalowała się w tej samej miejscowości, w której jest Łukasz (nie znam nazwy, zapytałem Klaudynę, może mi napisze). Co prawda widzieli się ostatni raz, gdy oboje byli małymi dziećmi, prawie się nie znają, ale mogłoby być im raźniej, gdyby mieli świadomość, że są blisko siebie.
Kasia wróciła wieczorem do domu z niemiłą wiadomością: dwóch Pawłów zrobiło okropne głupstwo i wpadło w paskudne tarapaty. A jak znam życie i pewnych ludzi, będzie jeszcze gorzej.

czwartek, listopada 18, 2004

Jestem normalny.

Wczoraj Pan P., trafikarz, zaszczycił mnie stwierdzeniem, że jestem normalny mimo tego, że przez tyle lat byłem nauczycielem. Odpowiedziałem, że chcąc tę normalność zachować jak tylko mogłem najszybciej uciekłem z zawodu na emeryturę.
Padł dzwonek do drzwi, który Kasia kupiła w ubiegłym roku. W związku z tym Leon musiał robić za dzwonek aż do wieczora, kiedy założyłem nowy. Spodziewam się przesyłek, a on z wielkim oddaniem oszczekuje listonoszy.
Dzisiaj muszę wybrać się do miasta podpisać rachunki. Wpadnie pierwsza kaska z uczelni. Wywołało to u mnie taki zapał, że zamiast sześciu zadań na najnowszej liście dodatkowej napisałem dwanaście. A niech będzie. Zauważyłem, że "młodzi" ludzie są chyba dość pilni, bo zostało odnotowane po kilkanaście pobrań poszczególnych list.
Przed kilkoma dniami odezwała się p. I., moja "koleżanka ze studiów" z pytaniem, czy miejsce po mnie jest jeszcze wolne. Wreszcie robi ten nieszczęsny kurs dający tzw. uprawnienia. Niestety, od początku roku szkolnego minęło przeszło 2 miesiące. Obecnie wcale nie czekają miejsca pracy na chętnych do nauczania mojego przedmiotu. Będzie musiała skończyć sobie w spokoju ten kurs i polować na etat od nowego roku szkolnego albo na jakieś awaryjne zastępstwo w ciągu tego roku.
Dzisiaj wspólne imieniny Klaudyny i Karoliny. Życzenia posłałem.
Wstępnie umówiłem się z Dużą Dorotką na studniówkę. Oczywiście każde z nas będzie czyjąś osobą towarzyszącą: ona Mateusza, ja Kasi. Ale miło mi będzie ją spotkać i pogadać bezpośrednio a nie tylko przez GG.
Czy ja prawie zawsze muszę wpisywać się tu o takiej wczesnej porze? Czy nie jest to przypadkiem w sprzeczności z tytułem tej notki?

piątek, listopada 12, 2004

Dzień "Zemsty"

Wczoraj był dzień "Zemsty" w TVP 1 nadano dwie wersje kinowe tej komedii: z 1956 i z 2002 r. Tak dla porównania. A mam jeszcze nagraną wersje teatralną. Ale już nie oglądałem. Siedzieć cały dzień przed telewizorem to przesada.

I tak sobie zacytuję wypowiedź Papkina:

«"Idź do kata"...
Wdzięczność ludzi, wielkość świata -
Każdy siebie ma na względzie,
A drugiego za narzędzie,
Póki dobre - cacko, złoto;
Jak zepsute - ruszaj w błoto.»

środa, listopada 10, 2004

Filmy.

Wczoraj obejrzałem dwa filmy:
Najpierw w "Heliosie" "Upadek". Bardzo mi sie podobał m. in. ze względu na zerwanie z dotychczasowymi stereotypami. Przyznać jednak muszę, że wytrwanie na nim wymagało sporej odporności nerwowej. To nie było łatwe nawet dla kogoś tak jak ja zahartowanego. A przy okazji miałem pieszy spacerek z domu do kina i z kina do domu.
A później już w domu, w telewizji "Lot 174". Ten film powinni pooglądać sobie ci, którzy mają kłopoty z jednostkami. I to jest jego zasadniczy walor.

czwartek, listopada 04, 2004

No to poświętowałem.

Chociaż właściwie to ja mam już stale święto. Pojechałem z Dziadkiem do Jarosławia na 9 dni. Trochę sobie pochodziliśmy na spacerki, trochę dorobiłem zdjęć. Było pięknie i ciepło. Skutek był dość zabawny: chodziłem po mieście w samej koszuli, a miejscowi w kurtkach, bluzach albo co najmniej w ciepłych swetrach. Już kiedyś zauważyłem, że ludzie ubierają się tam raczej według kalendarza, a nie według panujących warunków atmosferycznych.
W poniedziałek byliśmy na obu cmentarzach i naświeciliśmy świeczek jak nigdy dotychczas. A później poszedłem do Karoliny i Klaudyny. Karolina smsowała, bym przyszedł. Inaczej bym tego nie zrobił, nie chcę by później ktoś mówił, że je nachodziłem pod nieobecność Elki. Elka jest we Włoszech, tam pracuje. Łukasz z kolei pojechał do pracy do Anglii, Karolina normalnie siedzi w Tarnobrzegu, gdzie studiuje. Tak więc dom i jego kocio - psia zawartość jest na głowie Klaudyny.
Trochę sobie we troje pogadaliśmy, zaproponowałem, by Karolina przeszła się ze mną do domu Andrzeja, bo tam jest Dziadek, który o nią się dopytywał ale odmówiła. Nie chce się z Andrzejem widzieć. Cóż to musi być za uraz po obu stronach, skoro od pieciu lat nie utrzymują ze sobą kontaktów? No ale to ich rzecz, oboje są dorośli. Choć mnie jest przykro, bo to przecież prawie najbliższe mi osoby.
Nie widziałem się ani z Jackiem, ani z Irkiem. Wiedzieli, że jestem w Jarosławiu. Irek pewnie jak zawsze nie miał czasu. Zresztą nie bardzo mamy wspólne tematy poza wspomnieniami sprzed przeszło 20 lat. A Jacek mógł bać się, że Dziadek będzie mu robił wyrzuty z powodu jego stylu życia. Zimą, kiedy byłem w Jarosławiu sam, Jacek często do mnie przychodził chociaż na chwilę.
We wtorek wracaliśmy. Po drodze odstawiliśmy Andrzeja do Świętej Anny (po goszczeniu nas potrzebował trzydniowego odpoczynku w klasztorze?) i wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz w Dobrodzieniu, na grób Haliny. Często tamtędy przejeżdżamy, a nigdy nie zatrzymujemy się. Trzeba było się poprawić.
Dzisiaj wziąłem się wreszcie za te nieszczęsne sylabusy. Jutro trzeba je bedzie wydrukować, podpisać i zawieźć.

środa, października 20, 2004

Karłowice.

Dzisiaj wybrałem się na Karłowice. Po pierwsze dla urozmaicenia tras spacerowych, a po drugie by sobie powspominać. Pojechałem jedenastką na Toruńską i stamtąd powędrowałem przez Brucknera, Krzywoustego, Czajkowskiego, Przybyszewskiego, Kasprowicza, Gottwalda (dla mnie własnie tak!), Berenta, Boya, Kromera do Mostów Warszawskich. I dalej przez Jedności, Wieczorka (też własnie tak!) do Nowowiejskiej, skąd znowu jedenastką wróciłem. No, nie całkiem wróciłem.
Sporo się przez te 10 lat pozmieniało na Karłowicach: nowa droga, nowe, duże domy, zamknięto sklep papierniczy, z którego korzystałem, nie ma księgarni na pl. Kromera, nie ma też targowiska (ale to od dawna). Może, gdybym tam bywał prawie codziennie, jak dawniej, nie zauważałbym tak tych zmian.
Spotkałem p. Lidkę R. Zdziwiłem się, że od razu z daleka mnie rozpoznała. Troszeczkę pogadaliśmy ale nie za długo, bo ona do autobusu, a ja w dalsze dreptanie.
Na Krzywoustego widziałem kogoś, kto mi się skojarzył z Moniką Z. Wiek odpowiedni i podobna gestykulacja. Czy to była ona, nie wiem. Ostatni raz widziałem ją 8 lat temu, jako małą dziewczynkę.
Napisałem wieczorem do Wojtka P., może od czasu do czasu trochę sobie poplotkujemy.

niedziela, października 17, 2004

Ale numer!

Gdyby 35 lat temu ktoś powiedział mi, że będę wykładał algebrę, uznałbym go za mocno zamieszanego. A jednak tak się złożyło. Jak to nigdy nie można być pewnym swoich przyszłych kolei i zarzekać się różnych spraw.
Podobnie nie planowałem ogłaszania w tym roku terminarzy wykładów otwartych. Ale czego nie robi się dla kogoś tak sympatycznego, jak Dodzik.

sobota, października 16, 2004

Czy stale muszę zauważać takie braki?

1. Jeżeli umawiamy się z kimś na godzinę 10:00, to nie przychodzimy na to spotkanie o 15:20. Jeżeli nie możemy dotrzymać terminu, to przynajmniej telefonujemy odpowiednio wcześniej z przeprosinami i próbujemy ustalić nowy.
2. Jeżeli organizujemy spotkanie 15 X, to nie wysyłamy pocztą zwykłą zaproszenia 12 X. Nawet, gdy nasza kochana Poczta Polska zdąży dostarczyć list przed 15 X, o co jest bardzo trudno, osoba zapraszana może już mieć na ten dzień inne plany. Jeśli nie możemy wysłać wcześniej zaproszenia, to przynajmniej uprzedźmy np. telefonicznie albo mailem osobę zapraszaną o spotkaniu i o tym, że owo zaproszenie jest w drodze.
Aż dziwne, że takie sprawy są obce osobom inteligentnym, wykształconym, na eksponowanych stanowiskach. A może jest to objaw lekceważenia tzw. bliźnich? A taki plebejusz, fizol, jak ja to widzi.

środa, października 13, 2004

Jest taki dowcip:

-Towarzysze, za 5 lat będziemy mieli komunizm!
-Ja się nie boję, ja mam raka.


Mocno nie na czasie i w ogóle słaby. Kiedyś natknąłem się na lepszą i nieco bardziej rozwiniętą wersję, chyba stylizowaną na czeską. Niestety, nie mogę sobie przypomnieć ani znaleźć. Jak znajdę, to zamieszczę.

piątek, października 08, 2004

Apel!

Gorąco uprasza się o nieustępowanie mi miejsca w tramwaju. Zwłaszcza młode panie i panienki. Czuję się wtedy mocno zgnębiony. Ja nie jestem jeszcze taki stary! I nie bardzo wypada, bym tłumaczył, że sprawnością fizyczną nad nimi często góruję.

sobota, października 02, 2004

Oj, bo coś z tego będzie.

Chyba znalazło się zajęcie, ktore przez jakiś czas pozwoli mi nie zgnuśnieć. Ale sza, by nie zapeszyć.
Nigdy dotychczas z zasady nie brałem udziału w żadnych łańcuszkach dobrej woli, zdalnych zbiórkach, itp. A tym razem postanowiłem od tego zwyczaju (a właściwie jego braku) odstąpić. Uznałem, że w tym wypadku mam po temu powód. Odbiło mi?

piątek, października 01, 2004

Dzień Chłopca.

Przedwczoraj spotkałem Dorotkę W. Była na zakupach, kupowała prezenty dla chłopców. Bo podobno wczoraj był Dzień Chłopca. Dostałem smsowe życzenia od Elci C., Judyty P. i... no właśnie nie bardzo wiem od kogo, bo nie znałem tego numeru telefonu. Być może to właśnie od Dorotki. I jeszcze później na GG pisała Ela S. Miło.
Mocno zastanawiam się na tym, co zrobić za 2 tygodnie. Planowany jest jakiś wyjazd i w pierwszej chwili zgłosiłem swój udział. Ale im bliżej tego terminu, tym mniejszą mam ochotę.
Dzisiaj Marcin Sz. napisał, że z wycieczki, którą sobie wymarzył nici. Część klasy nabroiła i zastosowano odpowiedzialność zbiorową: zero wycieczki. Żal mi Marcina, tak bardzo chciał jechać.

czwartek, września 30, 2004

O, zorientowałem się.

Ma się czas, to człowiekowi różne rzeczy (ale nie żywe!) łażą po głowie. Wczoraj bardzo dobitnie uświadomiłem sobie, że czas od jesieni 2002 do lata 2003 bardzo odświeżył mnie emocjonalnie. Dzięki temu w przyjemnym spokoju upłynął mi następny rok. I innym ze mną chyba też. Bardzo mi to było potrzebne. I dlatego w głębi duszy (a jest coś takiego???) jestem niezwykle wdzięczny osobom, które się do tego przyczyniły. Może nawet kiedyś komuś z nich o tym powiem. Choć nie wiem - właściwie jestem dość skryty i wtedy, gdy zdobywam się na szczerość, wyrażam się niejasno.

niedziela, września 26, 2004

Do widzenia, Kabareciku.

Po tylu latach oglądania i słuchania przede wszystkim, skończyło się w ostatni wieczór. Chyba się skończyło. Te comiesięczne niespełna godzinki weszły człowiekowi w krew. A może jeszcze się odrodzi?

wtorek, września 21, 2004

Czyżbym miał przejść do historii?

Zaczyna rysować się taka szansa. A to z racji tego, co noszę na barku, a nikt nie wie, co to jest. To się nazywa pokomplikować zdanie!
Andrzej przystąpił do malowania mieszkania. A mnie pojawia się możliwość jazdy do niego na mały tydzień za jakieś 10 - 11 dni. Byłoby całkiem nieźle.

Porządków ciąg dalszy.

Wreszcie wyciąłem ze strony to, co już jest niepotrzebne. Za to spokojniutko kontynuuję "Słownik...". I coś mi zaczyna nowego kiełkować w głowie. Nie wiem jednak, czy się za to wezmę.
Wczorajsza rozmowa z Jackiem bez konkretnych rezultatów.

środa, września 15, 2004

Ależ mi przyszło robić dziś notatki.

Przed chwilą Elcia przysłała wiadomość, że w wypadku samochodowym zginął ojciec Pawła P. (Bambo).

Ten zawsze miał plan.

Wczoraj podano, że zmarł Ove Sprogoe, odtwórca roli Egona Olsena. Miał 84 lata. Szkoda.

sobota, września 11, 2004

Remanenty, kasacje.

Wziąłem się do przeglądania papierzysk. Sporo trzeba wyrzucić. Niektóre zniszczyć. Trochę dziwnie się przy tym czuję. Ostatecznie rozstaję się ze sporym kawałkiem swego życia.
Napisał do mnie Mateusz. W odpowiedzi byłem bardzo gadatliwy i szczery. Nie wiem, czy powinienem. Nie ze względu na mnie. Ze względu na niego.

piątek, września 10, 2004

Dobrze mi!!!

Minął tydzień mojej wolności. Jest mi znakomicie. Przede wszystkim cieszy mnie poczucie wolności, niezależności. Po 46 latach spędzonych w rozmaitych szkołach spodziewać się mogłem jakiegoś poczucia pustki, dzwoniącej w uszach ciszy, itp. A tu nic takiego. Po prostu wypełniam sobie ten cały wolny czas. Sporo zajmuje mi dbanie o kondycję, a więc spacery piesze lub rowerowe. W związku z nimi też muszę dbać o wygląd. A więc żadnego folgowania sobie w nieznoszonej przeze mnie czynności golenia.
Na 20 IX umówiłem sie z Jackiem. Może zaowocuje to jakimś zajęciem. Parę groszy dodatkowo nie jest do pogardzenia a przede wszystkim może kiedyś przyjść kryzys samodyscypliny i wtedy mała robótka będzie pomocna.
Kaśce padło na głowę. Przez 2 godziny wczorajszym wieczorem przegadywała się z jakąś kobietą w sprawie swojego wirtualnego spadku. Kilka lat temu radziłem jej, by się tego zrzekła, bo będzie więcej z tym kłopotu niż pożytku. Ale gdzieżby mnie posłuchała. No to teraz zajmuje się bzdurami.
Trzeba będzie wkrótce wziąć się za przebudowanie swojej starej strony (tylko jak?) no i za kończenie, a raczej przedłużenie SRE.

niedziela, września 05, 2004

Trochę dobrze, trochę źle.

Codziennie spotykają mnie wyrazy sympatii ze strony byłych uczniów. Bardzo to z ich strony miłe choć podsyca moją tęsknotę. I trochę przykro za każdym razem odpowiadać im, że już wspólnie nie popracujemy. Że moje przejście w stan spoczynku było nieodwołalne i nie miało nic, ale to nic wspólnego z nimi i z jakością kontaktów między nami.
Dzisiaj na forum Wyborczej przeczytałem z żalem informację Piotrku G. Ktoś go widział na rynku i to w złym stanie. Ja spotkałem go przed rokiem. Nie poznał mnie, był pod wpływem... To okropne, co się z im stało. Kiedyś jeden z lepszych koszykarzy "Śląska", pod koniec zawodniczej kariery grał we Francji. Takie były wtedy zwyczaje, że dobrzy sportowcy kończąc występy dostawali pozwolenie na starty w zachodnich klubach, by mogli sobie trochę zarobić i odłożyć na czas, kiedy już odejdą od sportu. Piotrek po powrocie podjął pracę nauczyciela w jednej ze szkół podstawowych, prowadził też szkółkę koszykarską dla WKS-u. Wtedy go poznałem. Był bardzo oddany swojej pracy i dzieciom. Zmieniłem pracę, spotkałem go kilka lat później, był w nieciekawym towarzystwie. Rozpił się. Podobno po następnych kilku latach wyrzucono go z pracy. A teraz, ech... Szkoda człowieka.

czwartek, września 02, 2004

Tak sobie myślę.

Przejście na emeryturę ma niewątpliwą zaletę. Człowiek staje się wreszcie sam sobie panem. Byle tylko nieprzefajnować. Trzeba zachować jakąś, choćby nawet niewielką dyscyplinę wewnętrzną. Trzeba zadbać o siebie, np. nie darować sobie golenia, spacerów pieszych i rowerowych ewentualnie innych czynności pozwalających na utrzymanie sprawności fizycznej. Można odrobić wreszcie zaległości czytelnicze (przynajmniej tak długo, jak czytanie nie będzie kłopotliwe), można czegoś się pouczyć (np. jak rozmawiać z psem). Byle tylko nie wpaść w nicnierobienie, bo wtedy człowiek całkiem skapcanieje.
No i oczywiście miłe jest podtrzymywanie przynajmniej niektórych znajomości. Albo nawiązywanie nowych. Nie można przecież zamknąć się całkiem na innych ludzi.
Tak sobie myślę.
Wysłalem maila do Jacka M. Zobaczymy, czy odpowie i co odpowie.

środa, września 01, 2004

Zacząłem nową drogę życia.

Pierwszy dzień w nowej roli. Prawie wszyscy znajomi do roboty, a ja na drugi bok. Wcale nie było to takie złe, jak opisywał Andrzej. Może dlatego, że jestem przyzwyczajony do samotnego przebywania w domu i dość późnego wstawania w okresie wakacji.
Wstałem, załatwiłem korespondencję, a później stwierdziłem, że jednak przejdę się do Pulsantisu. Ostatecznie powinnością przyzwoitego emeryta jest napastować lekarzy. Zamiar powiódł się tylko połowicznie: zobaczyłem, że napastowanie muszę odłożyć na przyszły tydzień. Za to spotkałem Małgosię Sz. i trochę sobie pogadaliśmy. Później jeszcze uciąłem sobie małą rozmówkę z Jolą Sz. i wreszcie z Małgosią powędrowałem do Careefoura, gdzie ostatecznie się pożegnaliśmy. Po malutkich (bardzo malutkich - tylko łatki do roweru) zakupach powędrowałem do domu. Był bardzo dobry dzień na takie spacerki. Później drzemka do powrotu Kasi i popołudnie całkiem zwyczajnie.
A jutro planuję rundkę na rowerku. Trzeba dbać o sprawność fizyczną. Zwłaszcza w moim, podeszłym jakby nie było, wieku.

niedziela, sierpnia 22, 2004

Koniec wolności!

Jutro wraca Kaśka. I skończy się wolność i spokój Leona i moja. Znowu będzie nam marudzić. Ale przynajmniej odpadnie mi to, czego rozbić nie lubię: zakupy i gotowanie. No i będę mógł wrócić do roweru. Nie trzeba będzie przejmować się Leonem, jak dotychczas.

środa, sierpnia 18, 2004

O, ktoś to czyta!

Muszę się postarać, by nie pisać za wiele głupstw. A myślałem, że piszę dla siebie, by wspomagać słabnącą pamięć. A tu taka niespodzianka. Chociaż, czy niespodzianka? Chyba każdy, kto bloguje, chociażby w podświadomości myśli o potencjalnym czytelniku. Zapominanie o tym byłoby niemądre, zaprzeczanie byłoby obłudne.

Rewelacja!!!

Można wysyłać posty z komórki. Sprawdziłem to. Dla mnie bomba! Pewną wadą jest to jedynie, że w tytule takiego posta zamieszczony jest numer telefonu. Ale co tam!

wtorek, sierpnia 17, 2004

Wczoraj dostałem pierwsze pismo z ZUS-u. Dotyczyło ostatniego świadectwa pracy, czyli związanego z moim jeszcze obecnym zatrudnieniem. Czyli wszystko idzie chyba w dobrym kierunku. Za dwa tygodnie skończy mi się urlop, skończy się robota (nad czym ostatnio ubolewał Marcin Sz.), dostanę to świadectwo, dostarczę ZUS-owi i pewnie będę oczekiwał na pierwszą emeryturę.
Dzisiaj zaczęto wylewać beton na mojej stronie tarasu. Nareszcie, moim zdaniem można było to zrobić 2 - 3 tygodnie temu. Ale niech tam, byle w końcu to się skończyło. To całodzienne łomotanie i wszechobecny kurz.

niedziela, sierpnia 15, 2004

Skandal!!!
Srebrny medal olimpijski to news ważniejszy, niż podróż Białego Ojca. Pachnie wręcz świętokradztwem. I takie rzeczy w publicznej TV? Ktoś za to powinien beknąć.

piątek, sierpnia 13, 2004

Droga się zaczerniła. Położono pierwszy dywanik asfaltu na mojej ulicy. Toż to już prawie koniec tego wiecznotrwałego remontu widać. Natomiast z przeciwnej strony jeszcze nie bardzo. Hałas, bałagan, brud trwają. Pocieszające jest jedynie to, że chyba jednak po mojej stronie domu nie wyleją betonu, bo bardzo konsekwentnie sobie dojście tarasują gruzem. Przynajmniej Leon będzie nadal miał jakiś wybieg.
Dzisiaj rozpoczęcie Igrzysk Olimpijskich w Atenach. Trzeba popatrzeć. Może nie na całość ale choć trochę. Jak nie jadę na GPP, to przynajmniej olimpiadę przez telewizję pooglądam. Zdecydowanie nie to samo ale zawsze jakaś namiastka.
Andrzej podsunął dziadkowi pomysł kupienia mieszkania w Jarosławiu. Wczoraj starałem się mu to odradzić. Mam nadzieję, że skutecznie. Po jakie licho nam to mieszkanie. Daleko, tylko by kusiło złodziei i pochłaniało kasę na utrzymanie. Nawet nie bardzo można by je wynająć. A przeprowadzać się nie widzę potrzeby. Ale by się pewnie ktoś ucieszył, jakby się mnie pozbył.

poniedziałek, sierpnia 09, 2004

No to przerąbane. Nie jadę na GPP. Dzisiaj musiałem o tym Stasia zawiadomić. Ktoś musi zostać w domu i doglądać Leona. Kasia siedzi w Puszczykówku i nie przyjedzie, bo niańczy mamę. Dziadkowi nie mogę zlecić opieki nad psem, bo po ostatnim ugryzieniu najzwyczajniej się go boi. Może to i dobrze, bo jeszcze coś by się stało. Pytałem Magdę ale mają z Przemkiem jechać w tym czasie do Warszawy. Tak więc trudno, będę siedział w domu.

sobota, sierpnia 07, 2004

Dziadek był u lekarzy z tą swoją pogryzioną ręką. Dostał antybiotyk i już ma się lepiej. Opuchlizna zmniejsza się i rana się goi. Wczoraj odezwała się Magda. Chciała psa dać na obserwację a nawet uśpić. Świruska jedna! Niech się sama usypia. Pies zachowuje się normalnie. Jakby co, to i tak ja przecież jestem z nim cały czas, przeważnie sam. I wcale nie czuję się jakoś z tym źle. Przeciwnie, dobrze się zgadzamy, a przynajniej mam do kogo twarz otworzyć.

środa, sierpnia 04, 2004

No i moi goście odjechali we wtorek wczesnym popołudniem. A ja postanowiłem pójść sobie do kina i to od razu na dwa filmy. Najbardziej pasowało mi w "Koronie".
Najpierw było więc "RRRRrrrr". Myślałem, że będzie zabawniej. Depardieu był obsadzony w drugoplanowej roli. A właściwie ze względu na jego udział w filmie chciałem go zobaczyć. W pewnym momencie mało nie zasnąłem.
Za to później oglądnąłem "Fahrenheit 9/11". Świetny film i ze względu na treści i na sposób zrobienia. Każdy myślący powinien go sobie poogladać i pomyśleć, skoro ma tę umiejętność. Widać, że autor ma talent, umiejętności i pasję. Film był chwilami rozśmieszający (ale to był śmiech drwiący), chwilami rozczulający, a chwilami brutalny.
Teraz sobie trochę odreagowuję słuchając Dido.

wtorek, sierpnia 03, 2004

Wczoraj nie tylko hałas miałem przed domem ale jeszcze obłoki kurzu z ciętych klocków chodnikowych. Nawet nie można było dotknąć bramy przy wychodzeniu z domu. Wieczorem trochę ją opłukałem wodą z węża.
Byliśmy u Magdy i Przemka, aby Klaudyna i Andrzej mogli się z nimi pożegnać. Nakręciliśmy się przy tym co niemiara, bo Muchobór Wielki jest praktycznie zamknięty dla ruchu. Przemek po wizycie u dentysty wyglądał, jakby zainkasował mocny prawy sierpowy. Po prostu rewelacyjnie.
Leon, gdy tylko może, wyrywa na ulicę. Wczoraj ujadł dziadka, gdy ten usiłował go wepchnąć na podwórko. Stary pies miewa humory, trzeba na niego uważać.
Ola przedwczoraj odezwała się do Kasi i do mnie. Znalazła sobie jakąś dorywczą pracę, zawsze parę euro wpadnie. I zgłosiła się do łowców głów. Może coś z tego w końcu będzie.

sobota, lipca 31, 2004

Od kilku dni (a pewnie jeszcze przez dni co najmniej kilka) mam możliwość podziwiania koncertu obłudy i relatywizmu ocen. Osoby angażujące się w walkę z okupantem i kolaborantami nazywa się albo bojownikami i bohaterami (jednych,tych starszych, dawnych), albo terrorystami i rebeliantami (innych, tych obecnych). Czyż to nie jest obrzydliwe? Ciekawe, co na ten temat mogą myśleć ci pierwsi.

piątek, lipca 30, 2004

Wczoraj byłem Na Szczelińcu Wielkim, w Wambierzycach i w
Czermnej. Czyli na noc zdjęcia + piwo.

czwartek, lipca 29, 2004

Wczoraj Przemek telefonował przy mnie i mówiąc do swego rozmówcy nazwał mnie teściem. Bardzo dziwnie się poczułem. W pierwszej chwili przemknęła mi myśl, że chodzi o Dziadka. Ale numer!!! Ciągle nie mogę przyzwyczaić się do swego wieku i roli w rodzinie.

wtorek, lipca 27, 2004

W minioną sobotę zrealizowałem swój turystyczny zamiar i wyjechałem na spotkanie Andrzeja i Klaudyny do Strzelc Opolskich. Spędziłem w tym mieście 5 godzin, choć chyba wystarczyłoby nieco mniej. Właściwie obszedłem miasto dwukrotnie, porobiłem trochę zdjęć (do zobaczenia). Ładnie tam jest, czyściutko, trzy ładne kościoły, choć dwa z nich wielką rewelacją nie są, dawna średniowieczna baszta, ruiny zamku i dwa łączące się piękne parki. W przewodniku po Górnym Śląsku wymieniany jest jeszcze osiemnastowieczny, drewniany spichlerz ale ani na stronie internetowej miasta go nie wspomniano, ani ja go nie znalazłem. Może to błąd w przewodniku, a może uległ zniszczeniu w międzyczasie.
Zastanawiam się, czy nie odprowadzić moich gości np. do Toszka albo do Gliwic. W Gliwicach pociąga mnie maszt radiowy, a w Toszku - zamek. Do Toszka jest bliżej ale musiałbym jechać z przesiadką właśnie w Strzelcach albo w Opolu. Jeszcze to przemyślę.

czwartek, lipca 22, 2004

No, nareszcie nie pada. Za to codziennie jest parno, zanosi się na burzę. Jak dotychczas kończy się jednak na tym, że odrobinę pobłyska. Nawet Leon się tego nie boi.
Leon to teraz jedyny mój towarzysz. Nikt nie pisze, nikt nie dzwoni. Tylko wieczorami na chwilę wpada Przemek, by zobaczyć, jak postępuje budowa. I jeszcze raz na jakiś czas podeśle coś Ela. Nie chcę jednak zbyt często z nią korespondować. Nie twórzmy pozorów.
Przedwczoraj przysłał mi nieco zdjęć Daniel, pójdą na stronę 5tp. Chyba zaraz się za nie wezmę.

sobota, lipca 17, 2004

No to nareszcie był dzień bez deszczu i bez błota na nibyulicy. Pojechałem sobie wczesnym popołudniem do Lasu Rakowieckiego. Trochę było ciepło, szkoda że nie wziąłem ze sobą czegoś do picia albo pieniędzy. Na następny raz się poprawię. W drodze powrotnej ochłodziłem się w Parku Skowronim.
A przed wyjazdem ściągnąłem sobie ładne zdjęcie Maftuni. Przynajmniej mnie się podoba.
Blogger coś sobie dzisiaj jaja robi. Już wiem nie można pisać "ś" w oknie "Compose" tylko w "Edit HTML".



wtorek, lipca 13, 2004

Rozmawiałem z Olą. Nic na razie dla siebie nie znalazła. Co gorsza Przemek przesłał jej przykry list. Chyba ten, który wysyłał nam kilka miesięcy temu. Nie wiem dlaczego i po co to zrobił. Właściwie Oli sprawy to nie jego rzecz. Przecież ona nic od niego nie chce. Tylko ją niecelowo gnębi.
Na ulicy bajzel niesamowity.Jutro pewnie śmieciarka nie będzie mogła przejechać przez to bałaganiarstwo drogowców. Tacy z nich fachowcy, jak ci z TPSA, co wczoraj wiercąc otwór w ścianie przecięli przewód pod napięciem i cichcem się zmyli. Abo tacy, jak ci z "Usterki", jak zauważył Marcin.

poniedziałek, lipca 12, 2004

Ma Ola pecha. Kolejne rozmowy i bez rezultatu.
A ja w najlepsze sobie urlopuję. Siedzę w domu. Z jednej strony remont, z drugiej też. Całe moje towarzystwo to Leon i Marcin (korespondencyjnie). Mam nadzieję, że Marcin nie obraziłby się za takie zestawienie, bo Leon to przecież pies. Ale pies to najlepszy przyjaciel człowieka, choć niektórzy twierdzą, że najlepszym przyjacielem człowieka jest kobieta.
W każdym razie jestem w domu i już zdążyłem sobie przestawić cykl dobowy. Mimo, iż jest środek nocy, siedzę i piszę. A przy tym słucham Billie Holiday. Przed chwilą oglądałem zdjęcia dzisiejszej wrocławskiej tęczy, jakie przysłała mi Ela (fajnie: obrazki wędrowały z Wrocławia do Wrocławia przez Słupcę).
Trochę odrabiam zaległości czytelnicze, trochę testuję nowe, wielkie skrzynki pocztowe. I czekam na zdjęcia, jakie obiecał mi w poprzednią niedzielę Daniel. Mają być na stronę 5tp.
Właśnie wczorajszym wieczorem zastanawiałem się, jaki jest sens prowadzić dwa blogi (a trzy?). Czy nie jest to objaw jakiegoś rozszczepienia osobowości?

poniedziałek, czerwca 28, 2004

Nic Oli z tej rozmowy nie wyszło. Podobno facet wcale nie miał dla niej zajęcia, tylko tak spodabała mu się Oli aplikacja, że zapragnął poznać jej autorkę. Zawracacz głowy. W tym tygodniu dziewczyna dalej walczy.
Karolcia bardzo ładnie zaliczyła pierwszy rok studiów. To duże osiągnięcie, zwłaszcza, że jest raczej osobą skromną, nieśmiałą, a tu znalazła się nagle sama w obcym środowisku, z daleka od rodziny.
Ja zacząłem wieczne wakacje. Trochę mieszam w stronkach. Zawsze to człowiek czymś się zajmie. Wpadłem na pomysł założenia grupy mailigowej. Ciekawe, czy uda mi się przyciągnąć do niej osoby, na których współpracy mi zależy. Ale o tym więcej na starym blogu.

poniedziałek, czerwca 21, 2004

Jutro Ola idzie na rozmowę w sprawie pracy. Trzeba trzymać za nią kciuki, by jej się udało. Ma ponoć w zanadrzu jeszcze jedną możliwość ale to już poza Brukselą, a takie rozwiązanie chyba mniej jej odpowiada. Zobaczymy, co napisze jutro.
Sprawy techniczne: Republika ma problemy, a wraz z nią cały Onet. Dlatego do córek i bratanic wysłałem maile, by pisały do mnie na jeden z rezerwowych adresów i dzisiaj przeniosłem swoją pierwszą stronkę na inny host. Za to pozostawiłem stary alias, który teraz będzie prowadził w nowe miejsce. To dla moich dotychczasowych użytkowników. Przy okazji link na tę starą stronkę umieściłem tutaj.
Wysłałem w sobotę wyniki i protokół zawodów do PZBnO. Były zabezpieczone hasłami przed zmianami. I jakaś sierotka nie umiała tych plików otworzyć. Posłalem raz jeszcze, dla odmiany bez haseł.

wtorek, czerwca 15, 2004

No i jest zwierzyniec, jak licho. Myślę, że Ola nieźle się uśmieje czytając mój dzisiejszy mail. Opisałem w niej jednego z "wybrańców". Prawdziwy człowiek - demolka. Gdzie się nie pojawi, rozwala. Ten to potrafi! A czy coś jeszcze umie? A, tak!!! Uprawiać bardzo skuteczną autoreklamę przy pomocy swych kolegów po fachu.
Po Sobótce jest mały problem. Co prawda szybciutko napisałem protokół zawodów i wysłałem go do Ani i Róży ale okazało się, że nie dostałem kilku kart. I to najpoważniejszej kategorii. Najprawdopodobniej zostały spakowane z rzeczami Ani. Zawiadomiłem ją, obiecała poszukać po powrocie do domu i... zaginęła.
Zastanawiam się nad skorzystaniem z możliwości użycia poczty Google. Tej, co ma pojemność do 1 GB. Tylko do czego mi ona będzie potrzebna? A mieć jeszcze jeden adres jest trochę bez sensu. Pomyślę.

niedziela, czerwca 13, 2004

Dzisiejsze wydarzenie widziałem jako wybór między dżumą a cholerą. A po zastanowieniu się wyszło, że to i dżuma i cholera. No, coż, tak to jest w tym "zoologu". No to będzie wesolutko.

sobota, czerwca 12, 2004

W Sobótce byłem. Zawody się odbyły. Jak zwykle Puchar Ślęży musi być w szczególnych warunkach: jak nie śnieg, to przynajmniej obfity deszcz. Dzisiaj był deszcz. Ale było też dość ciepło. Nie gorąco przy tym. A więc można było pooddychać. Dopiero, gdy skończyliśmy, na dobre przestało padać i ociepliło się. I zrobiło się parno, jak to w Sobótce potrafi być. To przez taką własnie pogodę przestałem startować w Pucharze Ślęży.
Oczywiście atak sklerozy spowodował, że nie wziąłem aparatu fotograficznego. Może i dobrze, bo chyba nie miałbym za wiele czasu na robienie zdjęć.
Protokół już napisałem i wysłałem do Ani i Róży. Oczywiście w protokole zamieściłem wąsy na specjalne życzenie Róży i Piotrusia.

piątek, czerwca 11, 2004

Dzisiaj znowu napisała do mnie Karolinka. Może nasze kontakty ulegną odnowieniu. Ma dziewczyna kłopot: likwidują jej internat i musi szukać mieszkania, a w niezbyt przecież wielkim Tarnobrzegu musi być to niełatwe. Poradziłem by w razie potrzeby nie zastanawiała się wiele lecz by szukała w pobliskich miejscowościach, np. w Sandomierzu. Dojazdy mogą być nieco uciążliwe ale lepszy rydz, niż nic.
Wczoraj podano widomość o śmierci Raya Charlesa. No cóż, przemijają wspominani sprzed lat. Taka jest kolej rzeczy, a jednak szkoda.
Jutro wyjazd do Sobótki. Puchar Ślęży, mam byc SG. Może przy okazji porobię trochę zdjęć?
No i druga przykra wiadomość: Ola nie dostała wymarzonej pracy. Teraz nie bardzo wie, co robić. Chyba Magda i Przemek coś tam wykrakali.

niedziela, maja 30, 2004

Kilka dni temu napisałem kartkę do Karolinki z okazji jej urodzin. I wczoraj mi odpisała. Było mi bardzo miło. Przez kilka lat nie widywaliśmy się a i zdalne kontakty były sporadyczne. Stało się tak, mimo iż przynajmniej raz w roku przez około tydzień bywałem w Jarosławiu. A przecież dawniej nieźle się dogadywaliśmy. Dzisiaj napisałem do niej (i wysłałem) pokaźny mail. Mam nadzieję, że będzie to wykorzystana możliwość odnowienia kontaktów. Ona jest teraz daleko od rodziny, sama. Nasze dzieci już się od nas wyprowadziły. Taka korespondencja rodzinna między bratanicą i jej ciotecznym stryjkiem (bo czymś takim dla niej jestem) powinna być dla obu stron krzepiąca. Myślę, że warto ją podtrzymywać.

wtorek, maja 25, 2004

O, Blogger zmienił swój wygląd. Poprzedni chyba bardziej mi odpowiadał, choć chyba też ładowała się strona znacznie dłużej, niż obecna.
Było się na wycieczce w Szklarskiej Porębie. Było miło. Dobrze, bo chyba to już ostatni taki wyjazd.
A przy okazji pojawiła się sposobność do refleksji na temat przemijania. Spotkaliśmy pana, ktory przez 30 lat pracował jako fotograf. Postęp techniki spowodował, że jego praca w ciemni stała się niepotrzebna. Upowszechniły się aparaty kompaktowe i minilaby. No to zarabiał robiąc zdjęcia wczasowiczom i turystom na ulicy, z pieskiem. Ale teraz prawie każdy ma aparat, często cyfrowy. No i pan robi zdjęcia ludziom ich własnymi aparatami za "co łaska do białego kaska". Wiek i uszkodzenie wzroku uniemożliwiają mu podjęcie sensowniejszego zajęcia. Smutne.
I druga sposobność - podróż pociągiem. Pociąg nie pędzi, nawet nie jedzie w przyzwoitym tempie. Przez znaczną część trasy po prostu pełznie! A za oknami można sobie pooglądać zdewastowane, częściowo rozszabrowane budynki stacyjne, zaniedbane, zarośnięte chwastami perony. A podczas pełznięcia przez Wałbrzych widać zrujnowane dawne obiekty przemysłowe. Zgoda, część z nich zapewne rzeczywiście nie jest już potrzebna. Ale czy wszystkie? A poza tym nawet te niepotrzebne nie powinny być porzucone i stanowić zagrożenia, nie mówiąc już o tym, jakie wrażenia estetyczne wywołują. Ale ja chyba już nie z tej epoki jestem.

niedziela, maja 02, 2004

Ostatecznie usunąłem blog, który założyłem przed rokiem w przypływie desperacji. Teraz już został tylko ten oraz stary, z prowadzenia którego zapewne zrezygnuję wkrótce.
Jednak nie trzymam samochodu w garażu. Nie chciałem być unieruchomiony. Parkuję go raz tu, raz tam: na przemian gdzieś w okolicy szkoły albo koło spalonego "Kubusia".
Przedwczoraj była tzw. klasyfikacja klas maturalnych. Odbyło się to szybko, nadspodziewanie szybko, dziwnie szybko. Przy tej okazji jednak pozostało mi sporo niesmaku, by nie powiedzieć, że oburzenia. Kilkoro może kilkanaścioro słabszych uczniów zostało poddanych presji, by złożyli oświadczenia, że nie przystąpią do matury. W zamian dano im oceny dopuszczające, czyli pozwolono ukończyć szkołę. Zupełnie nie mieści mi się w głowie takie postępowanie. Po pierwsze jest nieprawne, a po drugie na kilometr śmierdzi co najmniej handlem wymiennym jeśli nie szantażem. Coraz bardziej widzę, że nie przystaję do współczesnych praktyk. Czas się zwijać w stan spoczynku.
W piątek też Asia zasygnalizowała mi, że jest zagrożona z matematyki i historii. Poprosiłem, by jak najszybciej skontaktowała się z p. A. Ostatecznie są rodziną i mają wobec siebie pewne obowiązki. W nadchodzącym tygodniu trzeba będzie zapytać, czy to wykonała. A może chciała, bym ja ją douczał? Bo pewnie nie, bym wypraszał dla niej oceny pozytywne.

niedziela, kwietnia 18, 2004

Wbrew moim obawom wczorajsza sobota minęła przyjemnie, kulturalnie, a momentami nawet serdecznie. Spotkałem po kilku latach niewidzenia Wojtka i trochę sobie poplotkowaliśmy (wiadomo - mężczyźni to najwięksi plotkarze).
A od jutra mam mieszkać na placu budowy. Zaczną się wykopki na mojej ulicy. Być może nie będę mógł przez dłuższy czas korzystać z samochodu. A to może bardzo ograniczyć moją ewentualną aktywność sędziowską i nie tylko.

piątek, kwietnia 16, 2004

Dzisiaj nie było źle. Spotkanie sędziów przebiegło w atmosferze dość rzeczowej, wzajemnego szacunku. Może dlatego, że nie spotkały się osoby które wyraźnie od pewnego czasu działały sobie na nerwy. Jutro 1 etap OMW, kolejna okazja do spotkań. A następny sejmik sędziowski, tym razem z wyborami nowego OKS-u, zaplanowano na 3 VI. Niezbyt dla mnie dogodny termin, bo w tym samym czasie wypadają konsultacje. Może jeszcze coś się zmieni.
Gdy wracałem z Borowskiej na krótkim odcinku spotkałem najpierw Ilonę, później Anię i wreszcie Dominika. Jaki ten świat jest mały!

czwartek, kwietnia 15, 2004

Właściwie miałem to zamiar napisać w starym blogu ale nie sposób było zalogować się doń. Dzisiaj miałem ostatnią wywiadówkę. Ostatnią w mojej klasie i ostatnią chyba już w moim życiu zawodowym. Szczerze mówiąc nigdy nie przepadałem za tym rytuałem. Zawsze czułem się dziwnie. Odnosiłem wrażenie, że wszyscy jego uczestnicy byli skrępowani.

środa, kwietnia 14, 2004

Pojutrze sejmik sędziowski. Wypada się stawić. Jak nie pójdę, to tak, jakbym zrezygnował z nawet symbolicznej pracy. A to nie jest mi na rękę, nie chcę całkiem wypaść na aut. Obawiam się jednak, by nie doszło do przepychanek, pyskówek, prania brudów,... Kiedy przed laty wchodziłem w to środowisko, było jakby inaczej, jakby o coś innego chodziło. A może tylko tak mi się wydawało? Może za mało widziałem? A, co będę na zapas się martwił, poczekam do piątku, zobaczę.

piątek, kwietnia 09, 2004

Trzydniówka ciężkich rozmów mailowych z Magdą i Przemkiem na temat Oli, jej postępowania, a przede wszystkim jej prawa do samodzielnego podejmowania decyzji i naszej roli w ubezpieczaniu jej, gdy coś się nie uda. Mam nadzieję, że to i owo zrozumieli. I przy okazji, że Magda zacznie nieco inaczej traktować tych, którzy ją kochają.
Wczoraj byłem w Środzie Śląskiej. Znalazłem ten trzeci krzyż pokutny i go obfotografowałem. Oczywiście nie mogłem go znaleźć wcześniej, bo stoi w innym miejscu, niż wynikałoby to z mapy. Jakieś 50 m dalej. Niby niewiele, a jednak. Był ze mną Dziadek. Aż dziw, jak żwawo potrafi maszerować przy tych swoich przeszło 78 latach. Już dzień wcześniej zdziwiłem się widząc, jak idzie ulicą. Aż nie wierzyłem w pierwszej chwili, że to on. Myślałem, że wzrok mnie zawodzi: z wyglądu Dziadek, a zasuwa, jak mały samochodzik. W zimie któregoś dnia szliśmy przez mały kawałek razem ale zaraz musiałem go zostawić, bo sunął noga za nogą. Jednak, gdy jest trochę cieplej, inaczej się czuje.
Wracaliśmy zygzakując: przez Rakoszyce, Pełcznicę, Kostomłoty, Żarów, Wierzbną (co ją za mojej młodości Wierzbnem nazywano), Kliczków, Imbramowice, Paździorno, Maniów i Wojnarowice. Niezły zygzaczek. W większości wsi jest coś ciekawego do zobaczenia. A kiedy mieszkaliśmy w Żarowie, człowiek zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Trochę szkoda. Może podczas emerytury uda się to nadrobić.

niedziela, kwietnia 04, 2004

Podczas dzisiejszych zawodów na Grabiszynku dowiedziałem się nieco o przebiegu ostatniego zjazdu sprawozdawczo - wyborczego DZBnO. I z całą pewnością muszę stwierdzić, iż cieszę się, że mnie tam nie było. Znam Michała od 20 lat, Grzegorza i Zdzicha niewiele krócej. Wszystkich ich lubię, cenię i szanuję. Dlatego bardzo jest dla mnie przykre, gdy skaczą sobie do oczu. Gdyby chociaż było o co. Najgorsze, że dzieje się to ze szkodą dla tych, dla których Związek przed laty powstawał i na rzecz których od wielu, wielu lat moi Koledzy pracują. Usłyszał to ode mnie Michał właśnie. Pozostałym nie mogłem powiedzeć, bo się z nimi nie widziałem. Kiedyś, przy okazji, nie omieszkam tego zrobić.

piątek, kwietnia 02, 2004

Wczoraj dzwonił Andrzej. Popełnił artykuł pt. "Nie jesteśmy sami" do Gazety Jarosławskiej i ilustrował go moimi zdjęciami z Jarosławia w gm. Udanin.
Ja jednak bardzo lubię małe miejscowości. Wsie, jak Rakoszyce, czy ten Jarosław właśnie, podobają mi się bardzo. Chętnie bywam w małych miastach: Świdnica, Kłodzko, Środa Śląska, kiedyś Kąty Wrocławskie, Ząbkowice Śląskie, a ostatnio nawet Żarów. Cieszę się, że jutro będę w Ziębicach i Henrykowie. Pewnie to wynika z tego, że urodziłem się w niedużym mieście, a dzieciństwo spędziłem w małej mieścinie.
Ślicznie, powstaje nowy agregat. Właśnie podłączam SRE. Co prawda nie jest jeszcze ukończona ale to tylko kwestia czasu, bo materiały na nią mam już dawno wszystkie. No, prawie wszystkie. Ale to, co jest, wystarczy. I wcale nie spieszę się ze skończeniem tej pracy. Bo niby, co będę później miał do roboty.

środa, marca 31, 2004

Trzeba poczytać historię Niemiec w latach dwudziestych i trzydziestych XX w., widzieć, słyszeć i myśleć. Tylko komu się chce? Jakoś wydaje mi się, że bardzo niewielu. A szkoda, można się wiele nauczyć. Bardzo wiele.

poniedziałek, marca 29, 2004

No i wygrał ten, który nie powinien. Ale który z nich powinien? A co mi tam, jeden wart drugiego.

niedziela, marca 28, 2004

Po raz pierwszy od 35 lat zignorowałem tzw. obywatelski obowiązek. Nie poszedłem głosować. Nie widziałem powodu, by iść. Kogo miałem popierać? Jeden kandydat to jakiś pieniacz, drugi happener w sam raz do kabaretu, inny to nieudacznik usiłujący wykonać ucieczkę do przodu, kolejny jakoś nie wzbudzał mojego zaufania i nie wiadomo właściwie, kogo reprezentuje. A pozostali jeszcze mniej ciekawi. Dałem sobie spokój. Zdrowiej zrobić energiczny spacer, a po nim spędzić tochę czasu z rodziną.
Klaudyna napisała mi przedwczoraj, że Karolina znowu korzysta z poczty. Na początek wysłałem do niej kartkę z nieco dłuższym tekstem. Miło byłoby zacieśnić więzy rodzinne.
Dodałem właśnie możliwość komentowania. Wyglada mi na to, że wszystko jest tak, jak tego chciałem. Wystrój też nawiązuje nieco do starego bloga (ta czerwona pozioma linia w górze strony). Będzie dobrze. Można korzystać.

sobota, marca 27, 2004

Rok się nad tym zastanawiałem i wreszcie podjąłem męską decyzję. Zaczynam pisać tutaj. Mam już dość loterii: wejdzie - nie wejdzie.