czwartek, grudnia 16, 2010

Zima przyszła.

Zimno się zrobiło i śnieżnie. Na szczęście dla mojego lenistwa znaleźli się chętni do odśnieżania. Jak ich to bawi, nie będę przeszkadzać.
Tydzień temu zmarła prof. Elżbieta Poźniak, była nauczycielka w szkole, z której odszedłem na emeryturę. Też byłą emerytką, od dwóch lat. Nie zdążyła nacieszyć się wolnością. A mówią, że nauczyciele za krótko pracują.
Nie przespałem poprzedniej nocy, bo zachciało mi się oglądać "Strachy" w TV. Że też muszą nadawać dobre filmy o wariacko późnej porze. Przypomniałem sobie miłe widoczki: Kłodzko, Szczawno Zdrój, sudecką stacyjkę kolejową na linii, której już nie ma. Miałem jeszcze jeden powód. Otóż rolę Niusi grała Marlena Andrzejewska, z którą chodziłem do jednej klasy w liceum. Zastanawiam się czasem, co stało się z tą dziewczyną. Nie mogę się doszukać żadnych informacji o niej dotyczących czasów późniejszych, niż 1985 rok. A przecież aktorów łatwo jest namierzyć. Czyżby odeszła z zawodu? Aż trudno w to uwierzyć, choć lata osiemdziesiąte były dla jego przedstawicieli szczególnie nieciekawe.
Słucham sobie z wielką przyjemnością Buffy Sainte-Marie, na przykład tego.

niedziela, grudnia 05, 2010

Zimowo.

Tym razem ojciec za długo poza domem nie był. Szybko obleciał się z załatwianiem spraw i już jest u nas. Stał się niepłatnym inspektorem nadzoru. On to lubi.
Z krótkiego wypadu nic nie wyszło. Pogoda zrobiła się zimowa, popadał śnieg, spadła temperatura. Trzeba siedzieć w chacie. Najlepiej byłoby zapaść w sen zimowy, jak na niedźwiedzia przystało. Tym bardziej, że i w domu za ciepło nie jest, bo drugie piętro ciągle nie jest zamknięte. Dekarze nie zdążyli przed nadejściem zimy. Słaba to pociecha, że u Asi podobnie. Na parterze ma cieplutko, na piętrze ciągnie niemiłosiernie od sufitu. Na szczęście ma się ocieplić.
Byłem na obchodach pięćdziesięciolecia SP83. Byłem częściowo, bo z oczywistych względów nie uczestniczyłem we wszystkich punktach programu. Wrażenia mam mieszane. Ważne, że miałem cenną okazję spotkać się i pogadać trochę ze znajomymi z dawnych lat, których cenię i lubię, mam nadzieję, że z jakąś wzajemnością.

Dzisiaj w publicznej TVP1 mają nadać "Dzienniki motocyklowe". Aż mnie zatkało, gdy zobaczyłem zapowiedź. Taki film może zachwiać całą dotychczasową wytrwałą pracą nad praniem mózgów.

czwartek, listopada 18, 2010

Trochę się działo.

Ojciec przyjechał, pobył u nas i znowu wyjechał do Niemiec. Załatwia tam swoje stare sprawy.
W poniedziałek operowany w Opolu był Gienek. Trochę śmiesznie, że wiadomości z Opola docierają do mnie przez Jarosław. Wychodzi na to, że Andrzej jest naszym rodzinnym centrum informacyjnym. Tak jednak się składa, że jakoś nie odczuwałem zbyt silnych związków rodzinnych i to nie tylko z opolanami. I chyba z wzajemnością. Może na starość coś w tym się zmieni.
Budowa trwa. Wczoraj byłem zablokowany w domu przez pół dnia. Przespałem to.
Ciągnie mnie do jakiegoś krótkiego wyjazdu poza miasto. Jako cel wchodzą w rachubę: Świdnica, Żarów, Trzebnica albo Kąty Wrocławskie. A może połączyć Żarów z Kątami? Tylko niech pogoda się poprawi. No i jeszcze chciałbym wyskoczyć do "Orbity" (to już nie poza miastem). Ze sprzętem.

poniedziałek, października 11, 2010

Działo się, a ja milczę.

Rozmaite rzeczy działy się od mojego ostatniego wpisu. A ja milczałem, aż wstyd.
Najpierw byłem na zjeździe absolwentów w Świdnicy. Na chyba 27 czy 28 osób, które zdawały maturę w moje klasie, na zjazd przybyło jedenaście. Całkiem przyzwoity wynik. Miło było zobaczyć po latach swoje Koleżanki i swoich Kolegów, porozmawiać, powspominać, poopowiadać,... Następny raz za kolejne pięć lat.
Kiedy ja byłem w Świdnicy, mój ojciec wyjechał do rodziny do Niemiec. Okazało się, że bardzo szczęśliwie. Bo przecież zaczęła się rozbudowa naszej chaty więc miałby bardzo ciężkie warunki życia. Szczególnie, że zaraz po zdjęciu dachu przez trzy dni padało i zalało mieszkania i jego, i nasze. Do tej pory nie możemy się ich dosuszyć. Na szczęście, jak się zdaje, nie ucierpiał mój sprzęt. Przez trzynaście dni nie włączałem komputera, na który kapała woda, wysechł i jak widzę, działa dobrze. Tak na prawdę pewny byłem jedynie sprawności jednego aparatu fotograficznego i jednej kamery, bo były w innym pomieszczeniu dodatkowo zabezpieczone.
Na jubileuszu i zjeździe absolwentów szkoły, z której odszedłem idąc na emeryturę, nie byłem. Wypadło to właśnie w czasie zalania mi mieszkania, nie w głowie mi było a poza tym miałem dość sprzątania a mało czasu na świętowanie. Czy żałować - nie wiem.
Z kopyta ruszyły rozgrywki siatkarskie. Sezon ligowy dla siebie inaugurowałem w Świdnicy na meczu MKS - Korona w ubiegłym tygodniu. A wczoraj i przedwczoraj już "pełny wymiar": sobota - mecz kadetek i trzeciej ligi we Wrocławiu, niedziela - trzecia liga znowu w Świdnicy. Wyszło, że w ciągu miesiąca aż cztery razy jeździłem do tego pięknego miasta. Przy okazji w niedzielę zaszedłem na cmentarz żydowski. Tak jakoś się składa, że człowiek docenia miejsca, w których mieszkał najczęściej wtedy, gdy już z nich się wyprowadził. O istnieniu cmentarza żydowskiego w Świdnicy dowiedziałem się całkiem niedawno (jak na swoje długie już życie).
Podobnie ma się sprawa z Żarowem. Kiedy z niego wyprowadzałem się, w 1968 roku, cieszyło mnie, że opuszczam to miejsce. Miejsce uznane przeze mnie wtedy za coś najbrzydszego na świecie. Przez lata tam nie jeździłem w przeciwieństwie do Andrzeja, który odwiedzał Żarów przy każdej okazji. Aż kilka lat temu i ja pojechałem. Byłem bardzo mile zaskoczony. Żarów wypiękniał, oczyścił się i wywietrzył. Urodą nie poraża ale nie można go już uznać za coś obrzydliwego. Okolice miasta, te bliższe i te dalsze, mają bardzo dużo uroku, są po prostu bardzo ładne. Teraz chętnie tam bywam choćby przejazdem, jak wczoraj. Chociaż zauważam ostatnio jakby pewne oznaki zmniejszenia dbałości o samo miasto. Może jednak się mylę.

niedziela, sierpnia 29, 2010

Podróżowano.

Najpierw ja z ojcem pojechaliśmy wczoraj do Skrzydłowic, Pawonkowa, Gosławic i Rzędowic. W tych ostatnich byłem pierwszy raz w życiu, a ojciec pierwszy raz od czasów swego dzieciństwa. Zobaczyliśmy największą i jedną z najstarszych naszych pamiątek rodzinnych, kaplicę zbudowaną przez mojego pradziadka, Alberta, zw. Herzogiem.
A wieczorem zadzwonił Andrzej z informacją, że do Jarosławia powrócił Jacek. Po dwóch latach nieobecności i niedawania w ogóle znaku życia. Oryginał z niego prawdziwy.

poniedziałek, sierpnia 23, 2010

Oj, terminy, terminy.

Przypatrzyłem się dokładniej swojemu terminarzowi na wrzesień i wyszło ciekawie. Do połowy miesiąca spokój, później nakładanie się. I tak zjazd absolwentów w Świdnicy mam 18 i 19 września, a urodziny Dominika 19 tegoż miesiąca. Za pięć lat oczywiście sytuacja się powtórzy.
Druga kolizja zaraz w następnym tygodniu. 24 i 25 są obchody sześćdziesięciolecia szkoły na Skwierzyńskiej a 25 i 26 startuje druga liga siatkówki i być może będzie się chciało w sobotę, 25 właśnie, do Trzebnicy wybrać. Właściwie chciało się będzie tylko nie wiem jeszcze, czy Gaudia zagra w pierwszym terminie u siebie, czy na wyjeździe. Ale się dowiem.

niedziela, sierpnia 22, 2010

A czas płynie.

Minęły trzy miesiące od odejścia od nas Leona. Pomału zaczynam się przyzwyczajać. Już coraz rzadziej przechodząc nocą po ciemku przez przedpokój przesuwam się obok lewej ściany, bo przecież on układał się często koło ściany prawej. Nie niepokoją mnie też grzmoty nieczęstych zresztą burz, bo i jemu one w ciągu ostatnich dwóch lat mało przeszkadzały. Jeszcze tylko wybuchy fajerwerków wywołują u mnie odruchową złość, że ktoś mi straszy bezmyślnie psa. W miniony wtorek nawet rozbawiło mnie to, że nie tylko ja czasami zapominam, że Leona już nie ma. Sąsiedzi też. Dawniej od czasu do czasu dokarmiali go. We wtorek wieczorem znalazłem na środku podwórka świeże kości po schabowych, dawny przysmak naszego psa. Ktoś się zapomniał i chciał podzielić się z nieboszczykiem.
Wczoraj i dzisiaj byłem w Puszczykówku i Poznaniu. To w związku z meteorytowym przelotem Oli i Piotrusia przez Polskę. Wpadli do nas jak po ogień, później zrobili sobie objazd: Kraków, Zakopane, Częstochowa, Poznań i Puszczykówko właśnie. A dalej Toruń, Gdańsk i coś tam jeszcze. Andrzej, gdy dowie się, gdzie byłem, znowu będzie marudził, że nie trafiłem do Jarosławia. Jednak w tym roku nie piszę się na taki wyskok. Zaczynam coraz pewniej stawać na nogi - dosłownie też - ale jeszcze nie dość pewnie. Wyjazd tam byłby nieco bezsensowny, jak sądzę.

piątek, lipca 09, 2010

Nie tak.

Przeczytałem przed chwilą informację, że nie żyje mój były uczeń i krótko podopieczny, Krzysiek O. To nie tak powinno być, bym ja, stary, szedł na pogrzeb kogoś tak młodego. A pogrzeb chyba w przyszłym tygodniu.

piątek, czerwca 25, 2010

Rowerek.

Zdecydowałem się na nieco dłuższą przejażdżkę na rowerze. Ostatecznie ma się aż pięć pojazdów, wypada od czasu do czasu któregoś użyć.
Było całkiem przyjemnie i co ważne, nie ma przykrych konsekwencji od strony nogi. Trzeba będzie skorzystać i częściej jeździć. Sympatyczniej ostatnio niż chodzić. Szkoda, że nie wszędzie da się dojechać.

środa, czerwca 16, 2010

Na rowerach.

Dzisiaj byłem pierwszy raz na wspólnej przejażdżce rowerowej z Dominikiem.

wtorek, maja 18, 2010

To wielka strata dla Świdnicy.

Cytat z "Dziennika Świdnickiego":


Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w nocy z niedzieli na poniedziałek zmarł nagle Andrzej Scheer, wielki społecznik, pasjonat historii Świdnicy i ziemi świdnickiej.
Z wykształcenia był geografem i to ona była niejako wyznacznikiem jego wielu zainteresowań. Jedną z jego fascynacji były tzw. krzyże pokutne. Na początku lat siedemdziesiątych pan Andrzej zaczął publikować zebrane przez siebie materiały inwentaryzacyjne, stopniowo poszerzane na cały kraj. W 1985 roku z jego inicjatywy założony został Ogólnopolski Klubu Badaczy i Miłośników Krzyży Pokutnych i Rzeźb Przydrożnych przy świdnickim Oddziale PTTK.
Inną dziedziną zainteresowań Andrzeja Scheera było kolejnictwo. Był autorem wielu opracowań o historii kolei na Dolnym Śląsku.
Był aktywnym członkiem Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego i Towarzystwa Regionalnego Ziemi Świdnickiej. Jako jeden z inicjatorów przyczynił się w 1989 roku do reaktywacji po kilkudziesięciu latach tytułu prasowego „Wiadomości Świdnickie”.
Przez wiele lat aktywnie uczestniczył przy tworzeniu kolejnych tomów "Rocznika Świdnickiego". Pracował w Muzeum Dawnego Kupiectwa i był wielkim rzecznikiem działań na rzecz ochrony świdnickich zabytków. To on kilkakrotnie inicjował publiczne dyskusje i akcje na rzecz odbudowy wieży świdnickiego ratusza. Zawodowo, od wielu lat związany był z jedynym świdnickim kinem „Gdynia” w którym pracował.
Odszedł człowiek niezwykle skromny i bardzo oddany swoim pasjom, związanym z naszym miastem. Pustka po nim będzie trudna do zapełnienia.


Dodam od siebie, że był to starszy kolega z mojego liceum. Pierwszy raz zobaczyłem go, gdy rozpoczynałem naukę w tej szkole. Na rozpoczęciu roku szkolnego występował w zespole big-beatowym, jak to wtedy się określało, na scenie w szkolnej auli, która na co dzień była salą gimnastyczną. Grali ówczesne przeboje Czerwonych Gitar. Po ukończeniu szkoły widywałem go przy okazji zjazdów absolwentów, ostatni raz pięć lat temu. A poza tym, siedem chyba lat temu spotkałem go podczas wycieczki szkolnej klasy mojej żony.

Koniec całej epoki.

Dzisiaj wieczorem odszedł Leon - Aslan. Miał siedemnaście lat, piękny wiek jak na psa. A psem był bardzo porządnym. Nawet dzisiaj załatwił sprawę nadzwyczaj grzecznie. Jeszcze po południu odzywał się, gdy Magda, Przemek i Dominik odjeżdżali zabierając ze sobą Sparky'ego. A później zapadła cisza. Około siódmej znalazła go Kasia. Był już w krainie wiecznych łowów. Leżał sobie na boku na podwórku. Gdyby to stało się w jego budzie, mielibyśmy kłopot z jego wydobyciem. Najwyraźniej chciał go nam zaoszczędzić.
Jest nam teraz bardzo dziwnie. Gdy przechodzimy koło okna albo drzwi na taras, sprawdzamy chcąc obaczyć, co tam u niego. Jutro po raz pierwszy od siedemnastu lat nie będziemy przygotowywać dla niego posiłku. Zniknie też jego pudełko z przedpokoju.

poniedziałek, maja 17, 2010

I po sezonie.

I po sezonie. Dzisiaj byłem na ostatnich dwóch meczach siatkówki. Jeszcze tylko została mi telewizja.
Gdy wychodziłem z hali dowiedziałem się, że to też już koniec chodzenia na Krupniczą. Od początku nowego sezonu mecze będą odbywać się na Połbina. Trochę mi szkoda. Na Krupniczą miałem bliżej i znakomity dojazd. Na Połbina czeka mnie godzina jazdy z przesiadką. A w powszedni dzień zapewne korki. No i trochę żal żegnać się ze swoim stałym miejscem na balkonie. Za to nowa hala z pewnością będzie wygodna, przestronna i... taka sama jak wszystkie inne. Spróbuję się przyzwyczaić. Na razie pewnie porobię trochę pamiątkowych fotek.

środa, maja 12, 2010

Ale się pozmieniało.

Dzisiaj trochę o zmianach. Jeśli nie poświęcić chwilki na zastanowienie się, to nawet człowiek nie zauważa, jak bardzo zmienił się świat za jego życia a szczególnie w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Na pewno wpływ na to mają przemiany polityczne ale też wiele znaczą zmiany technologiczne.
W czasach mojej pierwszej młodości, a nawet jeszcze sporo później trudno było wyobrazić sobie, że bez większego kłopotu i tanim kosztem można z niemal każdego miejsca na ziemi zatelefonować czy wysłać wiadomość tekstem lub obrazkiem czy filmikiem w dowolne niemal miejsce na Ziemi. O telefon trzeba było się starać i czekać długo na jego przyłączenie.
Dalekie podróże odbywało się raczej statkami niż samolotami. Nie tak znowu wiele osób mogło sobie na to pozwolić. I takie przykłady dwa. Piotruś służbowo pojechał w minionym miesiącu do Stanów Zjednoczonych i w związku z wybuchem wulkanu na Islandii odwołano mu lot powrotny. No to spędził dodatkowy tydzień w Dallas nudząc się zapewne mocno, bo nie jest to najciekawsze miejsce na świecie. Ja będąc w jego wieku widywałem to miasto jedynie w telewizji z okazji kolejnych rocznic zamachu na Kennedy'ego. Kiedy Piotruś wreszcie wrócił, pojechali z Olą do Porto.
Magda z kolei poleciała w pięciodniową podróż służbowo - turystyczną do Hongkongu. Wróciła i po tygodniu z Przemkiem i Dominikiem polecieli do Hiszpanii na krótki urlop. Codziennie podsyła nam zdjęcia do pooglądania. A w mojej młodości i Hongkong i Malagę mogłem widywać od czasu do czasu w telewizji, w filmach krajoznawczych albo na obrazkach drukowanych przy okazji reportaży w "Dookoła Świata", "Światowidzie" czy "Poznaj Świat".
I coś całkiem z innej beczki, choć też jest to zmiana. Wczoraj dowiedziałem się, że jestem prawnukiem Alberta Matziola, zwanego Herzogiem. Dokładnie jestem jedynym synem najmłodszego syna najstarszego syna tegoż Herzoga. A przezwisko swoje otrzymał on po tym, jak w latach 1911 - 12 wybudował na swojej ziemi w Rzędowicach istniejącą do tej pory kaplicę. Zaprawdę, bardzo daleko spadło jabłko od jabłoni. Będę musiał kiedyś, przy okazji wpaść do tych Rzędowic.

piątek, kwietnia 09, 2010

Lenistwo.

Dwa miesiące lenistwa: nic nie napisałem. Okropność. Tyko o czym tu pisać. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem podobne do siebie. Żadnych rewelacji. Teraz od kilku dni jestem sam, bo Kasia pojechała z Dominikiem do Kołobrzegu podobnie, jak w ubiegłym roku. A ja siedzę w domu i usiłuję pozbyć się wstrętnie uporczywego kaszlu, który męczy mnie od czterech tygodni. A już cieszyłem się, że zima mi przeszła zdrowo, bez przeziębień, które mnie dręczyły w ubiegłym roku. No, zdrowo to by było, gdyby nie ta odnowiona kontuzja nogi. A tu na koniec przyplątał mi się ten kaszel. Na razie biorę już drugi antybiotyk i poprawa nie jest szczególnie imponująca. Za to punktów w Maxmedicum mi przybywa.
Sam tak całkiem nie jestem, bo przecież towarzyszy mi pies a właściwie cień psa. Musieliśmy przestroić go na odmianę podwórkową, bo strasznie brudzi. I okazało się, że jego samopoczucie przy niższych temperaturach jest lepsze niż wtedy, gdy go dogrzewać. W ciepłym mieszkaniu stawał się bardzo ospały, sprawiał wrażenie bardzo otępiałego. Tymczasem wypuszczony do ogrodu odzyskiwał wigor, jakby u kilka lat ubywało. Niezbyt dobrze to mu wróży w związku z nadchodzącą ciepłą porą roku. Przecież już w maju bywają u nas upały. Na razie jest tak, że Leon prawie cały czas jest w ogrodzie, na podwórku. Śpi w budzie a do domu przychodzi tylko pojeść. Nie bardzo można dawać mu jedzenie na zewnątrz, bo wyjadają mu sroki, których sporo gnieździ się niedaleko. A to psisko nie potrafi ich pogonić. W ogóle nigdy nie bronił on swojej miski, nawet Sparky, gdy był młody i zdarzało mu się bywać u nas, potrafił wyjeść wszystko z miski Leona przy jego biernej postawie. Po prostu stary pies nigdy nie musiał z nikim konkurować o żywność. No i jest taki, że zawsze można mu było jedzenie z pyska wyciągnąć. To już się nie zmieni.

środa, lutego 10, 2010

Miło mi było.

Dreptałem sobie wczoraj po Dominika i spotkałem Izę, jego dawną ulubioną przedszkolną koleżankę. Szła ze swoją mamą z publicznego przedszkola. Podobno mnie i Dominika pamięta, mimo tego, że nie widzieliśmy się od pół roku. Powiedziałem Dominikowi o tym spotkaniu. Był zainteresowany, pytał, gdzie Iza teraz chodzi. Ale czas, kiedy to wyraźnie tęsknił za swoją towarzyszką zabaw i ciągle ją wspominał, już minął. Może trafią razem do szkoły i wtedy ich stara wtedy już przyjaźń się odnowi.


Warunki nadal mamy zimowe. Na początku Dominik chętnie wracał do domu na sankach, które ja ciągnąłem. Tak było nieco ponad tydzień, później chyba mu się znudziło. Powiedział, że chce wracać na piechotę. Fakt, że ma wtedy więcej czasu, możemy po drodze rozmawiać, bawić się w zagadki no i Młodziec może bawić się w dinozaura. To teraz jest "zimowy dinozaur", który brodzi w śniegu, a w cieplejsze dni wyszukuje strużek wody albo oczek błota. Wtedy dopiero ma frajdę.

wtorek, stycznia 26, 2010

Udany dowcip?

Podobno udał mi się wczoraj kawał. Wysłałem do Andrzeja i Klaudyny smsy o treści: "Nadchodzącej nocy będzie u Was taki mróz, że gaz będzie się skraplał w rurach". Ponoć Klaudyna zadzwoniła zaniepokojona do Andrzeja pytając, co zrobić by się ten gaz w rurach nie skroplił. Jeśli to prawda, to mój dowcip był udany.
Dominik dzisiaj zaszokował mnie swoim śpiewaniem. Wykonywał kilkakrotnie "The Final Countdown" i "Dragostea Din Tei". Zwłaszcza ten drugi kawałek wychodzi mu niesamowicie. Będę musiał to w czwartek nagrać.

niedziela, stycznia 24, 2010

Wieści rozmaite.

Śnieg już od dawna nie pada. Zrobiło się za to dość zimno, kilkanaście stopni poniżej zera. Roztopów nie ma, uliczki zrobiły się ledwo jednokierunkowe, często ktoś się na nich zakopuje swoim autkiem i trzeba mu pomagać. Jest więc jakaś rozrywka i ćwiczenia fizyczne.
Dominik podłapał jakieś zapalenie gardła czy krtani. W każdym razie dość nieładnie kaszlał. Teraz przez tydzień będzie siedział w domu. Wypadło pechowo, bo nie mógł wystąpić w przedszkolu na imprezie z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka. A tak zawzięcie uczył się wierszyka. Chyba z tego powodu był trochę nie w humorze i nie chciał mi dać przygotowanej laurki. A może była inna przyczyna? W każdym razie jest jeszcze za młody, by dokładnie wyjaśnić motywy swego postępowania.
Planowałem jechać do Świdnicy na mecz kadetek Gwardii i Polonii. Nie pojechałem. Za zimno mi było, poza tym chciałem uniknąć konieczności dreptania na Zawiszów i z powrotem, co mogłoby nadwerężyć moją okulawioną nogę. Zresztą zamiast kadetek z Wrocławia pojechały młodziczki, bo kadetki tego samego dnia tylko trzy godziny później miały zaplanowany mecz ligowy z MOS-em. Na tym meczu byłem. A do Świdnicy może wybiorę się na turniej kadetek. Wszystko zależy od kalendarza rozgrywek i od pogody.
Ciągle zmienia mi się gust muzyczny. I to w określonym kierunku. Najpierw z zapałem i przyjemnością zacząłem słuchać Shakespears Sister (zresztą nadal lubię). Od kilku dni rozsmakowuję się w t.A.T.u. A przypomniało mi o nich chodzenie na mecze do Orbity, gdzie często puszczają fragment ich piosenki "All About Us". Szukając klipów znalazłem to:

poniedziałek, stycznia 11, 2010

Śnieg.

Śniegu mamy, że ho, ho. Po kilka razy dziennie trzeba wychodzić i odgarniać. A ponieważ większość sąsiadów tak postępuje, na naszej wsi łatwiej się poruszać, niż w wielkim mieście. Sprawdziłem to na własnej skórze wczorajszym popołudniem. Wybrałem się na mecz. Zastanawiało mnie, że miał się odbyć dziwnie późno. Nie sprawdziłem, że zmieniono dzień. No i przejechałem się czwórką prawie od końca do końca i z powrotem. Tak to jest, gdy ma się sklerozę. Już raz miałem podobny przypadek ale wtedy trasa była krótsza.
Zlikwidowałem swoje konto na pf.pl i odzyskałem na bigfoot.com.