Wczoraj wieczorem dotarła do mnie wiadomość o śmierci Maryli M. Zmarła 31 października. To pierwsza osoba z naszej klasy licealnej.
W mojej pamięci utrwaliła się jako osoba pełna życia i humoru, bardzo dobry człowiek, który z każdym umiał się porozumieć i zyskać u każdego przychylność. Dzięki niej świat był barwniejszy. Aż trudno sobie wyobrazić, że już jej nie ma między nami. Ostatni raz widziałem ją nieco ponad siedem lat temu, na poprzednim zjeździe absolwentów. Na ostatni zjazd nie przyjechała, nawet trochę rozmawialiśmy o tym, że jej nie było. Mieliśmy jednak nadzieję spotkać ją za kolejne pięć lat, w 2010. Już się nie uda.
Trzeźwo myśląc trzeba spodziewać się, że analogiczne informacje będą pojawiać się od czasu do czasu, w narastającej ilości, z reguły z pewnością przy okazji właśnie zjazdów. Weszliśmy przecież w wiek schyłkowy, co czasem trudno sobie uzmysłowić. Trochę to dziwne: człowiek ma swoje lata jest dziadkiem czy babcią, zdrówko już niekoniecznie najlepsze, a jednak czuje się młodo. W odpowiednim towarzystwie, np. dawnych szkolnych kolegów, bardzo młodo. Ale tak jest dobrze.