poniedziałek, grudnia 31, 2007

Znajdujemy się.

Po wielu, wielu latach zaczynamy, kiedyś chodzący do jednej klasy, odnajdywać się. Wczoraj wymieniłem maile z Jolą i długo rozmawiałem z Tadziem. Chyba wszyscy zaczynamy bardziej tęsknić za młodością.
Wczoraj też zeskanowałem zdjęcia stanowiące archiwum Jacka i Przemka. Tak na mój gust, to oni sami powinni to zrobić. Przynajmniej wróciliby pamięcią do przeszłości. Dla mnie te zdjęcia znaczą bardzo niewiele. Ot, mogłem pośmiać się z fryzur modnych w latach osiemdziesiątych. I tyle.

niedziela, listopada 18, 2007

Pimpek na meczu.

Dzisiaj Dominik pierwszy raz w życiu był na meczu siatkówki. I na jakimkolwiek meczu w ogóle. Dokładniej był na jego części, w sumie około półtora seta. Przywieźli go i zabrali rodzice. Na samą grę patrzył przez chwilę, później z zapałem zwiedzał halę zaglądając we wszystkie dostępne dla niego kątki. A później chciał już sobie pójść, chyba było dla niego za głośno. Za jakiś czas może spróbujemy ponownie. Na razie jest jeszcze za mały, by dłużej niż przez kilka minut skupić się tylko na obserwacji. Sam chce działać i chce, by to jemu poświęcano uwagę.

Skanuję i skanuję.

Znowu wziąłem się ostro do skanowania starych zdjęć. W tym przypadku starych oznacza, że zrobionych głównie w latach dziewięćdziesiątych. Jest tego trochę, może skończę do świąt. Podobno są jeszcze dwa albumy, gdzieś schowane przez Kasię. To jednak już nie będzie aż tak dużo.
Przy tej okazji nasunęła mi się myśl: Kilkadziesiąt lat temu ze względu na technologię wykonywało się niezbyt wiele fotografii. Przeważnie trafiały one do albumów i były często przeglądane przez zaiteresowane osoby. Po pojawieniu się minilabów i tanich aparatów - głupawek częstość fotografowania znacznie wzrosła. Stosunkowo nieliczne zdjęcia nadal były umieszczane w albumach, a większość leży sobie spokojnie w kopertach i prawie do nich się nie zagląda. Obecnie rozpowszechniły się cyfrówki, robi się tysiące zdjęć, które w olbrzymiej większości pozostają na twardych dyskach komputerów albo są zgrywane na płyty. Przeważnie przegląda się je tylko jeden jedyny raz, po zrobieniu i ściągnięciu z aparatu. Bardzo nieliczne są drukowane i umieszczane w albumach. Praktycznie więc ilość zachowywanych i wykorzystywanych informacji zawartych w zdjęciach chyba niewiele się zmieniła.

środa, listopada 14, 2007

Będzie smutniej i nudniej.

Dzisiaj zmarł Jan Kaczmarek. Będzie mniej mądrego uśmiechu na świecie.

czwartek, listopada 08, 2007

No to się zaczyna.

Wczoraj wieczorem dotarła do mnie wiadomość o śmierci Maryli M. Zmarła 31 października. To pierwsza osoba z naszej klasy licealnej.
W mojej pamięci utrwaliła się jako osoba pełna życia i humoru, bardzo dobry człowiek, który z każdym umiał się porozumieć i zyskać u każdego przychylność. Dzięki niej świat był barwniejszy. Aż trudno sobie wyobrazić, że już jej nie ma między nami. Ostatni raz widziałem ją nieco ponad siedem lat temu, na poprzednim zjeździe absolwentów. Na ostatni zjazd nie przyjechała, nawet trochę rozmawialiśmy o tym, że jej nie było. Mieliśmy jednak nadzieję spotkać ją za kolejne pięć lat, w 2010. Już się nie uda.
Trzeźwo myśląc trzeba spodziewać się, że analogiczne informacje będą pojawiać się od czasu do czasu, w narastającej ilości, z reguły z pewnością przy okazji właśnie zjazdów. Weszliśmy przecież w wiek schyłkowy, co czasem trudno sobie uzmysłowić. Trochę to dziwne: człowiek ma swoje lata jest dziadkiem czy babcią, zdrówko już niekoniecznie najlepsze, a jednak czuje się młodo. W odpowiednim towarzystwie, np. dawnych szkolnych kolegów, bardzo młodo. Ale tak jest dobrze.

czwartek, listopada 01, 2007

Byle dalej.

Taaa, sprzęt do mnie wócił ale sprawność jego pozostawia bardzo wiele do życzenia. Pomału zaczynam się do tego przyzwyczajać.
Jutro wyjazd na groby. Jedziemy we trójkę. Obskoczymy dwa cmentarze i kilkoro żyjących krewnych. A propos krewnych. Klaudyna założyła w serwisie Moi Krewni drzewo genealogiczne, do rozbudowywania którego wciągnęła i mnie. A ja z kolei Kasię i Magdę. Całkiem sympatyczna zabawa. Jest na czym spędzać czas na starość.

sobota, października 06, 2007

Nie piszę.

Bardzo długo, ponad miesiąc nie napisałem ani słowa. Najpierw nie bardzo miałem o czym, a teraz nie mam za bardzo na czym. Siadł mi sprzęt, a ponieważ był na gwarancji, oddałem do producenta do naprawy. I czekam już ponad dwa tygodnie. Myślę, że się doczekam w nadchodzącym tygodniu. A teraz posługuję się swoim starym sprzęcikiem jako zastępczym. Strasznie jest powolny, cierpliwości wymaga ogromnej. Wiem, że nowsze programy, a także nowsze strony internetowe wymagają jednak lepszego, szybszego sprzętu. Cóż jednak mam zrobić. Ograniczyłem swą aktywność a jednak i tak dużo czasu mi ona zajmuje. Jeszcze trochę.
A swoją drogą jest to kolejny dowód, jak łatwo człowiek przywyczaja się do wygody.

niedziela, września 02, 2007

Na meczu byłem.

Wczoraj pierwszy raz w życiu byłem na meczu piłki nożnej kobiet. Jak ma się w mieście najlepszą w kraju drużynę, to nawet wypada ją zobaczyć. Trochę się obawiałem, że się wynudzę. A to w związku z moimi doświadczeniami sprzed lat. Ostatni raz na meczu dorosłej drużyny byłem przeszło 30 lat temu, w czasach świetności Śląska, który występował w Pucharze UEFA grając z jakąś drużyną z Irlandii. Namówił mnie Wojtek M. Wynudziłem się potwornie i obiecałem sobie nigdy nie chodzić na takie imprezy. Stąd też i moje obawy.
Jednak nie żałuję, było fajnie. Wynik 8:0 dla gospodyń już dowodzi, że na boisku sporo się działo i nie można było się nudzić.Jednak wolę siatkówkę, co nie znaczy, że od czasu do czasu, w sprzyjających okolicznościach nie wybiorę się znowu na żeńską piłkę nożną. Za męską dziękuję.

sobota, września 01, 2007

Jeszcze o tym.

Wyprowadziłem się z Żarowa 39 lat temu. Jak ten czas leci! Zapamiętałem to miasto jako miejscowość brudną, bardzo brzydką i potwornie śmierdzącą. A mieszkańców jako ludzi bladych i ogólnie dość mało urodziwych. Teraz jest inaczej. Miasteczko wyładniało, zrobiło się kolorowe, bo wiele budynków odnowiono. Jest znacznie czyściej. Prawie już nie śmierdzi. Charakterystyczną woń cyjanowodoru czuły nos może jeszcze rozpoznać w północnej części miasta, w okolicy dawnej Silesii (DZCh). I ludzie już nie są bladzi. Jakby też wyładnieli (może średnia uroda poprawiła się w związku z moją wyprowadzką?).
Właściwie całkiem lubię tam jeździć. Zawsze czułem sympatię do małych miast, a z tym w dodatku wiążą się wspomnienia wczesnej młodości. Tylko gdyby tak jeszcze każdy fotografujący nie spotykał się z objawami dziwacznej podejrzliwości mieszkańców, a każdy będący w starszym wieku filmujący nie był uznany za Niemca (podkreślam, że nie mam nic przeciwko Niemcom, zresztą byłoby to u mnie dość duże dziwactwo).

czwartek, sierpnia 30, 2007

Żarów znowu.

O, przez miesiąc nic nie napisałem.
Wczoraj znowu wypad do Żarowa. Miałem cztery zadania do wykonania. Udało się. Znalazłem i zidentyfikowałem wszystkie szukane obiekty, narobiłem zdjęć i jestem z siebie zadowolony. A przy okazji cofnąłem się pamięcią o przeszło 39 lat - rewelacja.

niedziela, lipca 29, 2007

Jednak żyję!!!


Ostatnio nie udzielałem się literacko. Jakoś albo nie miałem za bardzo o czym pisać, albo mi się nie chciało, albo też nie miałem dostatecznych możliwości w związku z wspominanym wcześniej wyjazdem.

A wyjazd ten udał się nadzwyczajnie. Było bardzo przyjemnie i niespodziewanie mało męcząco. Dominik jest bardzo dobrym towarzyszem podróży i wczasowania.

Wczoraj wybrałem się z Pradziadkiem i Andrzejem do Auchana na ich małe zakupy. Spotkałem dwie znajome sprzed kilku lat. Jedna z nich zrobiła taką minę, jakby chciała powiedzieć: "To on jeszcze żyje?!" Bardzo mnie to rozbawiło. Żyję, żyję, i to całkiem miło.

piątek, lipca 06, 2007

Wyjazd.


Jutro jedziemy z tym wszędołazem nad morze, do Grzybowa. Ciekawe, jak nam się uda ten eksperyment. To dla nas pierwszy tak daleki wyjazd z tak małym dzieckiem od trzydziestu lat. Siły nie te, zdrowie nie to. Dla niego to też pierwsze tak długotrwałe rozstanie z rodzicami. No, się zobaczy.

piątek, czerwca 22, 2007

60+

Przedwczoraj byłem na koncercie Heaven And Hell w Katowicach. Życie zaczyna się po sześćdziesiątce! Mnóstwo przyjemności. Najpierw na koncercie z tego, co widziałem i słyszałem. Później, gdy wracałem do domu nad ranem i było tak chłodno (wreszcie), lekki wietrzyk i śpiew ptaków. I na końcu, gdy uzupełniałem płyny najpierw jabłkiem z miętą a w końcu kawą.
A wczoraj Magda z Przemkiem byli w Chorzowie na Genesis. Efekty mieli jak na koncertach Ozzy'ego: grzmoty, błyskawice i lanie wodą.

poniedziałek, czerwca 11, 2007

Zboczenie?

Pisałem wczoraj o desperatach a raczej desperatkach opalających się na ruchliwym placu. Dziś zobaczyłem dwie dziewczyny ułożone nad Ślezą tuż przy Moście Oporowskim. Po moście jadą setki pojazdów na godzinę a w górę i w dół rzeki są hektary ładnej, czystej i wolnej od ludzi i hałasu trawki. I co sądzić o postępowaniu tych pań? To już nie desperacja lecz chyba dewiacja jakaś.

niedziela, czerwca 10, 2007

Żegnaj, Poltegorze.




Dzisiaj wybrałem się rowerkiem na pożegnanie z Poltegorem. Zaczęły się prace rozbiórkowe. Na razie jeszcze za wiele nie widać: zniknęły maszty anten z dachu i obudowa schodów wejściowych, która i tak była późniejszym dodatkiem. Jasne, że nic nie jest wieczne i inwestor uznał, że najlepiej ten gmach rozebrać i na jego miejscu wybudować coś bardziej funkcjonalnego, nowoczesnego, opłacalnego. A jednak trochę żal. Gdy przyjeżdżało się do Wrocławia od południa, południowego zachodu czy południowego wschodu, z daleka widok Poltegoru oznaczał, ze Wrocław już tuż tuż. Wcześniej podobną rolę spełniał nieistniejący już komin cukrowni na Klecinie. Teraz przez jakiś czas nie będzie podobnego obiektu orientacyjnego.
Przy okazji zauważyłem, że desperacja niektórych osób jest wielka. W gorące dni sporo osób wybiera się na trawkę by na niej poleżeć w cieniu albo opalać się. Tak jest np. w południowej części parku Grabiszyńskiego ale też na Wzgórzu Gomułki (Andersa). Jednak szczególego samozaparcia wymaga chyba opalanie się na środku Placu Powstańców Śląskich. Teren dość niewielki, wokoło jeżdża liczne samochody hałasując, kurząc i smrodząc. Nie przeszkadzało to jednak dzisiaj kilku osobom w opalaniu się. Ja bym się nie zdecydował.

środa, maja 23, 2007

Będzie, nie będzie?

ZNP grozi strajkiem nauczycieli. Jak znam życie, niewiele z tego wyjdzie. Brać nauczycielska chyba dobrze pamięta jeszcze strajk z 1993 r. i późniejsze przepychanki o marne kilka groszy. A poza tym ten związek jest okropnie nieruchawy i lękliwy. Miedzy innymi z tego właśnie powodu mamy takie przypadki, że nauczycielka mianowana (znana mi, dobra) zostawia szkołę na rok, by pojechać do Anglii (a może Nowej Zelandii czy innej Hiszpanii), bo trochę zarobić pracując tam jako opiekunka do dziecka. Więcej takich przypadków i trzeba będzie wysyłać za granicę dzieci za ich nauczycielami, bo w naszych szkołach nie będzie miał kto uczyć.

poniedziałek, maja 14, 2007

Nie ma lekko.

Mam ostatnio niezły trening. Dominik bardzo chętnie chodzi na spacerki pieszo ale jeszcze dość szybko się męczy. Wygląda to tak: wychodzimy z domu bez wózka i idziemy na petlę tramwajową (doskonale zna drogę). Tam oglądamy tramwaje, później drepcemy dalej, w stronę parku. Po pewnym czasie mój towarzysz zdradza objawy zmęczenia więc biorę go na ręce i niosę do domu. A że waży sporo i jest ciepło, nieźle się napocę. Gdy docieram do celu, Dominik już śpi albo prawie śpi. Kładę go więc do wózka i idę na jeszcze w przybliżeniu dwugodzinny spacer, podczas którego obydwaj dochodzimy do siebie (choć w bardzo różny sposób). Po spacerze wracamy do domu na obiad. Śmieję się, że gdy taki porządek spacerowania utrzyma się dłużej, nabiorę postury Pudzianowskiego. Przyjmę wtedy przydomek Iluminator (inaczej Bulaj, jakby daleki krewny Buły - Bułkowskiego lub Bully'ego).
Od soboty zamknięta jest ulica Avicenny. Skutek to zwiększenie się ilości chętnych do jazdy przez Solskiego. Jest ich tak wielu, że mniej jadą niż stoją. Dla mnie zrobiło się wygodniejsze i bezpieczniejsze przechodzenie przez jezdnię, bo blaszaki prawie się nie poruszają.

wtorek, maja 01, 2007

Na rowerze i w zoo.

Pojechałem dziś rowerem zobaczyć nowy wiadukt na Klecińskiej. Dzięki niemu i zrobionym przy tej okazji ścieżkom rowerowym można całkiem sympatycznie jeżdzić od tzw. Wielkiej Wyspy po Osobowice, a może nawet nieco dalej. Co prawda zjazd z wiaduktu w stronę Grabiszyńskiej jest nieco stromy i na mokro może być ślisko, myślę jednak, że większy problem będą mieć zjeżdżający w tę stronę kierowcy samochodów, szczególnie ciężarowych. A może jednak nie.
Po południu całym stadem pojechaliśmy do zoo z Dominikiem. To była już jego druga tam bytność. Z zainteresowaniem przyglądał się tygrysom i małpom. Wszystko, co pływa, to dla niego "brrrrum", ryba, foka, krokodyl,... Tak samo mówi na samochody i też tak określa czynność jeżdżenia. Ciekawe. Poza tym z zapałem pomagał pchać lub ciągnąć wózek. Bardzo z niego pomocny mały człowieczek.

sobota, kwietnia 21, 2007

A jednak.

Kolejna wiadomość z cyklu "Następny": zmarł Jan Tadeusz Stanisławski (profesor mniemanologii stosowanej).

No i dobrze jest!

No, fajnie się dzisiaj ułozyło. MKS (Polonia) Świdnica co prawda przegrał z Olimpijczykiem Gdańsk ale ugrał jeden set, co umożliwia jego pozostanie w II lidze. Będzie więc można pojeździć do Świdnicy w przyszłym sezonie z tym większą przyjemnością.
Poza tym udało się skłonić Magdę do małego sponsorowania. Może teraz druga strona jakoś się odwdzięczy i współpraca się rozwinie. Do tej pory Magdę nie interesował sponsoring sportowy, a przecież to i owo możnaby zrobić bez ponoszenia kosztów a z obustronną korzyścią i przyjemnością.

piątek, kwietnia 20, 2007

I dalej.

Zmarł Jan Kociniak. Lubiłem go bardzo. Pamiętam go jeszcze jako połowę "Wielokropka".
Dzisiaj odpaliłem mój mały czołg, pojechałem zrobić długo odkładane zakupy i przy okazji zrobiłem sobie mały objazd okolicy. Pierwszy raz od bardzo dawna odczułem przyjemność z jazdy samochodem. Fakt, że ostanio jeżdżę nieczęsto. Jednak te jazdy są mi całkowicie obojętne. Dopiero przejażdżka pomnika przyrody zabytkiem techniki daje wielką satysfakcję.

wtorek, kwietnia 17, 2007

Ale mnie ciągnie!

To już jest poważne uzależnienie. Ciągnie mnie do wyjazdu w sobotę na mecz do Gdańska. I pewnie bym pojechał, gdyby nie to, że właśnie w sobotę mam dodatkowy spacer z Dominikiem i w niedzielę sędziuję.

sobota, kwietnia 14, 2007

Znowu Świdnica.

Dzisiaj znów byliśmy z Pradziadkiem na meczu w Świdnicy. Pradziadek już zaczął się utożsamiać z MKS Ś-ca, mówi: nasze wygrały. A kiedy zapytałem, czy pójdzie ze mną na najbliższy mecz Gwardii, odpowiedział, że chyba jednak nie.

poniedziałek, kwietnia 02, 2007

Świdnica


Wczoraj byłem z Pradziadkiem w Świdnicy na meczu. Piewszy raz w życiu był na spotkaniu siatkówki kobiet. Spodobało mu się i być może za dwa tygodnie (już niecałe) znowu się wybierze. Po drodze podjechaliśmy do Srającego Chłopka. Już dawno się tam wybierałem ale to trochę daleko i mógłbym później mieć kłopot z powrotem do domu.

piątek, marca 30, 2007

Co i co tu napisać?

Dopiero teraz przeczytałem, że 3 stycznia 2007 zmarła dyrektorka I LO w Świdnicy w czasach, gdy byłem jego uczniem, p. Czesława Bednarska. To był człowiek, jest kogo i co wspominać.

wtorek, marca 27, 2007

Wspominki.

Przedwczoraj zmarł Jacek Lech. Szczególnie za jego śpiewaniem nie przepadałem, nie ten rodzaj głosu i muzyki, ale jednak to był ktoś z tamtych czasów, w których i ja byłem młody. A poza tym tylko o 3 lata ode mnie starszy.


W przerwie między kolejnymi meczowymi weekendami (w minioną sobotę i niedzielę byłem w Opolu, w nadchodzącą niedzielę być może wybiorę się do Świdnicy) zabrałem się ostro do skanowania starych zdjęć. Tym razem padło na fotki harcerskie. Zacząłem od Narola'79. Bardzo miłe wspomnienia. I, o dziwo, nawet pamiętam bardzo dużo nazwisk (na ogół mam z tym kłopot).

niedziela, marca 18, 2007

Ach, jak przyjemnie.


Miło jest odmłodnieć nagle o około 20 lat, nawet pozornie. Włączam sobie otóż dzisiaj telewizorek na TVP3 i co słyszę. Zjazd, niemal jakby kolejny zjazd PZPR. Takie samo bicie piany i puszenie się z powodu prawdziwszych i mniej prawdziwych osiągnięć. Tylko scenografia bardziej nowoczesna (to niebieskie światło, cud) no i poszczególnych mówców zapowiada konferansjer wyglądający jak Bałtroczyk + 30 kg, z równie przyciężkim dowcipem. A także praca kamerzystów gorsza (a w ogóle była jakaś?) - dowód na załączonym zdjęciu, na którym persona przemawiająca wygląda, jakby na szyi zawieszono jej tabliczkę z napisem "Przyszłość, sukces" (a mina jej jakby nosiła tablicę hańby). A pod koniec transmisji był już zupełny obłęd: dźwięk leciał nadal ze zjazdu, obraz był zaś podzielony. Dwie trzecie ekranu zajmowała transmisja meczu jakichś drugoligowych kopaczy, a w lewym górnym rogu, na mniej więcej ćwiartce ekranu była miniaturka obrazu z tegoż zjazdu. Brawo, fachowcy z TV.

sobota, marca 17, 2007

Wypad


Zrobiłem sobie mały wypad do rodzinki na wschód. Pełna niespodzianka. W sobotę w południe pojechałem na mecz do Świdnicy, a bezpośrednio po nim w jeden, drugi, trzeci pociąg i o 6:30 rano dzwoniłem pod braterskimi drzwiami. W środę wróciłem. Okazuje się, że jeszcze stać mnie na takie wyprawy. Czyli mozna się spodziewać mnie w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie (uważaj, Rodzinko!!!). Już zastanawiam się, czy w przyszły weekend nie wyskoczyć do Opola. Miasto ładne i dwa mecze do poogladania. A w załączeniu zdjęcia z powitania w minioną niedzielę (1) i pożegnania w środę (2).

niedziela, marca 04, 2007

Następny.

Dzisiaj zmarł Tadeusz Nalepa. Miał 64 lata. Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem "Gdybyś kochał, hej". To było w audycji, która nazywała się chyba "Telewizyjna Lista Przebojów". Ogladałem to z koleżankami i kolegami w świetlicy internatu. Gdy zaczęla się muzyka i pokazano zespół Breakout, wszyscy z wrażenia aż jęknęli. To było takie inne od tego, co dotychczas widzieliśmy i słyszeliśmy, aż szok.

czwartek, marca 01, 2007

Papież zakończył działalność.


Byłem dzisiaj na Klecinie. Ostatnio trochę ją polubiłem. Przypuszczam, że dlatego, iż w znacznym stopniu zachowała charakter dziewiętnastowiecznego osiedla przyfabrycznego, w czym przypomina Żarów. I jest przy tym równie, a może nawet bardziej brzydka. I przy okazji zdobyłem trochę ciekawych informacji.
Po pierwsze to, co dotyczy tytułu. To nie to, co możnaby pomyśleć, nie. Po prostu przestała działać klecińska piekarnia, którą prowadził Władysław Papież wraz ze swoją żoną Marią. Przed laty zdarzało mi się tam kupować chleb. Niezły był.
Chyba klecińską specjalnoscią sa ciekawe tabliczki na furtkach. Kiedyś już widziałem ręcznie malowaną tabliczkę, na której wymieniono w bardzo sympatycznej formie wszystkich mieszkańców, tzn. właścicieli domku i ich chyba jeszcze małe dzieci. Dzisiaj zauważyłem następującą: "Uwaga! Groźny pies, a właściciel jeszcze gorszy!" Też fajna.
Będąc z Jarosławiu ubawiłem się widząc wspólny szyld ginekologa i stomatologa. Na Klecinie jest podobnie, szyldy sąsiadują ze sobą. Jestem coraz bardziej przekonany, że odbywa się tam kompleksowa obsługa pacjentek w tym samym czasie, na tym samym fotelu. Ponoć podobnie te dwie medyczne specjalności sąsiadują ze sobą w Świebodzinie. Chyba coś w tym musi być.
Nad Karmelkową jeszcze na Oporowie przebiega linia elektryczna. Na drucie wiszą buty. Czyżby zostawił je tam jakiś linoskoczek?
Na polu między Kleciną a autostradą wściekle drą dzioby skowronki. Chyba wreszcie już pogoda przestanie nas zwodzić i nastanie prawdziwa wiosna.
Moja sympatia do Kleciny chyba rzeczywiście ma wspominkowe podstawy. Ostatnio jestem wprost zauroczony Shakespeare's Sister. A przecież to gwiazda z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wtedy lubiłem, teraz przepadam.

poniedziałek, lutego 12, 2007

Jestem, jestem.


Mało, malusieńko się ostatnio udzielam. Po prostu dzień po dniu upływa podobnie do poprzednich. Rutynowe i bardzo dla mnie miłe spacerki z Dominikiem, tym małym rozdeptywaczem śniegu z powyższego zdjęcia. W weekendy mecze siatkówki. W minioną sobotę był rewelacyjny, warto było być (zawsze warto ale na tym szczególnie).
W poprzednią sobotę były obchody dziewięćdziesiątych urodzin cioci Trudzi. Oj, ma ona jeszcze formę, ma. Chciałbym w takiej formie dociągnąć choćby do osiemdziesiątki.
Ostanio udało mi się ustanowić rekord: calusieńki film zrobić pusty. Nie zorientowałem się, że przy słabych bateriach galwanometr może pokazywać warunki ekspozycji, a migawka nie będzie wyzwalana. Na szczęście zdjęć miało tam być niewiele i w dodatku byłyby takie, że będę mógł je w najbliższym czasie powtórzyć. I pewnie powtórzę.

poniedziałek, stycznia 08, 2007

Szaro.

Wczorajszy dzień był po protu szary. I to z kilku powodów. Pogoda - szara. Bohater (niezbyt pozytywny) dnia - Szary. Sportowo też szaro, zwłaszcza pod wieczór.
Co do drugiego powodu szarości, to do człowieka nic nie miałbym, gdyby potrafił zachować się przyzwoicie. A to kręci do ostatniej chwili i wreszcie, przebrany w strój arcyszamana robi za ofiarę. Pal licho. Szczytem obłudy popisał się primaszaman. Gnojenie ludzi jakoś mu dotychczas nie przeszkadzało, a gdy dopadło to kolesia, zaczął być krytyczny wobec tego, co się dzieje. O, jak dobrze nie mieć już nic wspólnego z tymi okazami. Ale i był moment zabawny: wyobcowana kaczka klapiąca skrzydełkami. Cukiereczek.
Myślałem, że w ciągu ostatnich 2 lat stałem się kompletnym solistą. A tu niespodzianka, na chwilę dopadła mnie przeszłość. Okazało się, że przed kilkunastoma laty byłem członkiem założycielem klubiku sportowego. Udzielałem się w nim krótko, myślałem więc, że mnie po prostu skreślili. A tu nie, jestem jeszcze. Ponieważ klubik już dawno nie prowadzi działalności, trzeba go było zlikwidować i tu ponoć mój udział był potrzebny. No, ale i to już chyba załatwione. Przypomniałem sobie, że współzakładałem jeszcze drugi klubik oraz sekcję kolejnego klubu. Ależ byłem w swoim czasie aktywny. Sekcja działa do dzisiaj choć niezbyt oficjalnie. Ten drugi klubik za to ma się dobrze, choć też już w jego działalności od dawna nie uczestniczę - są młodsi, niech się wykazują, ja wolę być w dalekim odwodzie. W razie potrzeby chętnie pomogę ale na jakiekolwiek stałe formy działalności ochoty nie mam.