poniedziałek, grudnia 28, 2009

Między świętami.

Nie jest to szczególnie przeze mnie lubiany okres. Zaczyna się od wysyłania życzeń. Zawsze miałem z tym problem. Co tu komu powiedzieć, napisać,... Rozsyłanie jakichś niemądrych wierszyków wydawało mi się infantylne. Poza tym większości korespondentów święta kojarzą się jakoś religijnie. Jakoś to znaczy mniej lub bardziej szczerze, chyba najczęściej tylko pro forma. W ubiegłym roku nie życzyłem świątecznie lecz jedynie noworocznie. Chyba dość dobrze poskutkowało, bo tym razem przed świętami było dość spokojnie, skrzynki nie były zawalone. Z uprzejmości odpowiadałem ale życząc z całą pewnością nie tak, jak to na ogół się dzieje. Jeśli doczekam, zobaczę skutek za rok.
Po długiej przerwie udało mi się skontaktować z Andrzejem i Klaudyną. Andrzej świętuje przy misce - zeznał, że chodzi po znajomych na wyżerki. Klaudyna natomiast kocha się. Tak już jest skonstruowana, że kochanie powoduje u niej jakieś zatracenie. Przestaje widzieć resztę świata poza obiektem kochania. Zdaje sobie z tego sprawę, co niczego nie zmienia.
Teraz znowu Sylwester i Nowy Rok. Sylwestra spędzi się w domu z Dominikiem. Nowy Rok jak zawsze będzie dniem odsypiania. A później już normalnie. Normalnie, to znaczy świętowanie codzienne, bo ja mam święto co dzień.
No i oczywiście broda mi rośnie.

wtorek, grudnia 08, 2009

Pozbyłem się.

Dzisiaj pozbyłem się części swej własności. Obecnej i przyszłej. Mnie to do niczego potrzebne nie jest, a nowy właściciel powinien to dobrze wykorzystać (trochę i z moim pożytkiem). Tak mówiąc szczerze, oddałbym więcej. Tylko, ze zapewne nie zostałoby przyjęte.

niedziela, grudnia 06, 2009

Wieszakiem na starość.

Przez ileś tam lat uczestniczyłem w imprezach na orientację w rozmaitym charakterze. I oto teraz, kiedy z rozmaitych powodów wygaszam swą aktywność, pojawił się pomysł, by mnie obwieszać. Trochę mi z tym dziwnie. Zwłaszcza, że nigdy nie ubiegałem się o zaszczyty, tytuły, ozdoby,... A już sam akt zaszczycania wywołałby chyba u mnie atak paniki. Aż strach pomyśleć.

środa, grudnia 02, 2009

Na finiszu?

Ostatnio Leon mocno podupadł. Brudzi tak, że strach go na dłużej przetrzymywać w domu. Zresztą siedząc w mieszkaniu chyba za bardzo się rozgrzewa i źle to na niego wpływa. Robi się ospały, porusza się niechętnie, jest jakby niezbyt przytomny. Natomiast wypuszczony na ogród młodnieje w oczach. Potrafi dziarsko uwijać się po trawniku, nawet czasem trochę poszczeka. Z tych względów korzystamy z ciepłej pogody i możliwie dużo pozwalamy mu być na podwórku. W nocy śpi w budzie. Były z tym na początku kłopoty ale się przyzwyczaił. Tylko Kasi od czasu do czasu odbija i ciągnie psisko w dzień do domu nie wiadomo po co.
Przedwczoraj wieczorem bez widocznego powodu Leon dostał jakiegoś napadu paniki. Zaczął biegać po mieszkaniu obijając się o drzwi. Wypuszczony ganiał po ogrodzie i podwórku tłukąc w płoty i w piaskownicę. Trwało to ponad pół godziny, po czym uspokoił się, przeszedł w swój normalny trucht i w końcu położył się do spania w budzie. Spał mocno i długo. Dopiero wczoraj w południe wywołałem go z tej jego budy. Niedobrze, że w tej szalonej gonitwie trochę się porozbijał. Coś mi się wydaje, że takie zachowania sygnalizują, że jest już blisko finiszu.

poniedziałek, listopada 16, 2009

I po kolejnym miesiącu.

Znowu mi się dziura zrobiła. Miesięczna prawie. Jakoś ciągle mam kłopot ze znalezieniem czasu na sklecenie kilku zdań. Jednak na Twitterze udaje mi się coś od czasu do czasu wrzucić. Krótka forma najwyraźniej przyciąga.
Andrzej trochę mnie molestował (bezpośrednio ale i pośrednio) o przyjęcie równego z nim udziału w odnowieniu inwestycji naszych wspólnych dziadków w Jarosławiu. Nie interesuje mnie taka równość. Uważam, że przysługuje mi jedynie 4,33 do 5 spośród równych 20 części. Może i zgodziłbym się na propozycję Andrzeja, gdyby nie to, że zwalnia on od wszelkich kosztów swego brata, Jacka. Może sobie Andrzej pobłażać we wszystkim swemu braciszkowi. Ja nie muszę. Uważam go za sprytnie urządzającego się przez całe życie, dojrzałego faceta a nie wiecznie "Malutkiego Ciaciusia". Ponieważ Andrzej uparcie powstrzymuje się od korzystania z internetu, swoje zdanie w postaci nieco zawiłego jednego zdania próbowałem przekazać mu przez Klaudynę. Albo tego nie przeczytał, albo przeczytał i nie zrozumiał, bo odpisał mi smsem. A by zabawniej było, napomknął coś o matce chrzestnej. Zapomniał chyba, że w oczach apostaty to nie był argument na poparcie jego dążeń ale kontrargument. Co znaczy potęga schematu.
Jak wiadomo, sport to zdrowie. Na starość przypominają mi się dawne kontuzje. trochę mi się rozsypała kostka. Teraz już mogę nawet jako tako chodzić ale diablica puchnie od marszu i długiego siedzenia też. Trzeba jeszcze trochę to poznosić, nie mam wyboru. A chciałoby się skorzystać z ładnej pogody i pojeździć tu i ówdzie. Wchodzą w rachubę tylko najbliższe okolice: jakaś Trzebnica, czasem Świdnica.
Zdaje się, że nie będzie już blogów na mail.com. Szkoda, można było czasami coś poczytać. Zanim jednak to, co jest, zniknie, przeniosę tu cytat: "Jestem patriotą. To jest mój kraj i kocham go. Ale to nie jest moje państwo". Cytuję z pamięci, mogę się pomylić co do słów ale nie co do sensu.

niedziela, października 18, 2009

Znowu podobnie?

W latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych sporo fotografowałem. Całą obróbkę wykonywałem sam we własnej ciemni. Ile to było emocji, gdy można było obserwować, jak z nicości wyłaniał się obraz. Teraz, w epoce fotografii cyfrowej, takich odczuć już nie ma. Ale ja nie o tym. Około połowy lat osiemdziesiątych zaczęło być nieciekawie; coraz trudniej było o materiały fotograficzne, zwłaszcza odczynniki ale nie tylko. Przez jakiś czas ratowałem się zapasami, zmieniałem formaty. Później trzeba było przejść na slajdy, te oddawałem do wywołania. Nie było już takich emocji, jak przedtem, fotografia przestała mnie pociągać. Próby powrócenia do poprzedniego sposobu pracy kończyły się tym, że więcej czasu zajmowało mi staranie się o materiały niż sama fotografia. Nie o to mi chodziło, przestałem fotografować.
Teraz robi się podobnie w zupełnie innej dziedzinie. Lubię siatkówkę ale, żeby na nią chodzić, muszę bawić się w detektywa. Niby wiadomo, w jakie dni kto z kim gra. Brak jednak informacji o godzinach rozpoczęcia meczów i miejscach, gdzie się one odbędą. Ktoś bezczelnie olewa te sprawy, komuś zupełnie nie zależy na kibicach. A może komuś wygodniej jest, gdy na hali pusto? Paranoja? Bo jak to wytłumaczyć? Jak tak dalej pójdzie, to nie chcąc prowadzić cotygodniowych dochodzeń zrezygnuję.

wtorek, września 29, 2009

Trochę się podziało.

Na pogrzebie byliśmy. Dostałem z niego nieco zdjęć, bo sam na takich okazjach nie pstrykam.
A w miniony weekend zacząłem sezon siatkówki. Od razu trzy razy po dwa mecze: pierwsza runda Mistrzostw Europy Kobiet. Tak sobie siedziałem, oglądałem i marzyłem. A to by nasze dziewczyny okazywały co najmniej tyle hartu ducha, co Niemki. A to by moja ulubiona środkowa grała jak Barazza (Madzia i tak tego nie czyta). Przy okazji spotkałem trochę znajomych. W tę sobotę ruszają rozgrywki trzeciej ligi i kadetek, w niedzielę - juniorek. Szkoda, że jak zwykle przy pustej trybunie. Trochę trudno, by było inaczej, skoro na razie brak informacji o godzinach rozgrywania meczów. Może do piątku się pokażą. A dziesiątego jazda do Świdnicy. I już wiadomo: siedemnasta, na Pionierów. Czternastego wyskok do Trzebnicy - Gaudia powalczy z Olimpią. Będzie ciekawie.
Od piątku do wczoraj Dominik mieszkał u nas, bo jego rodzice rajzowali po świecie. Przy okazji zawieźli rower do Oli. Nareszcie sobie pojeździ i pojazd nie będzie bez potrzeby kurzył się u mnie w piwnicy.
Od wczoraj Leon coś niedomaga. Ale zachowuje się jakby mu nic nie było. Ciekawe.

piątek, września 18, 2009

Kolejny miesiąc minął.

Sierpień minął tak spokojnie, że nawet nie było o czym pisać. Jedynie odnotuję, że pod koniec byliśmy w Puszczykówku. Chodziło o możliwość przenocowania dla Dominika. I właściwie to wszystko. Niemal niezauważone minęły moje urodziny. Chyba jestem już tak stary, że rodzina uważa za stosowne zapominanie o tej dacie.
A wrzesień już tradycyjnie. Ledwo się zaczął, a ja kicham, kaszlę,... Przynajmniej wyjaśniło się (niestety, nie dla wszystkich), że zarazy nie przynoszę z przedszkola. Przecież przez cały sierpień do niego chodziłem i nic. A we wrześniu od razu. Dominik też podłapał ponoć anginę. Bardzo szybko mu minęła. Właściwie po dwóch dniach nie miał żadnych objawów, szczęściarz.
Wczoraj zmarła siostra mego ojca, ciocia Truda. Na pogrzeb jedziemy w poniedziałek.
Jutro czwarte urodziny Dominika. Balujemy.

poniedziałek, sierpnia 03, 2009

No to cześć.

Właśnie zlikwidowałem swoje konto na Twitterze, a zatem i profil na Twitt.pl. Od piątku nie działało przesyłanie wpisów telefonem, a to była istotna zaleta tego serwisu. Jak jej nie ma, to po co mi to konto?

sobota, sierpnia 01, 2009

Po koncercie.

No i byliśmy w Świdnicy. Koncert bardzo przyjemny dla ucha w co najmniej równie przyjemnym dla oka otoczeniu. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni. Teraz planuję, by wyciągnąć Dominika z jego rodzicami na kwadrans organowy także do Kościoła Pokoju w Świdnicy. Takie koncerty odbywają się w samo południe w wakacyjne soboty. Jest więc jeszcze kilka szans.
Zobaczyłem, że koncerty odbywają się też w Kościele Pokoju w Jaworze. Najbliższy i ostatni w tegorocznym cyklu będzie 12 września o 18:00. Warto się przejechać. Muszę na ten temat porozmawiać z Kasią i Asią.
Meble naoliwiłem. Na najbliższy rok będzie spokój z ich konserwacją. A wypociłem się przy tym porządnie. Jutro ma być jeszcze cieplej, to mebelki dobrze wyschną.
Od wczorajszego wieczora Twitter przestał przyjmować wiadomości z telefonu. Jak tak dłużej będzie, straci sens korzystanie z niego.

piątek, lipca 31, 2009

Jedziemy.

Wreszcie udało się, jadę do Świdnicy. Dokładniej mówiąc - jedziemy. Kasia i Asia zapragnęły posłuchać koncertu bachowskiego w Kościele Pokoju, to jedziemy razem. Nie załatwi to moich potrzeb ale co tam, zawsze mogę odłożyć sprawy na nieco później.
W ogrodzie basenik z wodą, po przedszkolu Dominik w niej się pluska, gdy ciepło i akurat jest zdrowy. Zanosi się na to, że jutro będzie ładna pogoda, to wreszcie naoliwię meble tarasowe. Czeka na mnie to zajęcie już od miesiąca ale zawsze jakiś deszcz przeszkadzał. Drewno musi być suche, nie można oliwić na mokro. W ubiegłym roku robiłem to chyba w same moje imieniny.

niedziela, lipca 12, 2009

Czy to już po wakacjach?

Czy to już po wakacjach? Głupszego pytania chyba zadać nie mogłem. Przecież ja wcale żadnych wakacji nie mam albo mam wakacje przez cały czas, permanentne. To jak mogą mi się skończyć? W każdym razie wróciłem z letniego wyjazdu. Teraz chyba nigdzie dalej się nie wybiorę. Po pierwsze Dominik będzie chodzić do przedszkola i ktoś go musi z niego odbierać. Ktoś czyli ja. Nawet jeśli odbierze go Kasia i przyprowadzi do domu, to Młody będzie mnie szukał. Po drugie nie chce mi się. Na przykład jakoś zupełnie nie mam ochoty na coroczną jazdę do Jarosławia. Bo pojadę i co ja tam będę robił? Tak jak ostatnio, krótkie spacerki po mieście i słuchanie powtarzanych po raz nie wiadomo który opowieści o ludziach i sprawach, które mnie już mało interesują?
Do Świdnicy nie pojechałem, bo pogoda była w kratkę, a ja potrzebuję bezdeszczowego dnia. Jeszcze będą okazje, tylko w soboty. Wczoraj z nudów chyba wpadło mi do głowy, że można zrobić mały wyskok do Rakoszyc, zobaczyć, co tam się zmieniło. Sprawdziłem autobusy, masakra, polikwidowano wszystkie dogodne kursy. Jedynie można próbować podróży przez Kąty Wrocławskie, a i to jedynie dla odmiany w dni robocze. Chociaż właściwie czy warto?
I tak sobie siedzę w domu, trochę czytam, trochę oglądam tv, całkiem jak prawdziwy, przeciętny, by nie powiedzieć rasowy emeryt. I jeszcze patrzę, jak i w ogrodzie trawa rośnie. Wkrótce trzeba ją będzie kolejny raz kosić.

poniedziałek, lipca 06, 2009

Wyjechałem i wróciłem.

Po powrocie Dominik był w domu przez dwa dni. Oczywiście chodził do przedszkola. A później pojechał ze mną i Kasią do Łagowa. Pobyliśmy razem trzy doby i musiałem wrócić do domu. Jednak ojciec i bardzo stary pies to pewne obowiązki. W Łagowie zostałem zastąpiony przez drugą babcię Dominika.
A tu niespodzianka. Odezwał się mailem dawny, jeszcze z czasów wojny kolega Pradziadka czyli mojego ojca. Wstępnie zapowiedział swój przyjazd w pierwszym tygodniu września. No to sobie staruszkowie pogadają.
Dzisiaj skosiłem trawę w ogrodzie. To już chyba piąty raz w tym roku. Tym razem przez pogodę i mój wyjazd dałem jej trochę podrosnąć więc koszenie trwało znacznie dłużej niż na ogół. Poza tym mimo, że od wczorajszego ranka nie padało, trawa jest strasznie mokra. Pod drzewami aż stała woda. Mokro i ciepło to sobie rośnie.
Ciągle nie mogę wybrać się do Świdnicy. Może uda się w środę albo w czwartek. Dobrze, że nie umawiałem się z Jolą.

poniedziałek, czerwca 29, 2009

Wrócili.

Wczoraj ekipa wróciła z Bułgarii. Nawet dobrze im się podobno jechało. Wiadomości o utrudnieniach spowodowanych opadami okazały się nieco przesadzone. Ale wtedy, gdy jedzie się z dzieckiem, lepiej dmuchać na zimne.
Dzisiaj Dominik powędrował do przedszkola. Oj, nie było łatwo wyciągnąć go do domu. A po drodze mówił, że nie chce jechać nad jezioro. Wcale mu się nie dziwię, w ciągu dwóch tygodni cztery całe dni w foteliku. Teraz tylko dwa dni przerwy i znowu jazda. A przecież on nie wie, jak długo będzie ona trwała. Poza tym najwyraźniej stęskinił się z przedszkolem i tamtejszym koleżeństwem.

sobota, czerwca 13, 2009

Był Andrzej.

Następnego dnia wieczorem przyjechał Andrzej. Jak zwykle odebraliśmy go ze stacji. Trochę pogadaliśmy i w kolejny ranek ruszył do Mrowin. Miał tam gadkę o Annie Jenke. To ostatnio bardzo ważne dla niego zajęcie. Jeździ po rozmaitych miejscach, przeważnie szkołach i głosi. Jak lubi i nie stoi to w sprzeczności z publicznym charakterem szkoły, niech mu wyjdzie na zdrowie. Kolejne dni spędzał jak zwykle: śniadanko, kawka, krótki kurs do miasta, obiadek, mały spacerek po okolicy, kolacyjka i rozmówka ze mną wieczorem. Pogoda trafiła mu się nieszczególna, więc nawet nie nie było co proponować większego wypadu.
Z kolei w minioną niedzielę Kasia i ja pojechaliśmy do Mosiny na przyjęcie komunijne jej kuzynki. No, kosztować to to musiało, że też ludziom kasy nie szkoda na coś takiego. Ciekawe, czy mała rzeczywiście czuła się bardziej bohaterką dnia, czy bardziej ofiarą losu. Ponieważ wypogodziło się, zaproponowałem Andrzejowi wypad w poniedziałek do Trzebnicy. To tak niedaleko i dojazd jest bardzo dobry, że aż dziwne, że dotychczas sam na taki pomysł nie wpadł. I tu zawiodłem się bardzo, zaczął wykręcać się, jak tylko można. Widać, że nawet to, że jest ciężko wierzący, nie skłania go do przynajmniej zobaczenia miejsca do którego pielgrzymują liczni jego współwyznawcy. No cóż, nie, to nie. Ja żadnej straty nie poniosłem, bo w Trzebnicy bywałem wielokrotnie z okazji meczów Gaudii i zapewne we wrześniu znowu tam będę. A że jadąc na mecz staram się pooglądać miejscowe atrakcje, więc miasteczko i jego zabytki znam, myślę, całkiem nieźle.
Na dalszym leniuchowaniu upłynęły kolejne dni. Andrzej odjechał w środę. I tu ciekawostka: od czasu, jak dostał komórkę, chętnie esemesuje. Siłą rzeczy otrzymuje odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie usuwa starych smsów z karty i od czasu do czasu jest ona całkowicie zapełniona. A nauczyć się opróżniania pamięci nie łaska. Musi prosić kogoś, by to za niego zrobił. Toż to kompromitacja jest! Niewyobrażalne lenistwo umysłowe. Tak samo nie docierają do niego komunikaty wyświetlane na ekraniku telefonu. Podobno nie ma instrukcji. Może i nie ma. To raz powinien poprosić o wprowadzenie do obsługi i po kłopocie. Miał tyle czasu, gdy był u nas, i ani razu mu to chyba do głowy nie przyszło.
Wczoraj Magda, Przemek i Dominik wyjechali na dwutygodniowe wczasy do Słonecznego Brzegu. Dzisiaj wieczorem dojechali. Masakra, 1800 km samochodem z Młodym w foteliku. Ja na jego miejscu przez najbliższe lata broniłbym się rękami i nogami przed każdą próbą usadzenia mnie w samochodzie.

poniedziałek, czerwca 01, 2009

Po debiucie.

Zadebiutowałem dzisiaj. Ostatecznie każdy w każdym wieku może robić coś po raz pierwszy. Ja zostałem świadkiem apostazji. Od razu obsłużyłem dwie miłe osoby. Sprawa odbyła się szybko i kulturalnie. Zero problemów, oby tak zawsze i każdemu szło. Teraz mam już jakieś doświadczenie i mogę spokojnie oczekiwać na dalsze angaże.

wtorek, maja 19, 2009

Na piechotkę.

Wreszcie pozbyłem się samochodu. I tak go właściwie nie używałem. Raz w roku opłukiwałem go z kurzu i jechałem na przegląd rejestracyjny. A później odstawiałem na kolejny rok (albo i dłużej) do garażu, gdzie tylko zajmował miejsce i od nowa się kurzył.
Kiedy doszła do mnie wiadomość o planowanym przez "rząd cudaków" kolejnym podatku, nazwanym ekologicznym, decyzja zapadła. Tyle, że samochód nadal jest. Po prostu przekazałem go ojcu, a on pozbył się swojego autka. Przy obecnych cenach chyba zyska na kosztach eksploatacji.

wtorek, maja 12, 2009

I po sezonie.

Skończył się dla mnie w niedzielę sezon siatkarski. Teraz trzeba czekać do września. Właśnie dzisiaj przyszły moje bilety na ME.
Ostatnio zintensyfikowała się moja korespondencja z Andrzejem. Od czasu, gdy dostał komórkę, chętnie pisuje smsy. Ja mu oczywiście odpisuję a czasem sam inicjuję wymianę wiadomości. Już całkiem zaniechamy korzystania z usług pocztowych w korespondencji między nami. Gdyby tak jeszcze zechciał kupić sobie komputer i korzystać z internetu. Chyba uważa, że jest na to za stary, że się nie nauczy. I zapewne obawia się, że uczyć go będzie Klaudyna, przecież dużo od niego młodsza. Ot, takie dziwactwo. A mój znajomy z Jawora jest w wieku zbliżonym do mojego ojca i z internetu korzysta sprawnie i chętnie.
Kiedy tak patrzę na moje krótkie i niezbyt częste wpisy, to dochodzę do wniosku, że całkiem wystarczyłby mi Twitter.

sobota, maja 09, 2009

Coś jednak było.

Coś się zdarzyło. Przecież 1 maja byłem na koncercie Deep Purple. Na rozgrzewkę Cichoński z kolegami. Za wiele czasu nie zajęli, najwidoczniej zdawali sobie sprawę, że lud przyszedł tłumnie, by słuchać kogoś innego. Purple grali poprawnie, to jednak klasa, poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Nie mogę jednak powiedzieć, bym był szczególnie zachwycony. Po prostu na niejednym ich koncercie już byłem i wydaje mi się, że ten wrocławski najlepszy nie był. Cóż, wszyscy się starzejemy, forma spada i czasem to daje się zauważyć. Ale i tak było dobrze.
Natomiast organizacja dobra nie była. Bilety po 100 - 120 zł na trawkę i po 400 zł na miejsca siedzące, nazwane vipowskimi. Cena na miejsca siedzące okazała się najwyraźniej zaporowa, bo sporo ich było pustych, a na trawie głowa przy głowie. No ale może i o to chodziło, by "VIPy" z motłochem się nie mieszały. Po koncercie wychodzenie było w warunkach skandalicznych. Kilkunastotysięczny tłum wypuszczano tylko przez jedną niezbyt szeroką bramę. W dodatku oszczędzano na oświetleniu, większość latarń pozostała wygaszona. Wychodziło się i wychodziło po drodze wdeptując w przywrócone kosze na śmieci. A jak miały być nieprzewrócone, kiedy ich widać nie było? Całe osiedle Zacisze zakorkowane na amen. Wyjazd trwał około godziny. Nikomu jakoś do głowy nie wpadło, by pokierować ruchem tak, aby szybko odkorkować wąskie osiedlowe uliczki.
Ale co tam, ważne, że lanser się lansował. Bywałem na koncertach w Poznaniu, Zabrzu, Katowicach i czegoś takiego nigdy nie było. A tu prezydent miasta pojawił się na estradzie, przyjmował podziękowania (za co?) i opowiadał, jaki to on jest wielki przyjaciel muzyków. Aż mnie zemdliło z wrażenia.
Tak czy inaczej, jednak wypadało tam być. Być może to ostatnia okazja - latka lecą. Poza tym po wybryku z przeniesieniem koncertu Black Sabbath z Hali Ludowej przed laty można było już stracić nadzieję, że ktoś sensowny zechce pograć we Wrocławiu.

piątek, maja 08, 2009

Wraca się od czasu do czasu.

I znowu wypadałoby wstydzić się za długie niepisanie. A w międzyczasie Wczasowicze z Kołobrzegu wrócili i znowu zaczęliśmy chodzić do przedszkola. I tak mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem.
O, w Świdnicy byłem, na turniej młodziczek się wybrałem. Dokładniej na jedną trzecią turnieju, na dwa z sześciu meczów. I tak przy okazji stwierdziłem, że mam mało zdjęć z tego coraz bardziej podobającego mi się miasta. Trzeba będzie to nadrobić. Nawet myślałem, że uda się choć po części to wykonać przy okazji finału MP Młodziczek ale nic z tego, będzie w Legionowie, nie w Świdnicy. No to może kiedyś wyskoczę bez pretekstu tylko po prostu z aparatem. Wcale nie chcę robić jakiegoś fotoprzewodnika. Raczej wyobrażam sobie, że będzie to zbiór ciekawostek oraz fotek związanych jakoś z moim czasem młodości, pierwszej młodości.
A dzisiaj, jutro i pojutrze na zakończenie sezonu siatkarskiego we Wrocławiu chodzę na półfinał MP Kadetek. Później przerwa z siatkówką do września, do Mistrzostw Europy. Właśnie czekam na bilety.

sobota, marca 21, 2009

No i pojechali.


Dzisiaj zaczął się czas samotnego gospodarowania z Leonem. Kasia, Magda i Dominik pojechali do Kołobrzegu na dwa tygodnie. Ciekawe, jak im się ten wyjazd uda. Na razie jest pewne, że zabrali straszne mnóstwo rzeczy. Ledwo sami zmieścili się do samochodu. Oby tylko pogoda jako tako dopisała, bo jak będzie zimno i mokro, to przesiedzą wczasy pod dachem i tylko na darmo kasę wydadzą. A cel wyjazdu to hartowanie Dominika, by po powrocie do przedszkola zbyt często nie chorował.

czwartek, marca 12, 2009

Dawno mnie tu nie było. Aż wstyd.


Pięć tygodni chodził Dominik do przedszkola i w końcu dopadło go kolejne przeziębienie. Siedzi więc w domu.

W poprzednim tygodniu zanosiło się na wczesną, ładną wiosnę a wczoraj i dzisiaj nawet trochę śniegu z deszczem popadało. Aż nie bardzo chce się z domu wychodzić. Na szczęście nie muszę nigdzie iść i siedzę sam w domu. Za to w weekend trzy razy po dwa mecze. Spodziewałem się, że pojadę w niedzielę do Świdnicy na turniej młodziczek ale prawdopodobnie zostanie on przeniesiony na jakiś inny dzień. No i dobrze, może będzie cieplej. Wystarczająco zmarzłem i zmokłem w minioną sobotę w Trzebnicy. A do tej Świdnicy chciałbym pojechać zwłaszcza po ostatnim meczu Gwardii z MKS (Polonią). Każdy, kto sądzi, że rozgrywki młodzieżowe są mało ciekawe, bardzo by się zdziwił. Dla mnie tamto spotkanie to kandydat na mecz sezonu.

środa, stycznia 14, 2009

Pośnieżyło.

Dzisiaj po południu zrobiło się niemiło dla kierowców. Popadało. Najpierw trochę drobnej krupy śniegowej, później malutki deszczyk, później drobne bryłki lodu i wreszcie sporo śniegu. I od razu pojawiły się korki nadzwyczajne. Bo przy dobrej pogodzie są zwyczajne. Jednak nie ma to jak para własnych w miarę sprawnych nóg. Byłem w mieście, załatwiłem sobie, co miałem do załatwienia i bez większego kłopotu dość szybko wróciłem do domu. Chyba tak już będzie, że z roku na rok piechociarzom łatwiej będzie poruszać się po mieście niż samochodziarzom.
Kiedy wróciłem do domu i po pewnym czasie zobaczyłem, ile śniegu napadało, to aż mi się chciało łapać za łopatę i iść odśnieżać. Jednak rozsądek przeważył nad tym zapałem. Po co mam ryzykować, że mi świeże szwy puszczą.
A w sobotę planuję iść z Dominikiem na mecz. Jest o takiej porze, że za mnie rozstrzygnęła się sprawa ewentualnego wyjazdu do Twardogóry. Wybieram Wrocław i mecz kadetek. Z wnukiem.

poniedziałek, stycznia 12, 2009

Zrobione.

Wystrugany, wyrzeźbiony. Mam nadzieję, że na długi czas wystarczy. Może i na zawsze. Niby nic wielkiego ale szkoda czasu. A przy okazji doświadczyłem wielkiego zainteresowania rodziny. Czasem bywa miło.

sobota, stycznia 10, 2009

Chorowanie, chorowanie,...

Jakoś niewiele wychodzi nam z rozmaitych planów. Dominik choruje. Kasia i ja też się poprzeziębialiśmy. Zostaliśmy odseparowani od wnuka. W pewnym sensie to wykorzystam, bo w najbliższy poniedziałek poddam się dożynaniu. Ale o tym cicho sza! Nie ma co denerwować pewnej osoby.