Dzisiaj zmarł Lech Stankiewicz. Szkoda człowieka, prawdziwego pasjonata tego, co robił. Wielka strata dla świdnickiej siatkówki.
czwartek, grudnia 19, 2013
środa, grudnia 18, 2013
Mecz utajniony.
Planowałem wyjazd do Świdnicy na mecz. Nic z tego nie wyszło, dziwnym trafem obydwie strony zapomniały ogłosić porę jego rozpoczęcia. W ogóle jakimś trafem nie informowały, że on się odbędzie. To się nazywa szacunek dla kibiców.
Niewiele straconego. Korzystając z tego, że ostatnio mam sporo wolnego czasu, nawet za dużo, jak na mój gust, pojechałem do Żarowa. I tak miałem zamiar zobaczyć nową wystawę w izbie historycznej a przy okazji nieco podreptać i zrobić zdjęcie remizy strażackiej. Zrobiłem kilka, jedno tu pokazuję. Pozostałych na razie nie ściągnąłem i nie przeglądnąłem. Jakieś wybiorę i wrzucę na Fire Station.
Przyznam się, że odczuwam pewne wyrzuty sumienia względem Żarowa.
Mieszkałem w nim jako dziecko - młodzianek przez 10 lat i wyjeżdżałem z
ulgą. Właściwie nie podobało mi się i szczególnie mnie nawet nie
interesowało. Kojarzyło mi się przede wszystkim z chmurami sadzy ciągnącymi od stacji kolejowej, łomotem kół wozów i
samochodów na kostce głównej ulicy oraz wszechobecnym intensywnym
zapachem migdałów. Zapachem tak intensywnym, że aż smrodem. Szczególnie w
mgliste dni. A mglistych dni było tam sporo - domieszki wprowadzane do
atmosfery przez zakłady chemiczne stanowiły centra kondensacji pary
wodnej, to i mgła gotowa. A jak zamgliło, to nawet u nas, w południowej
części miasta, najbardziej odległej od fabryki chemicznej, nie można
było okna otworzyć. Już po wyprowadzce, przy okazji jakichś odwiedzin
Żarowa zauważyłem, że jego mieszkańcy wszyscy mają osobliwą, chorobliwie
bladą cerę, nawet w lecie. Nic dziwnego - w takim środowisku.
Dopiero niedawno spostrzegłem, że okolice miasta są bardzo ładne i ciekawe. A i w mieście, które co prawda urodą nie powala, można na czymś zawiesić oko. Na przykład dzisiaj zauważyłem oryginalną, przeszło stuletnią stolarkę w pewnym oknie. Niestety, bardzo już zniszczoną. Tu i ówdzie kamienice mają fajne detale a wille na pl. Wolności są po prostu ładne. Szkoda, że nie widziałem tego wcześniej. Chyba musiałem dojrzeć.
I po latach od likwidacji zakładów chemicznych wreszcie ulotnił się zapach migdałów i ludzie mają zdrowszy wygląd.
Dopiero niedawno spostrzegłem, że okolice miasta są bardzo ładne i ciekawe. A i w mieście, które co prawda urodą nie powala, można na czymś zawiesić oko. Na przykład dzisiaj zauważyłem oryginalną, przeszło stuletnią stolarkę w pewnym oknie. Niestety, bardzo już zniszczoną. Tu i ówdzie kamienice mają fajne detale a wille na pl. Wolności są po prostu ładne. Szkoda, że nie widziałem tego wcześniej. Chyba musiałem dojrzeć.
I po latach od likwidacji zakładów chemicznych wreszcie ulotnił się zapach migdałów i ludzie mają zdrowszy wygląd.
wtorek, grudnia 17, 2013
No i wystarczy.
Podjąłem decyzję, o której myślałem już rok temu. Wkrótce miną 23 lata od ukończenia przeze mnie kursu sędziowskiego. Oprócz mnie do tej pory ważną licencję ma jeszcze tylko jedna uczestniczka tamtego szkolenia, zresztą znacznie ode mnie młodsza. Sędziowałem (z ważną licencją) przez 18 lat. Ostatni raz, jeśli nie liczyć tegorocznych zawodów szkolnych, jesienią 2009 r. Później musiałem się wyłączyć ze względu na kontuzję i jakoś nie wróciłem. Pojawiły się nowe zainteresowania i mnóstwo nowych zajęć. Już nie bardzo chce mi się sędziować, choć z uśmiechem wspominam te minione lata. No to wystarczy, nie przedłużę ważności licencji. Niech bawią się młodsi. Zresztą teraz, po zniesieniu w mijającym roku kategorii sędziowskich, będzie im chyba łatwiej.
środa, listopada 27, 2013
Laska.
Dzisiaj kupiłem Pradziadkowi laskę. To na prezent z okazji 88 urodzin. Ale popełniłem błąd. Wybrałem się bez rękawiczek, bo jestem przyzwyczajony chodzić z rękami w kieszeniach kurtki. A tu miałem zakup, który trzeba było nieść w ręce. Czyli jedna dłoń marzła. Oczywiście przekładałem laskę z ręki do ręki ale niewiele to pomagało, dłonie marzły, to ochładzał się cały organizm. Oj, ten niedostatek myślenia.
Przeglądałem przed chwilą niektóre swoje zdjęcia i coś zauważyłem. Część z nich zrobiłem na różnych podwórkach. Po prostu realizując to, co nazywam programem własnym, zachodzę czasami na różne podwórza w poszukiwaniu czegoś ciekawego, rodzajowego, klimatycznego. A podwórka są ciche, martwe. I te wielkie, powstałe po wyburzeniu dawnych fabryczek albo zakładów rzemieślniczych, i małe. Wszędzie tak samo, cisza. Tu powinny biegać dzieci, grać w piłkę, bawić się w chowanego, skakać przez skakanki, hałasować. A dzieci nie ma. Stoją tylko samochody. Nie ma podwórek, są tylko paskudne, brudne wewnątrzblokowe albo przydomowe parkingi. Smutno.
czwartek, listopada 14, 2013
Dwoistość.
Kilkanaście lat temu poznałem bardzo wtedy młodego człowieka i przez kilka lat współpracowałem z nim gładko, jak
pamiętam. Polubiłem go, był sympatyczny choć nieco za bardzo
absorbujący, jak dla mnie. Jednak współpraca wymaga tolerancji,
wznoszenia się ponad mało istotne drobiazgi. Przecież nikt, szczególnie
ja, nie jest ideałem.
Po kilkuletniej przerwie spotkaliśmy się znów. Widywaliśmy się nawet dość często, sporo rozmawialiśmy, choć o jakiejkolwiek współpracy z oczywistych względów mowy być nie mogło. On szukał ciągle swego miejsca w życiu, ja je znalazłem na emeryckim marginesie, gdzie mi tak dobrze. Zauważyłem jednak, że mój Kolega stał się niesłowny, co można tłumaczyć wielością zajęć. Z pewnym rozbawieniem spostrzegłem też skłonność do drobnych, bezinteresownych złośliwości. Uznałem to za jedną z cech długotrwałego okresu młodzieńczego. A rozbawiło mnie podobieństwo pod tym względem z pewnym bliskim członkiem mojej rodziny. Nie przeszkadzało mi to w odczuwaniu sympatii do teraz już starego, choć znacznie ode mnie młodszego kolegi.
I znowu nastąpiła przerwa w bezpośrednich kontaktach. Zmiany zainteresowań, wyjazdy, zdobywanie nowych kwalifikacji,... Od czego jednak są narzędzia współczesnej techniki? Obydwaj mamy m. in. konta na FB i chętnie z nich korzystamy. Z ogromnym i bardzo nieprzyjemnym zdziwieniem zauważam, że mój Kolega na tym portalu jest kimś zupełnie innym od znanej mi od dawna osoby. Tam nie jest sympatycznym choć nieco złośliwym człowiekiem. Prezentuje się jako ktoś chory z nienawiści. Napada, obrzuca epitetami osoby o odmiennych niż jego poglądach. Zachowuje się tak, jakby nie czytał własnych postów oraz odpowiedzi znajomych. Sam napastliwy, oskarża innych niesłusznie o to, że na niego napadają. To mnie mało akurat dziwi, bo często występuje ta cecha u przedstawicieli instytucji, z którą jest związany. Rozpoczyna rozmowę krzycząc "WON", a chwilę później twierdzi, że nikt z nim nie prowadzi merytorycznej dyskusji (na jaki temat po takim okrzyku?). Okropność.
Miałbym to w nosie, gdybym go nie lubił i nie wiedział, że robił różne dobre, pożyteczne rzeczy. Nie godząc się z tym, co widzę, postanowiłem zerwać fejsbukową znajomość. Wolę pamiętać człowieka takim, jakiego poznałem w kontaktach bezpośrednich. Chcę zapomnieć jak najszybciej tę postać z FB.
Po kilkuletniej przerwie spotkaliśmy się znów. Widywaliśmy się nawet dość często, sporo rozmawialiśmy, choć o jakiejkolwiek współpracy z oczywistych względów mowy być nie mogło. On szukał ciągle swego miejsca w życiu, ja je znalazłem na emeryckim marginesie, gdzie mi tak dobrze. Zauważyłem jednak, że mój Kolega stał się niesłowny, co można tłumaczyć wielością zajęć. Z pewnym rozbawieniem spostrzegłem też skłonność do drobnych, bezinteresownych złośliwości. Uznałem to za jedną z cech długotrwałego okresu młodzieńczego. A rozbawiło mnie podobieństwo pod tym względem z pewnym bliskim członkiem mojej rodziny. Nie przeszkadzało mi to w odczuwaniu sympatii do teraz już starego, choć znacznie ode mnie młodszego kolegi.
I znowu nastąpiła przerwa w bezpośrednich kontaktach. Zmiany zainteresowań, wyjazdy, zdobywanie nowych kwalifikacji,... Od czego jednak są narzędzia współczesnej techniki? Obydwaj mamy m. in. konta na FB i chętnie z nich korzystamy. Z ogromnym i bardzo nieprzyjemnym zdziwieniem zauważam, że mój Kolega na tym portalu jest kimś zupełnie innym od znanej mi od dawna osoby. Tam nie jest sympatycznym choć nieco złośliwym człowiekiem. Prezentuje się jako ktoś chory z nienawiści. Napada, obrzuca epitetami osoby o odmiennych niż jego poglądach. Zachowuje się tak, jakby nie czytał własnych postów oraz odpowiedzi znajomych. Sam napastliwy, oskarża innych niesłusznie o to, że na niego napadają. To mnie mało akurat dziwi, bo często występuje ta cecha u przedstawicieli instytucji, z którą jest związany. Rozpoczyna rozmowę krzycząc "WON", a chwilę później twierdzi, że nikt z nim nie prowadzi merytorycznej dyskusji (na jaki temat po takim okrzyku?). Okropność.
Miałbym to w nosie, gdybym go nie lubił i nie wiedział, że robił różne dobre, pożyteczne rzeczy. Nie godząc się z tym, co widzę, postanowiłem zerwać fejsbukową znajomość. Wolę pamiętać człowieka takim, jakiego poznałem w kontaktach bezpośrednich. Chcę zapomnieć jak najszybciej tę postać z FB.
środa, października 30, 2013
No, wreszcie.
Długo to trwało. W końcu jednak wybrałem się na Wyszyńskiego. Chciałem zrobić zdjęcie kamienicy nr 105, której wieżyczka bardzo mnie zadziwiła w ubiegłym roku. Okazało się, że można przejeżdżać obok czegoś ponad dwa tysiące razy i tego nie zauważać. No, pojechałem, swoje zrobiłem. Nawet nieco więcej. Zaszedłem od podwórza, też jest tam ciekawostka - galeryjki łączące kamienicę z oficyną.
Przy okazji popytałem o działającą kiedyś w pobliżu księgarnię "Marco Polo". W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych bardzo często w niej bywałem i bardzo dużo kupowałem. Teraz już jej nie ma, podobno splajtowała cztery lata temu. Takie mamy czasy.
Na Oporów wróciłem trochę za wcześnie. Obiecałem Dominikowi, że odbiorę go później. Wykorzystałem czas na połażenie po niektórych uliczkach. I to owocnie. Znalazłem jeden dom z tabliczką, niestety z daleka i z ukosa nie udało się odczytać napisu. I jeszcze drugi dom z miejscem po tabliczce.
czwartek, października 10, 2013
Zmiana sezonu.
Październik, zmiana sezonu. Z wakacyjnego czy raczej letniego na resztoroczny. Mniej wycieczek, bo pogoda nie zawsze sprzyja. A poza tym przecież startują siatkarskie ligi. Pierwszy mecz, na którym byłem, był w miniona sobotę. W przyszłą będzie kolejny. Mam dość mocne postanowienie chodzenia na 2 ligę, wreszcie się jej doczekałem we Wrocławiu. I zaraz na początek przyjadą świdniczanki. Na tym muszę być. Ale wynik łatwy jest do przewidzenia. Na młodzieżówkę w tym roku pochodzę wybiórczo. I tak nie da się być wszędzie za każdym razem - bardzo tego dużo będzie.
Z wycieczek w miarę możliwości nie zamierzam rezygnować. I też w sobotę się wybieram. Na którą, bo są dwie możliwości, jeszcze nie wiem. Asia i ja spychamy na siebie nawzajem ciężar decyzji. W każdym razie zależy mi na tym, by być na obu wycieczkach po Nadodrzu. Chyba będę 13 i 19 października. To wydaje się sensowne.
Bardzo chciałbym być na wycieczce po Cmentarzu Grabiszyńskim, 5 listopada. Niestety, to mi się nie uda. Chyba, że z opóźnieniem. Zobaczy się, spróbuję poimprowizować.
Byłem dziś na przeglądzie okresowym. Mam gwarancję dożywotnią a to znaczy, że byłem ostatni raz. Trochę to trwało, dziewięć lat.
środa, września 04, 2013
Kończę przerwę.
No, wystarczy tej ciszy. Wakacje minęły' czas do roboty. Oczywiście nie tak bardzo dosłownie, przecież jest się na emeryturze.
Zaczynamy od ucznia. Dominik trochę był w domu, co dawało zatrudnienie i Kasi, i mnie. Wczasował też z Przemkiem w Chorwacji. I przez jakiś czas był z Kasią w Brukseli. Bo Kasia sporo czasu w tym roku spędza w stolicy pomagając Oli w opiece nad Konstancją i Eliaszem. Zwłaszcza, że tam ciągle jeszcze trwają prace adaptacyjne nowego gniazdka, szczęśliwie już niewielkie.
Je cały czas byłem na miejscu. Za to pilnie uczęszczałem na "Spacery z przewodnikiem". Do końca zostały mi dwa weekendy, cztery wyjścia. Wszystko wskazuje na to, że ponownie uda się zaliczyć wszystkie wycieczki. Tak, jak przed rokiem. A dodatkowo odbywałem własne wyjścia. Bez szczególnego planu, kierując się impulsem.
W sierpniu ubyła nam sąsiadka, zmarła p. Remion.
A w miniony piątek, 30 sierpnia, umarła p. Blanka Kaczorek, długoletnia nauczycielka muzyki w oporowskiej szkole podstawowej. To ona wciągnęła Kasię i pośrednio mnie też do pracy w oświacie. Uczyła też obydwie nasze córki.
Zaczynamy od ucznia. Dominik trochę był w domu, co dawało zatrudnienie i Kasi, i mnie. Wczasował też z Przemkiem w Chorwacji. I przez jakiś czas był z Kasią w Brukseli. Bo Kasia sporo czasu w tym roku spędza w stolicy pomagając Oli w opiece nad Konstancją i Eliaszem. Zwłaszcza, że tam ciągle jeszcze trwają prace adaptacyjne nowego gniazdka, szczęśliwie już niewielkie.
Je cały czas byłem na miejscu. Za to pilnie uczęszczałem na "Spacery z przewodnikiem". Do końca zostały mi dwa weekendy, cztery wyjścia. Wszystko wskazuje na to, że ponownie uda się zaliczyć wszystkie wycieczki. Tak, jak przed rokiem. A dodatkowo odbywałem własne wyjścia. Bez szczególnego planu, kierując się impulsem.
W sierpniu ubyła nam sąsiadka, zmarła p. Remion.
A w miniony piątek, 30 sierpnia, umarła p. Blanka Kaczorek, długoletnia nauczycielka muzyki w oporowskiej szkole podstawowej. To ona wciągnęła Kasię i pośrednio mnie też do pracy w oświacie. Uczyła też obydwie nasze córki.
Wcześniej, jeszcze w lipcu, pożegnaliśmy Sławka Solkę. Kiedyś żartobliwie nazywałem go naszym trenerem koordynatorem, bo też trochę taką rolę pełnił.
Doszedłem już najwyraźniej do takiego etapu w życiu, kiedy więcej znajomych się traci, niż zyskuje. Biologia.
sobota, sierpnia 24, 2013
niedziela, maja 12, 2013
Wczoraj.
Byłem wczoraj w Trzebnicy. Na meczu Gaudii z SMS Opole. Gaudia przegrała i tym samym wypada z drugiej ligi.
Kiedy powoli szedłem do hali ZAPO, wyprzedziła mnie dziewczyna w dresie, z butami sportowymi w ręce. Jedna z miejscowych zawodniczek. I pomyślałem sobie, że wspaniale, że są jeszcze miejsca, gdzie idzie się na mecz nie po to, by pooglądać gwiazdy, ale dlatego, że w drużynie występuje córka znajomego, wnuczka sąsiada, koleżanka szkolna syna, dziewczyna z drugiej klatki... A to, czy klub jest w pierwszej, drugiej czy trzeciej lidze, nie ma dużego znaczenia. I takim, pięknym i dobrym miejscem ciągle może być Trzebnica.
Kiedy powoli szedłem do hali ZAPO, wyprzedziła mnie dziewczyna w dresie, z butami sportowymi w ręce. Jedna z miejscowych zawodniczek. I pomyślałem sobie, że wspaniale, że są jeszcze miejsca, gdzie idzie się na mecz nie po to, by pooglądać gwiazdy, ale dlatego, że w drużynie występuje córka znajomego, wnuczka sąsiada, koleżanka szkolna syna, dziewczyna z drugiej klatki... A to, czy klub jest w pierwszej, drugiej czy trzeciej lidze, nie ma dużego znaczenia. I takim, pięknym i dobrym miejscem ciągle może być Trzebnica.
3
No to jestem potrójnym dziadkiem. Ola urodziła Eliasza. Imię wypada nieco zabawnie, jeśli pamiętać o jego znaczeniu. Nie moja to jednak sprawa. Niech nosiciel chowa się zdrowo.
piątek, maja 10, 2013
Rundka.
Byłem w Małkowicach, zawiozłem Kasi zwolnienie. Następnie pojechałem do Rakoszyc, bo mnie tam dawno nie było. Jest trochę zmian: powstała hala gimnastyczna przy szkole, wyremontowano remizę, urządzono co najmniej dwa place zabaw dla dzieci (przynajmniej tyle widziałem). Ogólnie jednak przez 9 lat za wiele się nie zmieniło. Widać położenie na uboczu.
Wracałem przez Kąty Wrocławskie by wstąpić do Sośnicy. W Kątach, na wyjeździe w stronę Wrocławia stoi ładny czerwony domek, niestety, w marnym i coraz marniejszym stanie. W Sośnicy porobiłem nieco zdjęć przy kościele, w tym najstarszego we wsi domu. I dalej, z przystankiem na stacji Sadowice Wrocławskie, do domu. A budynek stacyjki to postępująca ruina. Wstyd.
Wracałem przez Kąty Wrocławskie by wstąpić do Sośnicy. W Kątach, na wyjeździe w stronę Wrocławia stoi ładny czerwony domek, niestety, w marnym i coraz marniejszym stanie. W Sośnicy porobiłem nieco zdjęć przy kościele, w tym najstarszego we wsi domu. I dalej, z przystankiem na stacji Sadowice Wrocławskie, do domu. A budynek stacyjki to postępująca ruina. Wstyd.
poniedziałek, maja 06, 2013
Maj.
Maj zaczął się pogodą dość marnie przystającą do moich planów. Musiałem je nieco zmodyfikować i zrealizowałem tylko część. Trzeba będzie nieco zwiększyć tempo.
Jestem sam, Kasia przygotowuje dom dla wnuka, którego tylko patrzeć. Karolina wyprzedziła Olę, od wczoraj ma synka. Imienia jeszcze nie znam, liczę, że dzisiaj się dowiem.
Pradziadek zapraszał do siebie Andrzeja ale ten nie skorzystał, bo jest zajęty. Przygotowuje wystawę na czerwiec.
Prawie skończył się dla mnie sezon siatkarski. Chcę jeszcze w najbliższą sobotę wyskoczyć na mecz do Trzebnicy i za dalsze dwa tygodnie być na spotkaniu barażowym. Tym razem nie ma kolizji z tzw. obowiązkami zawodowymi (emeryta).
Jestem sam, Kasia przygotowuje dom dla wnuka, którego tylko patrzeć. Karolina wyprzedziła Olę, od wczoraj ma synka. Imienia jeszcze nie znam, liczę, że dzisiaj się dowiem.
Pradziadek zapraszał do siebie Andrzeja ale ten nie skorzystał, bo jest zajęty. Przygotowuje wystawę na czerwiec.
Prawie skończył się dla mnie sezon siatkarski. Chcę jeszcze w najbliższą sobotę wyskoczyć na mecz do Trzebnicy i za dalsze dwa tygodnie być na spotkaniu barażowym. Tym razem nie ma kolizji z tzw. obowiązkami zawodowymi (emeryta).
niedziela, kwietnia 14, 2013
Jeszcze czas.
Byliśmy całym stadem w d. dzielnicy żydowskiej. Dla Dominika to jednak jeszcze za wcześnie. Kiedy zobaczył wielki tłum nadchodzących wycieczkowiczów, był zdezorientowany i nieco wystraszony. A poza tym tematyka jest na razie dla niego za trudna. Kiedyś, w przyszłości, za kilka lat może jeszcze raz spróbujemy. Jak dożyjemy, spróbujemy.
Muzeum.
Zgodnie z zapowiedzią byliśmy w Muzeum Mineralogicznym. Jednak bez Asi. Jakoś nie wykazała entuzjazmu a ciągnąć ją na siłę nie chciałem. Trochę obawiałem się, że Dominikowi nie będzie się podobać. No i zdziwiłem się pozytywnie. Oczka mu się zaświeciły, biegał niemal od gabloty do gabloty w zachwycie. Jedynie meteoryty szczególnie go nie zainteresowały, też dziwne. Cały czas mówił, że bardzo mu się podoba. A na koniec poszedł do sklepiku i upatrzył sobie najmniejszego słonika. No to go ma, Magda mu kupiła. Jeszcze podobał mu się żółw. Może się nad tym zastanowię.
Dzisiaj dreptanie do dzielnicy żydowskiej.
środa, kwietnia 03, 2013
Wraca codzienność.
Mija czas lenistwa. Dzisiaj Dominik wyrusza do szkoły, a ja po nim i po niego. Bardzo mi to ureguluje dni. Wiadomo, najdalej do 15.00 muszę być w domu, bo tej porze, nie później muszę wyjść w celu odbioru.
W czwartek wraca Kasia no i będzie codzienne marudzenie. Będą też obiadki, trzeba oddać sprawiedliwość. A w tym roku były święta bez świąt (i obiadków też). Właściwie poza krótką chwilką wcale mi to nie przeszkadzało.
Właśnie rzuciłem okiem na stronę PZOS i oto zdziwienie: tym razem jakby o mnie nie zapomniano, jak to było rok i dwa lata temu. A może ktoś czyta w moich myślach. Kiedy zobaczyłem, że wykombinowano jakiś kolejny numer biurokratyczny, to postanowiłem, że w przypadku, gdy mnie zgubią, nie będę domagał się poprawki i w przyszłym roku dam sobie z tym spokój. A tu niespodzianka, przyjemna. Przy okazji zauważam, że bardzo zmniejszyła się liczba sędziów. I jestem prawie najstarszy.
Wczoraj trochę pogadałem Dominikowi o rodzinie. Nawet słuchał z zaciekawieniem. Niezbyt długo ale z zaciekawieniem. Nie mogę go zanudzać nadmiarem informacji w krótkim czasie. Pomalutku. Chcę, by wiedział kto jest kto. A już rewelacją było dla mnie to, że pamięta, że ma prababcię, którą widział chyba tylko raz i to dość dawno.
Podczas przerwy świątecznej byliśmy we dwóch w Muzeum Przyrodniczym. Dzisiaj pojawiła się myśl o wyjściu do Muzeum Mineralogicznego. Oczka mu się zapaliły. Trzeba będzie iść. Jednak nie sami tym razem. Dobrze byłoby wyciągnąć ze sobą Asię, będziemy mieć komentarz fachowca.
Pogodę mamy jak w przysłowiu. Spadnie śnieg, później robi się ciepło i większość śniegu topnieje. Zanim jednak stopnieje całość, spada następny, nowy. I tak już kilka razy. Wolałbym jednak, by było już stale ciepło. Nosi mnie.
czwartek, lutego 21, 2013
Czwóreczka?
No, proszę. Był wniosek o areszt i co z tego zostało? Chyba sąd dał prztyczka prokuratorowi. A może cała sprawa ma drugie dno, jak twierdzi Piotruś? Wcale nie jest to tak mało prawdopodobne, bo rzecz nieco kojarzy się z pewnymi zdarzeniami z lat minionych, kiedy to rozmaite panie oskarżały polityków o niecne sprawki. Czyżby czkawka IV RP tylko w innym wykonaniu?
Tak, czy siak, ufam, że moi byli uczniowie mogą się mylić ale nie mogą być podli.
środa, lutego 20, 2013
Smutek i nadzieja.
Przed chwilą przeczytałem szokującą dla mnie wiadomość. Szokującą przede wszystkim dlatego, że pamiętam Piotrusia, uczyłem go w szkole podstawowej (nr 105, na Grochowej). W mojej pamięci jest jego obraz jako bardzo mądrego a przy tym spokojnego, grzecznego, uprzejmego nadzwyczajnie chłopca o charakterystycznym uśmiechu. Jak na ten wiek niezwykle grzecznego. A ponieważ widywałem go tylko wtedy, gdy jeszcze chodził do tej szkoły, nazywam go tak jak wtedy, zdrobniałym imieniem. Może wydać się to trochę dziwne teraz, gdy jest dojrzałym mężczyzną z tytułem naukowym, na stanowisku. Treść tej wiadomości jest dla mnie niesamowita. Niesamowite są też komentarze, już został osądzony przez ich autorów. On i chyba wszyscy ludzie o poglądach lewicowych.
A ja mam nadzieję, że sprawa wyjaśni się bardzo szybko i że zarzuty okażą się nieprawdziwe. Nie wyobrażam sobie, by było inaczej. To godziłoby w moją wiarę w człowieka i stało w znacznej sprzeczności z tym, co pamiętam.
Piotruś oprócz innych zajęć pisywał felietony do "Przeglądu". Oto jego ostatni felieton. Chętnie je czytałem choć uważałem, że napisane są w stylu zbyt hermetycznym, nie pasującym do średniego stylu pisma i przez to być może zbyt trudnym dla wielu czytelników. Może jednak się myliłem.
Piotruś demonstrował swoje lewicowe poglądy, był radnym wojewódzkim. Tak się jakoś składa, że w sejmiku dolnośląskim jest jeszcze jeden radny, którego kiedyś uczyłem. Dla odmiany to członek PiS. Aby sprawa była jasna, też wspominam go mile i też byłbym zaszokowany, gdyby jego oskarżono o niecne czyny. I też napisałbym podobnie.
niedziela, stycznia 27, 2013
Czystka.
Przez lata nagromadziło się rozmaitych, mniej lub bardziej potrzebnych adresów. Częściej jednak mniej. Napęczniały archiwa korespondencji. Tworzyłem je, bo czasem były przydatne. Jednak niektóre już zapewne nie będą. Dlatego postanowiłem przeprowadzić sporą czystkę. Usuwam wszystkie stare listy, do których już nie będzie potrzeby wracać. Usuwam też nieużywane od dawna adresy, zwłaszcza, że zapewne część z nich jest już nieaktualna. Podobnie trzeba będzie kiedyś zrobić z numerami telefonów. A wreszcie zrobię przegląd listy znajomych na nk i wytnę wszystkich, którzy występują pod nickami z niczym mi się niekojarzącymi.
Dominik wypoczywa na feriach w Libercu. Zaczął te ferie o kilka dni wcześniej, bo podłapał anginę, ale teraz już (chyba) wszystko jest w porządku. Ostatni raz był w szkole na zabawie. Wystąpił w stroju pająka ptasznika, który sam sobie zaprojektował a Kasia i Asia uszyły. Jest świetny. Nie widziałem Dominika w tym ubranku w naturze, tylko na zdjęciach robionych przez Kasię, ale robią one wrażenie. Sam ubiór widziałem niewypełniony.
Pogoda przemienna: raz zima, raz wiosna. Dzisiaj właśnie zima się kończy, od jutra na chyba tydzień ma być wiosna. Trochę śniegu spadło, nawet dobrze, bo polubiłem ostatnimi laty odgarnianie. To okazja do kultywowania życia towarzyskiego z sąsiadami. Przypomina to sytuację, jaką mieliśmy około dwadzieścia lat temu, gdy nie mieliśmy wody. Spotykaliśmy się wtedy na sąsiedniej ulicy przy jedynym w okolicy ujęciu. Ilu to ja wtedy ludzi poznałem, którzy mimo tego, że mieszkają tuż obok, byli mi całkiem nieznani.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



