wtorek, maja 18, 2010

To wielka strata dla Świdnicy.

Cytat z "Dziennika Świdnickiego":


Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w nocy z niedzieli na poniedziałek zmarł nagle Andrzej Scheer, wielki społecznik, pasjonat historii Świdnicy i ziemi świdnickiej.
Z wykształcenia był geografem i to ona była niejako wyznacznikiem jego wielu zainteresowań. Jedną z jego fascynacji były tzw. krzyże pokutne. Na początku lat siedemdziesiątych pan Andrzej zaczął publikować zebrane przez siebie materiały inwentaryzacyjne, stopniowo poszerzane na cały kraj. W 1985 roku z jego inicjatywy założony został Ogólnopolski Klubu Badaczy i Miłośników Krzyży Pokutnych i Rzeźb Przydrożnych przy świdnickim Oddziale PTTK.
Inną dziedziną zainteresowań Andrzeja Scheera było kolejnictwo. Był autorem wielu opracowań o historii kolei na Dolnym Śląsku.
Był aktywnym członkiem Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego i Towarzystwa Regionalnego Ziemi Świdnickiej. Jako jeden z inicjatorów przyczynił się w 1989 roku do reaktywacji po kilkudziesięciu latach tytułu prasowego „Wiadomości Świdnickie”.
Przez wiele lat aktywnie uczestniczył przy tworzeniu kolejnych tomów "Rocznika Świdnickiego". Pracował w Muzeum Dawnego Kupiectwa i był wielkim rzecznikiem działań na rzecz ochrony świdnickich zabytków. To on kilkakrotnie inicjował publiczne dyskusje i akcje na rzecz odbudowy wieży świdnickiego ratusza. Zawodowo, od wielu lat związany był z jedynym świdnickim kinem „Gdynia” w którym pracował.
Odszedł człowiek niezwykle skromny i bardzo oddany swoim pasjom, związanym z naszym miastem. Pustka po nim będzie trudna do zapełnienia.


Dodam od siebie, że był to starszy kolega z mojego liceum. Pierwszy raz zobaczyłem go, gdy rozpoczynałem naukę w tej szkole. Na rozpoczęciu roku szkolnego występował w zespole big-beatowym, jak to wtedy się określało, na scenie w szkolnej auli, która na co dzień była salą gimnastyczną. Grali ówczesne przeboje Czerwonych Gitar. Po ukończeniu szkoły widywałem go przy okazji zjazdów absolwentów, ostatni raz pięć lat temu. A poza tym, siedem chyba lat temu spotkałem go podczas wycieczki szkolnej klasy mojej żony.

Koniec całej epoki.

Dzisiaj wieczorem odszedł Leon - Aslan. Miał siedemnaście lat, piękny wiek jak na psa. A psem był bardzo porządnym. Nawet dzisiaj załatwił sprawę nadzwyczaj grzecznie. Jeszcze po południu odzywał się, gdy Magda, Przemek i Dominik odjeżdżali zabierając ze sobą Sparky'ego. A później zapadła cisza. Około siódmej znalazła go Kasia. Był już w krainie wiecznych łowów. Leżał sobie na boku na podwórku. Gdyby to stało się w jego budzie, mielibyśmy kłopot z jego wydobyciem. Najwyraźniej chciał go nam zaoszczędzić.
Jest nam teraz bardzo dziwnie. Gdy przechodzimy koło okna albo drzwi na taras, sprawdzamy chcąc obaczyć, co tam u niego. Jutro po raz pierwszy od siedemnastu lat nie będziemy przygotowywać dla niego posiłku. Zniknie też jego pudełko z przedpokoju.

poniedziałek, maja 17, 2010

I po sezonie.

I po sezonie. Dzisiaj byłem na ostatnich dwóch meczach siatkówki. Jeszcze tylko została mi telewizja.
Gdy wychodziłem z hali dowiedziałem się, że to też już koniec chodzenia na Krupniczą. Od początku nowego sezonu mecze będą odbywać się na Połbina. Trochę mi szkoda. Na Krupniczą miałem bliżej i znakomity dojazd. Na Połbina czeka mnie godzina jazdy z przesiadką. A w powszedni dzień zapewne korki. No i trochę żal żegnać się ze swoim stałym miejscem na balkonie. Za to nowa hala z pewnością będzie wygodna, przestronna i... taka sama jak wszystkie inne. Spróbuję się przyzwyczaić. Na razie pewnie porobię trochę pamiątkowych fotek.

środa, maja 12, 2010

Ale się pozmieniało.

Dzisiaj trochę o zmianach. Jeśli nie poświęcić chwilki na zastanowienie się, to nawet człowiek nie zauważa, jak bardzo zmienił się świat za jego życia a szczególnie w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Na pewno wpływ na to mają przemiany polityczne ale też wiele znaczą zmiany technologiczne.
W czasach mojej pierwszej młodości, a nawet jeszcze sporo później trudno było wyobrazić sobie, że bez większego kłopotu i tanim kosztem można z niemal każdego miejsca na ziemi zatelefonować czy wysłać wiadomość tekstem lub obrazkiem czy filmikiem w dowolne niemal miejsce na Ziemi. O telefon trzeba było się starać i czekać długo na jego przyłączenie.
Dalekie podróże odbywało się raczej statkami niż samolotami. Nie tak znowu wiele osób mogło sobie na to pozwolić. I takie przykłady dwa. Piotruś służbowo pojechał w minionym miesiącu do Stanów Zjednoczonych i w związku z wybuchem wulkanu na Islandii odwołano mu lot powrotny. No to spędził dodatkowy tydzień w Dallas nudząc się zapewne mocno, bo nie jest to najciekawsze miejsce na świecie. Ja będąc w jego wieku widywałem to miasto jedynie w telewizji z okazji kolejnych rocznic zamachu na Kennedy'ego. Kiedy Piotruś wreszcie wrócił, pojechali z Olą do Porto.
Magda z kolei poleciała w pięciodniową podróż służbowo - turystyczną do Hongkongu. Wróciła i po tygodniu z Przemkiem i Dominikiem polecieli do Hiszpanii na krótki urlop. Codziennie podsyła nam zdjęcia do pooglądania. A w mojej młodości i Hongkong i Malagę mogłem widywać od czasu do czasu w telewizji, w filmach krajoznawczych albo na obrazkach drukowanych przy okazji reportaży w "Dookoła Świata", "Światowidzie" czy "Poznaj Świat".
I coś całkiem z innej beczki, choć też jest to zmiana. Wczoraj dowiedziałem się, że jestem prawnukiem Alberta Matziola, zwanego Herzogiem. Dokładnie jestem jedynym synem najmłodszego syna najstarszego syna tegoż Herzoga. A przezwisko swoje otrzymał on po tym, jak w latach 1911 - 12 wybudował na swojej ziemi w Rzędowicach istniejącą do tej pory kaplicę. Zaprawdę, bardzo daleko spadło jabłko od jabłoni. Będę musiał kiedyś, przy okazji wpaść do tych Rzędowic.