piątek, kwietnia 17, 2015

Po co mi to?

Byłem wczoraj w Kinie Nowe Horyzonty na spotkaniu z Martinem Pollackiem. Poświęcone było jego książce "Skażone krajobrazy". Oczywiście przedtem książkę przeczytałem. Ciekawa, poruszająca. Autor pisze o potrzebie wyjaśnienia przypadków masowych mordów, ogólniej zabójstw popełnionych podczas wojen. Różnych wojen, nie tylko II światowej. Także tego, co działo się na Bałkanach. Zresztą to można rozszerzać niemal dowolnie, bo dlaczego nie. Chce, by w miarę możliwości wskazać miejsca takich zdarzeń, lokalizacje grobów, określić kto i kiedy był sprawcą, kto ofiarą. Nie znalazłem tego zapisanego jawnie ale można domyślać się, że chodzi mu między innymi o to, by takie rzeczy nie powtórzyły się. Kieruje nim chyba poczucie winy za czyny, jakich dopuścił się jego ojciec, zresztą też zabity skrycie już po wojnie. Wydaje mi się, że takie poczucie winy jest niepotrzebne, dzieci ne mogą odpowiadać za czyny rodziców. A w skutek prewencyjny wierzyć może tylko ktoś naiwny. Wiedza o okropnościach I wojny nie powstrzymała nikogo przed wszczęciem wojny II. Podobnie, to co wiadomo o II wojnie, nie zapobiegło wojnie koreańskiej, wietnamskiej czy tym, które pod koniec XX wieku toczono na Bałkanach.
Mam w związku z tym spotkaniem i książką jeszcze jedną, bardziej osobistą wątpliwość. Czy rzeczywiście powinno się dogłębnie odkrywać i ujawniać wszystkie fakty dotyczące tych okropnych wydarzeń. Otóż jeden z moich dziadków został zabity pod koniec wojny, w 1945 roku. Przez 68 lat znałem wersję następującą: wyszedł w swoje pole (był rolnikiem) i tam został zastrzelony przez Werwolf. Dokładnie przez kogo, nie wiadomo. Koniec, kropka. Nigdy więcej w rodzinie na ten temat się  nie opowiadało. Dopiero dwa lata temu mój ojciec powiedział, że było inaczej. Wyrwało mu się, że domyśla się, gdzie dziadka pochowano. Bo grobu dziadka nie ma na cmentarzu w Łagiewnikach Małych. A powinien tam być, gdyby dziadek stracił życie w rodzinnej wsi. Otóż ojciec mówił, że dziadek nie został zastrzelony lecz postrzelono go. Został wyprowadzony z domu i strzelono do niego. Strzelającym był jakiś kuzyn. Dziadek został tylko ciężko ranny, odstawiono go do szpitala w pobliskim mieście i dopiero tam zmarł. W takim razie zapewne pochowano go na cmentarzu w tym mieście. Po 70 latach zapewne jego grobu już nie ma. A ten kuzyn bywał wcześniej w domu u dziadka. Ponoć miał z nim jakiś zatarg, być może chodziło o dawną pracę dziadka w charakterze strażnika leśnego. Historia ciekawa, ciekawsze, że nigdy wcześniej ani mój ojciec, ani znane mi dwie jego starsze siostry, ani moi starsi kuzynowie, którzy w 1945 roku byli już świadomi rozgrywających się koło nich wydarzeń, nigdy tak o śmierci dziadka nie mówili. Nigdy też nie mówili o miejscu jego pochówku ani nie jeździli, by zapalić świeczki czy złożyć kwiaty na jego grobie. Był, zginął, nie ma.
I tak sobie myślę, że wcale nie cieszy mnie to, co opowiedział dwa lata temu mój ojciec. Po co mi ta wiedza? Co mam z nią zrobić? Czy mam może przyglądać się bacznie kolejnym dalekim kuzynom i zadawać sobie pytanie, którego z nich ojciec lub dziadek zabił mojego dziadka? I dlaczego? Chyba lepiej, gdybym znał tylko tę wersję z anonimowym w gruncie rzeczy Werwolfem. Nawet jeżeli nie odpowiada ona na pytanie, gdzie jest ten dziadka grób i dlaczego mój ojciec konsekwentnie zapala znicze przed pomnikami poległych w minionej wojnie, choć dotyczy to I wojny światowej  i on o tym wie. A opowieść ojca mam traktować jak majaczenia starczego umysłu? Nie będę go dopytywał. Nie chcę takiej wiedzy, która aż tak bardzo będzie niepokoić i wywoływać tak okropne skutki.

wtorek, kwietnia 07, 2015

I po świętach.

No i minęły kolejne święta. Tym razem częściowo spędzone z Dominikiem. Przemek przywiózł go do Wrocławia w czwartek. Młodziec poznał swoją nową siostrzyczkę a w piątek został przywieziony do mnie. Powiedział, że chce u mnie spać. Wybrał sobie miejsce na kanapie na dole.
Przed spaniem bawił się i wybrał książki, które chciał zabrać ze sobą.
W sobotę przed południem pojechaliśmy do Lądka, do Babci. A tam po obiedzie godzinna tura wozem konnym, spacer przez uzdrowisko a po kolacji ciasta i lody w kawiarni. Pełnia zadowolenia.
W niedzielę było gorzej. Chyba mu te lody zaszkodziły. Czuł się słabo, jeść nic nie chciał. Po południu wróciliśmy do Wrocławia i Dominik poszedł do Taty na spotkanie z drugimi Dziadkami. Nie widział się z nimi od sierpnia. Później samopoczucie mu się stopniowo poprawiało. Dzisiaj Przemek odwiózł go na Dużą.
Po rozstaniu z Wnukiem resztę świąt spędziłem sam w domu. Pogoda była nieco depresyjna: zimno, mokro, pochmurno. Poprawiałem sobie nastrój oglądaniem po raz kolejny "Zezowatego szczęścia". Genialne.
Dzisiaj już jest cieplej a przede wszystkim słonecznie. Nawet zachęciło mnie to do pozamiatania ulicy przed domem moim i Ojca. Po ostatnich wichurach było tam sporo igliwia. I, śmiechu warte, zaraz po moim zamiataniu przyjechała zamiatarka samochodowa i też posprzątała ulicę. Dwukrotnie. Mam posprzątane na wysoki połysk.