To, że nie pisałem przez ponad miesiąc, nie znaczy, że nic się nie działo. Najpierw zmarła Ciocia Hania. Nasze pokrewieństwo było dość odległe. Podobno babcia Cioci Hani i dziadek mojej Mamy (czyli Karol Kaiser) byli rodzeństwem. Właściwie nie jest to najważniejsze. Istotne jest to, że znaliśmy się i lubili. Cioci dawno nie widziałem, bo jej stan zdrowia powodował, że obawialiśmy się, że zacznie dopytywać się o mojego Ojca, który już od ośmiu lat nie żyje. A ta wiadomość mogłaby jej zaszkodzić. A ostatnio to już znaczenia nie miało, bo i tak wiele do niej nie dochodziło. Po śmierci jej zięcia byliśmy tam w domu ale Ciocia leżała w swoim pokoju i nawet nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Ot, starość. W pamięci pozostaje mi cudowny smak robionego przez nią piroga. Potrafiła przyjść do nas i mi go przynieść. Tylko to było prawie już trzydzieści lat temu.
A później mieliśmy odwiedziny potomstwa. Najpierw, 14 lipca przyjechał Dominik. Trochę pobył z nami, trochę ze swoim ojcem, odwiedził też drugich dziadków. Odjechał 31 lipca a już 5 sierpnie przyjechali Ola, Konstancja i Eliasz. Na krótko, dzisiaj odjechali. Szkoda, że nie doszło do spotkania wszystkich wnuków. Tak już jest, ludzie mają sprawy, ludzie się spieszą.
No i znów zostaliśmy sami za to z planami na godne spędzanie czasu.