sobota, czerwca 25, 2011

Ruszył.

Wygląda na to, że Sparky wybrał wolność. Przed południem go słyszałem, wczesnym popołudniem nosiłem manele i nie widziałem go. Myślałem, że jest w domu. Przed chwilą ojciec go szukał i nie znalazł. Może przyjdzie, gdy znudzi mu się swoboda.
Znalazłem zgubę i do domu przyprowadziłem. Nie wiem tylko, na jak długo, bo jak już znalazł sposób ucieczki, to będzie z tego korzystać aż kiedyś go ktoś przejedzie.

piątek, czerwca 24, 2011

Budowlany boom.

Od wczoraj zostałem w domu sam. No, poza czasem pracy ekipy w składzie p. Janek, p. Krzysztof i p. Marcin (?). Kasia z Magdą i Dominikiem pojechała do Poznania i Puszczykowa na tydzień. Początkowo mieli jechać w inne miejsce ale trafiła im się okazja. Tak czy inaczej mam powtórkę z dawnych lat, gdy jeszcze żył Leon. Co rok rodzinka wyjeżdżała w wakacje, a ja zostawałem z psem. Teraz psa nie ma ale jest budowa.
Dziś trwało zrywanie posadzki w łazience na piętrze. Łomot taki, że człowiek własnych myśli nie słyszy. Nie da się myśleć, czytać, słuchać muzyki czy oglądać filmów. Nauczyłem się jednak spać w tych warunkach. Skorzystałem ze sprzyjającej pogody i ruszyłem na mały spacer zdjęciowy po Oporowie. Remonty domów i przeróbki co kawałek Bardzo się osiedle zmienia. No i tu i ówdzie dom wystawiony na sprzedaż. Mógłby Andrzej pozbyć się krawczykówki i związanych z nią kłopotów, sprzedać ją, coś dołożyć i kupić jakiś domek tutaj. Nic z tego.
Podobno w lipcu ma na dziesięć dni wpaść do Jarosławia Karolina. Bardzo dawno nie widziałem się z nią ale nie przewiduję jazdy tam w najbliższym czasie. Chyba Andrzej mnie odwiedzi w tym roku nie w lipcu lecz w sierpniu. Zobaczymy, zobaczymy.

poniedziałek, czerwca 20, 2011

Żegnaj, Przyjacielu.

Właśnie pożegnałem się z wielkim niedźwiedziem. Był u mnie 21 lat. Ostatnio służył jako sparingpartner podczas zapaśniczych zajęć Dominika.

Schodzenie.

Aż trudno uwierzyć ile dóbr rozmaitych w tym dóbr już byłych może się nagromadzić w ciągu trzydziestu lat. Sprzęt, który się kiedyś używało ale raczej już z rozmaitych względów się nie użyje, choć całkiem sprawny jest i nawet ma niezłą klasę. Książek, które się zgromadziło, które kiedyś były przydatne, a w przyszłości chyba już nie, może dla wnuków ale wątpię. Książek, które kiedyś chciało się przeczytać i coraz mniejsze są szanse, że się je przeczyta. Innych, przeczytanych ale do których raczej się już nie wróci, bo czasu za mało a sprawność nie ta albo zainteresowania się zmieniły. Ogromne ilości. Na ogół  człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, chyba, że wtedy, gdy przyniesie coś nowego do domu i przez moment zastanawia się, gdzie to położyć, bo przecież zaraz wyrzucić szkoda. Bo rzecz wartościowa, niekoniecznie w sensie pieniężnym, bo może komuś z zstępnych się nada,...
I prawdziwy kłopot, i prawdziwe uświadomienie sobie przychodzą wtedy, gdy trzeba to przemieścić, spakować przynajmniej na krótki czas. Bo remont albo przeprowadzka albo podobny kataklizm. I wtedy trzeba podjąć konieczne decyzje o rozstaniu się z częścią swoich, tych niepotrzebnych już "skarbów". Czekają kubły, kontener, punkt zbiórki odpadów elektrycznych (które w rzeczywistości odpadami wcale nie są). Wyrzuca się rzeczy które miały i mają wartość chociażby przez to, że się ich pożądało, zapracowało na nie, przywiązało do nich. Coś mija, z czymś trzeba się rozstać, to trochę jakby częściowe umieranie. Zwłaszcza, że zdaję sobie sprawę z ograniczoności czasu.

niedziela, czerwca 12, 2011

Jeszcze tylko jutro.

Jutro ostatni dzień wolności. Od wtorku rusza remont mieszkania. Ma trwać około miesiąca, może nieco dłużej. Masakra! Mam nadzieję, że po nim to już będzie koniec na zawsze, że kolejne takie szczęście już mnie nie spotka. Jak pomyślę o tym przenoszeniu maneli, niedobrze mi się robi. A później przez następne dziesięć lat nie będę mógł niczego znaleźć. Znam to, doświadczyłem na własnej skórze.
Podobno dzisiaj było Święto Roweru czy jakoś tak. Nie myśląc o tym sam zrobiłem sobie rowerowe święto. Następny raz nie wiadomo kiedy.