Bardzo przyjemnie wrócić pamięcią do dawnych czasów. Coraz przyjemniej.
piątek, grudnia 23, 2011
Pochorował się.
No to miał Dominik pecha, bo przerwa świąteczna się zaczęła, a on się pochorował. Może mu się uda i szybko wyzdrowieje, bo inaczej mogę podejrzewać, że ma zadatki na nauczyciela. Na razie ma gorączkę, boli go gardło, nic nie je, za to sporo śpi, najchętniej, jak widać, na mnie. Wreszcie i mnie uśpił, a Kasia skorzystała z okazji i to zdjęła. I jak tu myśleć o wyjeździe np. do Oli?
poniedziałek, grudnia 12, 2011
Mikołaj.
Dominikowi to dobrze. Cztery razy dostawał mikołajowe prezenty. Pierwszy raz, i jedyny, przy którym byłem< w domu. W roli wręczacza wystąpiła Asia. Początkowo nierozpoznana ale po pewnym czasie tak. Mimo tego, że dość szczelnie była okryta czerwonym strojem, brodą i wąsami to jednak Dominik ją rozszyfrował. Po oczach, jak twierdzi.
A następne prezenty już wkrótce.
W środę przyjeżdżają Ola, Piotruś i Connie. Będzie ruch. Już we wtorek mam przygotować wózek. A od środy, najdalej czwartku, na spacerki marsz!
Na miniony weekend pierwotnie zaplanowałem sobie wyjazd do Strzelina i być może do Świdnicy. Z tego pierwszego zrezygnowałem, trochę przez pogodę. Nie udałoby się i tak zrealizowanie wszystkich zamierzeń. A Świdnica odpadła przez kolizję terminów. Jeszcze będą okazje.
Korzystając z chwili czasu przeszedłem się wczoraj przez Włodkowica, Antoniego, Kazimierza Wielkiego i Krupniczą. Trzeba przyznać, że Włodkowica plombuje się na potęgę. Wkrótce jedynym niewyremontowanym miejscem będzie dawny ogród klasztorny.
Korzystając z chwili czasu przeszedłem się wczoraj przez Włodkowica, Antoniego, Kazimierza Wielkiego i Krupniczą. Trzeba przyznać, że Włodkowica plombuje się na potęgę. Wkrótce jedynym niewyremontowanym miejscem będzie dawny ogród klasztorny.
poniedziałek, listopada 14, 2011
Ciekawe.
Pewien mój znajomy deklaruje się jako chrześcijanin - katolik (samo w sobie interesujące) oraz twierdzi, że inspirującą go postacią jest Jezus (chyba ten). Jednocześnie na temat swoich poglądów politycznych pisze,że na prawo od niego jest tylko ściana. Klasyfikuje jako lewaków nawet obecnie nam panujących, wspomina też o "lewackich Szkopach".
Tenże znajomy uprawia zajęcie dziennikarza i jednocześnie odradza korzystanie z pracy innych dziennikarzy, fakt, że lepiej zawodowo ustawionych.
Zadziwiająca jest złożoność ludzkiego rozumowania.
piątek, października 28, 2011
Przez październik.
No i zbliżamy się do końca października. Korzystając z dobrej pogody udało mi się odbyć wszystkie planowane wyjazdy. Byłem w Trzebnicy nawet dwa razy. Przy okazji trudno było nie zauważyć, że w mieście tym mieszkają bardzo imprezowi ludzie. Za każdym razem trafiałem na jakąś wielką imprezę. Byłem też w Obornikach Śląskich, Świdnicy i Oławie. Każdy kolejny wyjazd będzie wykonaniem ponadplanowym.
Magdzie zepsuł się piec co. Niby kłopot ale okazał się dość szczęśliwy. Gdyby nie ta awaria, kto wie, czy jeszcze żyłby mój ojciec. Teraz jest w szpitalu. W związku z tym nałożył na mnie pewien obowiązek, trochę dla mnie dziwny. Ale niech tam. Spełniając go dzisiaj trochę powspominałem. Otóż w latach, gdy zaczynałem swój kontakt z orientacją sportową, dość trudno było o sprzęt. Biegało się w czymkolwiek, często zupełnie nieracjonalnie. Kompasy od czasu do czasu można było kupić w Składnicy Harcerskiej, z importu z NRD. Inną możliwość stwarzały przyjazdy zawodników z ZSRR. Często przywozili ze sobą coś przydatnego. Lampy - czołówki były rarytasem. A wczoraj na stoisku w hipermarkecie widziałem kompasy sportowe i czołówki za marne grosze. Co za czasy!
Coś innego ale wartego śmiechu: objawił się Stefan Alojzy. Aż żałowałem, że "U Aloisa" już nie działa.
niedziela, października 09, 2011
W tym sezonie inaczej.
W stosunku do poprzednich sezonów siatkarskich moje plany na ten rok są odmienne. Przede wszystkim nie będę chodził na mecze Impelu Vb czyli dotychczasowej pierwszej drużyny Gwardii. Podjąłem taką decyzję, gdyż zauważyłem, że stosunek aktualnego kierownictwa spółki do kibiców nie jest właściwy a przyjęty system rozprowadzania biletów i karnetów wyraźnie dyskryminuje osoby starsze, które nie korzystają z internetu. Ja akurat do tej grupy nie należę ale dyskryminację uważam za postępowanie wstrętne. Tak więc nie tając tego zrezygnowałem z uczestniczenia w tych imprezach. I tak będę miał dużo rozrywki. Są przecież mecze młodzieżowych drużyn Gwardii i MOS-u we Wrocławiu, pierwszej ligi w Trzebnicy, juniorek w Obornikach Śląskich, drugiej ligi w Świdnicy, trzeciej ligi w Oławie,... Wybrać, przebrać. Przymierzam się do pierwszego wypadu do Oławy, najchętniej na mecz Sobieski - Olimpia, bo może być ciekawie. A na razie, w najbliższą sobotę powtórna jazda do Trzebnicy, dokąd przyjedzie drużyna z Murowanej Gośliny. A przy okazji może uda się uzupełnić fotografie.
piątek, października 07, 2011
Zaczęło się.
Ruszył sezon siatkarski. Dla mnie zaczęło się w minioną sobotę od meczu w Trzebnicy. Gaudia miała zagrać z Rumią ale wobec niedopuszczenia do rozgrywek tej ostatniej (szkoda!) zorganizowano spotkanie towarzyskie Gaudii z Zawiszą Sulechów.
W niedzielę byłem na dwóch meczach juniorek: we Wrocławiu (Gaudia - Olimpia) a później w Obornikach Śląskich (Olimp - MKS Świdnica). Przy okazji pochodziłem sobie po tym miasteczku przypominając dawne czasy. A przed laty bywałem tam często, po kilkanaście razy w roku. Urwało i się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Może teraz siatkówka wpłynie na to, że znowu będę tam jeździć.
Wczoraj w Orbicie było towarzyskie spotkanie Gwardii z Gaudią. Miało zdecydowanie dyskretny charakter. Jasne, obydwie drużyny właściwie dopiero przygotowują się do ligowych startów.
Jutro jazda do Świdnicy na mecz drugiej ligi. Może być bardzo ciekawie.
środa, września 28, 2011
sobota, września 24, 2011
Imprezka.
Dzisiaj odbyła się impreza urodzinowa Dominika. Zaproszonych było 16 (słownie: szesnaście) dzieci plus oczywiście obstawa rodzicielska. Z tego, co wiem, nie dotarła Ola. Trzeba będzie pamiętać, by Dominik w szkole oddał jej mazaczek. Całe zajście było namiętnie fotografowane przez Jeffa. Raz nie przeze mnie. Zresztą i tak nie miałem takich planów. No i nie bardzo też miałem czym.
Ponoć uzgodnione zostało, że odbiorę Zuzię ze szkoły w środę. Muszę tylko poprosić Magdę, by dowiedziała się, co z obiadem. Właśnie ze względu na ten obiad myślałem raczej o czwartku ewentualnie wtorku, kiedy Dominik może wracać do domu później.
Pomału układam sobie plany wyjazdowe. W przyszły weekend w sobotę do Trzebnicy, w niedzielę prawdopodobnie do Obornik Śląskich a w kolejną sobotę do Świdnicy. I wreszcie nieco później wreszcie do Oławy. Jak wyjdzie, to sobie pojeżdżę, że hej. Odrobię dzisiejsze i jutrzejsze leniuchowanie.
czwartek, września 22, 2011
I zmiana.
Dopiero wczoraj napisałem o nowych ćwiczeniach Dominika a dziś już zmiana. Haftka mu odpadła, utrzymała się tylko przez trzy doby. Może mu jutro przykleimy na nowo, trzeba tylko upewnić się, jaki klej można użyć.
Jest wreszcie prawie całkiem oficjalna wiadomość o tym, że MKS "Świdnica" zagra w drugiej lidze. Dopiero w trzeciej kolejce będzie mieć mecz u siebie, może uda mi się pojechać.
środa, września 21, 2011
Zmiana sezonu.
Wrzesień i mamy zmianę mojego sezonu zajęciowego. Skończyły się spacery po mieście z przewodnikiem, zacznie się chodzenie na mecze siatkówki. W tym tygodniu jeszcze nie, chyba będzie wolny weekend, jeśli nie liczyć przyjęcia urodzinowego Dominika. Ale już w przyszłym tygodniu staruję. W sobotę powinienem pojechać do Trzebnicy, a w niedzielę po meczu we Wrocławiu - do Obornik Śląskich. Swoją drogą bardzo dawno tam nie byłem a kiedyś tak często odwiedzałem to przemiłe miasteczko.
Do Trzebnicy jechałem ostatnio dwukrotnie, z Dominikiem do szpitala. Ciągnie się sprawa jego paluszka. Ostatnio przyklejono mu haftkę do paznokcia. Zaczepia się o nią gumkę i Młodziec ma ćwiczyć prostowanie i zginanie. Niestety, nie może tego robić w szkole z wiadomych powodów. A poza tym od dzisiaj do piątku jest on naszym przemiłym gościem. W piątek chyba nawet ja będę go musiał odstawić do szkoły. Odbieranie i doprowadzanie do domu jest moim stałym, tradycyjnym zajęciem.
Ciągle czekam na naprawienie mojego dużego aparatu fotograficznego. Okropnie się sprawa ciągnie. Gdybym wiedział, że nie da się go naprawić, już dawno kupiłbym jakiś nowszy odpowiednik. A tak łatam średniakiem.
Próbuję korzystać z Google+, zobaczę, co z tego wyjdzie.
Próbuję korzystać z Google+, zobaczę, co z tego wyjdzie.
wtorek, września 13, 2011
niedziela, września 04, 2011
Zaciekawiony.
Jak widać na załączonym zdjęciu, po pogodzeniu się z koniecznością występowania w stroju galowym Dominik był przede wszystkim zaciekawiony nowym otoczeniem.
sobota, września 03, 2011
Pierwszy raz.
Pierwsze wyjście do szkoły nie było zbyt radosne. To z powodu galowego stroju. Później było już znacznie lepiej. A drugiego dnia Dominik zapytał mnie, dlaczego w szkole jest tak krótko, czy lekcje nie mogą trwać dłużej. Ciekawe na jak długo wystarczy mu tego entuzjazmu
czwartek, września 01, 2011
Zmiana.
Wczoraj Dominik skończył chodzenie do przedszkola a dzisiaj rozpocznie naukę w szkole podstawowej. Dla mnie to też zmiana. Teraz nie będę odbierać go po południu, tylko około południa. Trzeba będzie przemyśleć organizację dnia. Skończył się jakiś etap w naszym wspólnym życiu i poczułem się, jakbym znowu, kolejny raz przechodził na emeryturę. Miałem tak już trzy lata temu, gdy zaczynaliśmy chodzić do przedszkola. Następna zmiana za sześć lat.
A to właśnie ostatni wymarsz przedszkolaka w dodatku towarzyszy mu jego pani, która uczyła go i opiekowała się nim przez całe trzy lata.
A, przedwczoraj stuknęła mi sześćdziesiątka. Nawet niektórzy to zauważyli. Podobno życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Podobno. Sprawdzimy. Więcej nas przekracza ten wiek, możemy sprawę przedyskutować w rodzinnym gronie. W każdym razie jeżeli życie zaczyna się po sześćdziesiątce, to trwa całkiem niedługo.
poniedziałek, sierpnia 15, 2011
Smaczek.
Wczoraj wracając z wycieczki odczułem takie pragnienie, że aż wszedłem do pobliskiego sklepu, by kupić coś do picia. Mimo tego, że do domu miałem jakieś 150 m, tak mnie wysuszyło. No i kupiłem piwo "Lubuskie Jasne". Musiałem je najpierw schłodzić więc wcześniej już zaspokoiłem pragnienie i piwo wypiłem później, na spokojnie. I tu bardzo pozytywne zaskoczenie: piwo ma całkiem inny, niż piwa typu novotel, smak. W dodatku jest dobre. Ot, przewaga małego browaru. A poza tym w moim małym pobliskim sklepie można kupić piwa czeskie. Dzisiaj więc poczuję się jak Szwejk.
Co miałem na myśli pisząc "piwa typu novotel"? Otóż kiedyś podobno było tak, że wszystkie hotele sieci Novotel były identyczne, by klienci nie musieli przystosowywać się każdorazowo zamieszkując w kolejnym hotelu sieci. Może i teraz też tak jest. I w znacznym stopniu podobnie jest z piwami, wszędzie jednakowo nudnymi. Kiedyś wyjeżdżając miałem zwyczaj próbować lokalnego piwa. Teraz nie ma to sensu, bo wiele małych i całkiem niemałych browarów zlikwidowano, a pozostałe, zrzeszone w dużych sieciach, robią pod różnymi nazwami niemal identyczną lurę. Czy ktoś jeszcze pamięta wrocławski, robiony we Wrocławiu "Full" czy "Piasta" albo "Mieszczańskie"? Ale myślę o piwach z Wrocławia a nie na przykład niby wrocławskim "Piaście" ze Szczecina.
niedziela, sierpnia 14, 2011
Kłopocik.
Padł mi duży Fuji. Jakoś pecha ma, już druga naprawa. Trzeba będzie wyprawić się na drugi koniec miasta. Zobaczymy, jakie będą koszty. Może bardziej opłaci się kupić nowszy odpowiednik. Na razie pstrykam średniakiem albo maluchem. Nie zawsze jednak wystarczają.
sobota, sierpnia 06, 2011
Niespodziewany wyjazd.
Zamiast zaplanowanej wycieczki po Wrocławiu miałem dzisiaj niespodziewany i przykry wyjazd. Byłem z ojcem na pogrzebie mojego kuzyna Jurka (Jörga) w Łagiewnikach Małych. Przed śmiercią mieszkał w Skrzydłowicach, w domu rodzinnym mojego ojca. Przed laty, jako dziecko, często tam bywałem, najpierw za życia najstarszej siostry ojca i jej męża, później, gdy Jurek tam gospodarował wraz ze swoją pierwszą, teraz już nieżyjącą, żoną.
Po dzisiejszym pogrzebie rodzina, w tym i my dwaj, spotkała się w Gwoździanach na obiedzie. I okazało się, że najstarszym członkiem rodziny i w ogóle jedynym ze swego pokolenia jest mój ojciec. Z następnego pokolenia było nas pięcioro: wdowa (podwójna, bo wcześniej była żoną innego mojego kuzyna, Jana - Herberta) Truda, kuzynka Marta, kuzyn Józef - Walter, jego żona i jednocześnie przyrodnia kuzynka Elza no i ja. Reszta, pozostałe kilkadziesiąt osób, to młodsze pokolenia. Jejku, jak ten czas leci.
Przy okazji byłem też na cmentarzu w Dobrodzieniu i w Główczycach, gdzie zrobiłem zdjęcie starego domu Kozów. Mam też całe mnóstwo wiążących się z nim wspomnień i, niestety, chyba już nigdy tam nie będę. Zresztą i dom chyba już za długo nie postoi.
poniedziałek, sierpnia 01, 2011
Komplet.
No to już wszyscy w domu. Dominik dołączył wczoraj. Po południu pobawił się z Hanią, wieczorem pokazywał swoje "książeczki" a dzisiaj już jest w przedszkolu. Z półtorej godziny maszeruję, by go odebrać. A od soboty błogi spokój mnie czeka. Kasia jedzie na dwa tygodnie do Brukseli. Dzisiaj dotarła do niej nadana przez Olę wielka waliza. Śmieję się, że waliza po wypełnieniu zabawkami dla Connie pojedzie do Brukseli i tam już zostanie. Wcale nie byłoby to takie złe.
Przykra sprawa, trafika zamknięta i po gazetki trzeba posuwać do FAT-u. Przy marnej pogodzie nie jest to czysta radość. Może i radość ale na pewno nie czysta. Byle do 22 sierpnia, gdy wróci i zacznie działać p. Janek. Nawet zastanawiam się, czy nie wykupić sobie biletu trzydziestodniowego.
piątek, lipca 29, 2011
Do normy.
Wracamy do normy: Magda już w domu. Dzisiaj z zagranicznych wojaży wróci Dominik, do domu jeszcze nie ale to już niedługo. Ja wczoraj nawet poszedłem do przedszkola. Chciałem odebrać zamówione zdjęcie i kwit na czesne. Okazało się jednak, że zdjęcia jeszcze nie ma, a kwit niepotrzebny, bo Magda już należności uregulowała. Dzieci wypytywały o Dominika, też im go brakuje.
Wczoraj założono drzwi, dzisiaj skończy się akcja cykliniarzy i nastąpią cztery tygodnie niemal całkowitego spokoju. Nareszcie. Jeszcze trzeba posprzątać, wywieźć śmiecie i poukładać manele. Tego ostatniego to dużo okropnie. W końcu też czas ostrzyc siebie i trawnik.
poniedziałek, lipca 18, 2011
Znowu pusto.
Pusto nam się zrobiło w domu. Nie, nie, remont się nie skończył, jeszcze potrwa. Dominik wyjechał. Przedwczoraj zabrał go ojciec do drugich dziadków do Świebodzina, wczoraj przyjechali ale nie do nas. We wtorek wyjeżdżają na wakacje. Wrócą dopiero 29. A nam ta cisza, bez jego tupania, porykiwania, "ale czy mogę ci coś powiedzieć", doskwiera.
No i mieliśmy dzień lenia. Niewiele chciało się robić. Jedynie ostrym finiszem skończyłem czytać książkę Mularczyka "Każdy żyje, jak umie". Niezła, warto było kupić i przeczytać. Choć może mam nieco spaczone spojrzenie, bo też w młodości się naprzeprowadzałem.
Jutro, jeśli będzie odpowiednia pogoda, zrobię spacerek pieszy albo rowerowy. Nareszcie mam odblokowany jeden ze swoich rowerów. Powinien być sprawny tylko bardzo okurzony. Oczyszczę i jazda zrobić trochę zdjęć może. Właściwie mógłbym to załatwić na pieszej wycieczce ale zajęłoby mi więcej czasu. A mam go tak niewiele, chi, chi.
wtorek, lipca 12, 2011
Wybór.
Ola zaproponowała mi wczoraj, bym przyjechał do Brukseli w odwiedziny. No i miałem problem. Z jednej strony chciałoby się jechać, zobaczyć jak mieszkają z Piotrusiem i Connie. A z drugiej jednak tu mam pewne obowiązki. Do czasu, kiedy miałbym jechać powinny być skończone remonty, mam taką nadzieję, i będę musiał przeglądnąć odkurzyć i przynieść wszystko to, co wcześniej z mieszkania wyniosłem. A jest tego sporo. Poza tym na sierpień, chyba jednak jego koniec, zapowiedział się Andrzej. Przecież nie mogę wyjechać, gdy on do mnie się wybiera. Jest jeszcze jedna, ważna sprawa: co z Dominikiem. Zostałby sam z Magdą a ona miewa rozmaite sprawy o różnych porach. Co wtedy miałaby z nim zrobić? A tak będzie mógł zostawać ze mną. A gdyby nie mógł iść do przedszkola, to byłby spory kłopot, taki brak obojga dziadków. Lepiej jednak zostanę i taką decyzję zakomunikowałem Oli. Mam nadzieję, że nie poczuła się urażona. A, dodam jeszcze jeden powód: jeśli remont się skończy, nareszcie, po roku, będę mieszkał jak człowiek. Też ważne, swoje lata mam i pora cenić wygody.
I jeszcze jest tradycja: przez kilkanaście lat w wakacje Kasia wyjeżdżała z dziewczynami a ja zostawałem w domu, bo ktoś musiał. Co prawda zasadniczym powodem był pies, którego już nie ma, ale tradycja się wytworzyła.
I jeszcze jest tradycja: przez kilkanaście lat w wakacje Kasia wyjeżdżała z dziewczynami a ja zostawałem w domu, bo ktoś musiał. Co prawda zasadniczym powodem był pies, którego już nie ma, ale tradycja się wytworzyła.
sobota, lipca 09, 2011
Ocena.
Zastanawia mnie całkowity brak widocznych objawów zainteresowania przypadkiem Dominika ze strony jego drugich dziadków. Widzę dwie możliwości. Pierwsza: nic nie wiedzą o jego przypadku, bo nie zostali powiadomieni przez jego ojca, co wywołuje u mnie wrażenie, że jest on palantem. Druga: wiedzą i wtedy wrażenie jest szersze - że jest to cecha dziedziczna.
wtorek, lipca 05, 2011
sobota, czerwca 25, 2011
Ruszył.
Wygląda na to, że Sparky wybrał wolność. Przed południem go słyszałem, wczesnym popołudniem nosiłem manele i nie widziałem go. Myślałem, że jest w domu. Przed chwilą ojciec go szukał i nie znalazł. Może przyjdzie, gdy znudzi mu się swoboda.
Znalazłem zgubę i do domu przyprowadziłem. Nie wiem tylko, na jak długo, bo jak już znalazł sposób ucieczki, to będzie z tego korzystać aż kiedyś go ktoś przejedzie.
Znalazłem zgubę i do domu przyprowadziłem. Nie wiem tylko, na jak długo, bo jak już znalazł sposób ucieczki, to będzie z tego korzystać aż kiedyś go ktoś przejedzie.
piątek, czerwca 24, 2011
Budowlany boom.
Od wczoraj zostałem w domu sam. No, poza czasem pracy ekipy w składzie p. Janek, p. Krzysztof i p. Marcin (?). Kasia z Magdą i Dominikiem pojechała do Poznania i Puszczykowa na tydzień. Początkowo mieli jechać w inne miejsce ale trafiła im się okazja. Tak czy inaczej mam powtórkę z dawnych lat, gdy jeszcze żył Leon. Co rok rodzinka wyjeżdżała w wakacje, a ja zostawałem z psem. Teraz psa nie ma ale jest budowa.
Dziś trwało zrywanie posadzki w łazience na piętrze. Łomot taki, że człowiek własnych myśli nie słyszy. Nie da się myśleć, czytać, słuchać muzyki czy oglądać filmów. Nauczyłem się jednak spać w tych warunkach. Skorzystałem ze sprzyjającej pogody i ruszyłem na mały spacer zdjęciowy po Oporowie. Remonty domów i przeróbki co kawałek Bardzo się osiedle zmienia. No i tu i ówdzie dom wystawiony na sprzedaż. Mógłby Andrzej pozbyć się krawczykówki i związanych z nią kłopotów, sprzedać ją, coś dołożyć i kupić jakiś domek tutaj. Nic z tego.
Podobno w lipcu ma na dziesięć dni wpaść do Jarosławia Karolina. Bardzo dawno nie widziałem się z nią ale nie przewiduję jazdy tam w najbliższym czasie. Chyba Andrzej mnie odwiedzi w tym roku nie w lipcu lecz w sierpniu. Zobaczymy, zobaczymy.
poniedziałek, czerwca 20, 2011
Żegnaj, Przyjacielu.
Właśnie pożegnałem się z wielkim niedźwiedziem. Był u mnie 21 lat. Ostatnio służył jako sparingpartner podczas zapaśniczych zajęć Dominika.
Schodzenie.
Aż trudno uwierzyć ile dóbr rozmaitych w tym dóbr już byłych może się nagromadzić w ciągu trzydziestu lat. Sprzęt, który się kiedyś używało ale raczej już z rozmaitych względów się nie użyje, choć całkiem sprawny jest i nawet ma niezłą klasę. Książek, które się zgromadziło, które kiedyś były przydatne, a w przyszłości chyba już nie, może dla wnuków ale wątpię. Książek, które kiedyś chciało się przeczytać i coraz mniejsze są szanse, że się je przeczyta. Innych, przeczytanych ale do których raczej się już nie wróci, bo czasu za mało a sprawność nie ta albo zainteresowania się zmieniły. Ogromne ilości. Na ogół człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, chyba, że wtedy, gdy przyniesie coś nowego do domu i przez moment zastanawia się, gdzie to położyć, bo przecież zaraz wyrzucić szkoda. Bo rzecz wartościowa, niekoniecznie w sensie pieniężnym, bo może komuś z zstępnych się nada,...
I prawdziwy kłopot, i prawdziwe uświadomienie sobie przychodzą wtedy, gdy trzeba to przemieścić, spakować przynajmniej na krótki czas. Bo remont albo przeprowadzka albo podobny kataklizm. I wtedy trzeba podjąć konieczne decyzje o rozstaniu się z częścią swoich, tych niepotrzebnych już "skarbów". Czekają kubły, kontener, punkt zbiórki odpadów elektrycznych (które w rzeczywistości odpadami wcale nie są). Wyrzuca się rzeczy które miały i mają wartość chociażby przez to, że się ich pożądało, zapracowało na nie, przywiązało do nich. Coś mija, z czymś trzeba się rozstać, to trochę jakby częściowe umieranie. Zwłaszcza, że zdaję sobie sprawę z ograniczoności czasu.
niedziela, czerwca 12, 2011
Jeszcze tylko jutro.
Jutro ostatni dzień wolności. Od wtorku rusza remont mieszkania. Ma trwać około miesiąca, może nieco dłużej. Masakra! Mam nadzieję, że po nim to już będzie koniec na zawsze, że kolejne takie szczęście już mnie nie spotka. Jak pomyślę o tym przenoszeniu maneli, niedobrze mi się robi. A później przez następne dziesięć lat nie będę mógł niczego znaleźć. Znam to, doświadczyłem na własnej skórze.
Podobno dzisiaj było Święto Roweru czy jakoś tak. Nie myśląc o tym sam zrobiłem sobie rowerowe święto. Następny raz nie wiadomo kiedy.
niedziela, maja 29, 2011
To jest koniec sezonu.
Wykrakałem sobie. Sezon zakończył się dla mnie w Świdnicy dwa tygodnie temu. W ubiegły i poprzedni weekend pracowałem sprawdzając, co było do sprawdzenia. Kto wie, czy też nie ostatni już raz wobec zachodzących zmian kadrowych. Dzisiaj Rysiek rozesłał nam bardzo ładny pożegnalny mail. A jak będzie w przyszłym roku, zobaczy się.
Jeżdżąc ostatnio okrężną nieco drogą do centrum zauważyłem, że rozbierany jest zielony domek na Hallera. Zapewne i w tym miejscu stanie jakieś betonowo - szklane straszydło, które pasować będzie do Grabiszynka jak pięść do nosa. Dzisiaj poszedłem zrobić zdjęcia marnym resztkom i przy okazji ze zdziwieniem zauważyłem, że ciągle stoi resztka domu klubowego Schlesien. Myślałem, że zachowywano ją, bo było tam przyłącze energetyczne ale chyba nie. Obok stoi nowa rozdzielnia więc ten kawałeczek ściany zapewne już nie jest niezbędny. Czyżby prawdą było, że dom klubowy ma być odbudowany? W takim razie ciekawe, jaka byłaby jego przyszła funkcja.
sobota, maja 14, 2011
Chyba koniec sezonu.
Prawdopodobnie skończył się dla mnie sezon siatkarski. Wczoraj byłem w Orbicie na meczu Gwardii ze Stalą Mielec, dzisiaj w Świdnicy na półfinale Mistrzostw Polski Kadetek. Jutro już nie da się jechać a i mecze ostatniej rundy play-offu Plus Ligi Kobiet wypadają w terminach, gdy jestem zatrudniony. To w ciągu tych sześciu dni w roku, kiedy jakoś pracuję, cha, cha. Może jeszcze wpadnie jakiś turniej albo może pokazówka. Chyba, że terminy się przesuną. O, to by mi pasowało.
Skorzystałem z pobytu w Świdnicy, by trochę przejść się przez miasto. Obszedłem Rynek, w którym trafiłem na koncert piosenkarzy dziecięcych czy coś podobnego. Zobaczyłem, jak postępuje odbudowa wieży ratuszowej i jeszcze małym zygzaczkiem podreptałem na dworzec autobusowy. Chciałoby się któregoś dnia wyskoczyć tylko po to, by trochę dłużej połazikować po tym pięknym i przywołującym miłe wspomnienia mieście. Może to zrobię. A może wyskoczę kiedyś do Żarowa.
wtorek, maja 10, 2011
Film.
Przypomniałem sobie wrześniowy zjazd w Świdnicy. Dzięki nieocenionemu Bolkowi, który zawiadomił wszystkich dostępnych na NK o istnieniu takiego zapisu, dokonanego przez ATM. Widziałem, że ludzie z ATM kręcili na naszym zjeździe ale myślałem, że pójdzie to tylko w lokalnych wiadomościach i to w porze, gdy my byliśmy zajęci więc nie moglibyśmy obejrzeć. A tu taka miła niespodzianka.
Wczoraj zmarł Ivo Pešák od Ivana Mládka. Będzie nas bawił już tylko na starych, coraz starszych filmach.
poniedziałek, maja 09, 2011
Poczytałem.
Poczytałem, przeczytałem powieść Kutza "Piąta strona świata". Wreszcie. I z przyjemnością i z dużym zainteresowaniem. Literatura bardzo dobra a przede wszystkim zmuszająca do zastanowienia się (nad sobą też, przynajmniej w przypadkach podobnych do mojego). Skłaniająca do zrozumienia wielu spraw wcale nie tak łatwych, jak się niektórym wydaje. Oj, chyba odstraszam a nie mam takiego zamiaru. W ogóle nie rozwodząc się zachęcałbym każdego do jej przeczytania. Gdyby to nie było zniechęcające użyłbym nawet określenia, że powinna to być lektura obowiązkowa dla każdego myślącego. Tylko, że wtedy zbyt wielu czytelników by się nie znalazło.
piątek, kwietnia 29, 2011
Byli, pojechali.
Byli przez kilka dni i pojechali wczoraj rano. Ponownie mają przyjechać dopiero w grudniu. Znowu w mieszkaniu zrobiło się pusto, bo i Dominik przychodzi tylko na godzinkę. Kolejny raz sprawdzałem się jako opiekun i uspokajacz niemowlęcia. Całkiem mi to dobrze wychodzi, jestem skuteczniejszy od smoczka. I kto by się spodziewał. Jeszcze kilka lat temu ja z cała pewnością nie.
Jutro do Świdnicy nie jadę, bo nie ma po co. Mecz odbył się 21, wynik był miej więcej taki, jak przewidywałem. Jest szansa na wyskok 13, 14 lub 15 maja o ile nie będzie kolizji terminów. Chyba będzie.
Muszę sprawdzić, czy Dominika zapisano już do szkoły.
Klaudyna dzisiaj poleciała do Anglii. Andrzej śmieje się, że na "ślub stulecia". Za to w Polsce instaluje się Łukasz. Kilka lat spędził w Wielkiej Brytanii, ostatnio wrócił. Podobno już znalazł sobie pracę. Czyżby mu spodobało się wrócić na dłużej, na stałe może?
niedziela, kwietnia 24, 2011
Film.
Widziałem "Ile waży koń trojański?". Film jak film. Można było uśmiechnąć się. Też plus. Warto jednak go zobaczyć, by uświadomić sobie jakie szybkie zmiany zachodziły i zachodzą nadal wokół nas. Ot, zamiast zabicia czasu czy rozrywki dwie godziny refleksji. Nie zawsze mamy na nią czas albo ochotę. Tym razem była okazja.
Coś z kalendarzem mi się pomyliło. Planowałem jechać do Świdnicy na mecz 30 kwietnia a tymczasem już po nim. Był 21 bm. Może i dobrze, że nie pojechałem, bo mogło mi się oberwać za wykrakanie wyniku. Teraz w planie mam wyjazd do Świdnicy w co najmniej jeden z trzech dni maja: 13, 14, 15. Ten piętnasty jest niemal pewny.
Coś z kalendarzem mi się pomyliło. Planowałem jechać do Świdnicy na mecz 30 kwietnia a tymczasem już po nim. Był 21 bm. Może i dobrze, że nie pojechałem, bo mogło mi się oberwać za wykrakanie wyniku. Teraz w planie mam wyjazd do Świdnicy w co najmniej jeden z trzech dni maja: 13, 14, 15. Ten piętnasty jest niemal pewny.
środa, kwietnia 20, 2011
Zmiany w składzie.
Dzisiaj dotarła do nas wiadomość, że wczoraj zmarł stryjek Stanik. Był sporo starszy od mojego Ojca więc osiągnął całkiem słuszny wiek. Widziałem go tylko chyba trzy razy w życiu, ostatni raz bardzo dawno.
Po piętnastu godzinach podróży dojechali wreszcie Ola, Piotruś z Koninką. Ale ona jest mała, już zapomniałem, że takie małe są dzieci.
Teraz siedzę sobie i słucham "Greatest Hits" Simona i Garfunkela z 1972 roku, podobno maluch bardzo to lubi. Wcale się nie dziwię, ja też lubię.
niedziela, kwietnia 17, 2011
Tak wyszło.
Miałem zamiar nastukać coś w czwartek ale pojawiły się przeszkody natury technicznej i nic z tego nie wyszło. A co wyjść miało, zapomniałem. Pewnie więc nie wyjdzie.
W międzyczasie zmieniły się stosunki ludnościowe. Magda z Dominikiem od środy byli już na swoim, jak mówi Dominik, po drugiej stronie. Przez trzy dni mieszkałem sam. Po pół roku kołchozu dziwna odmiana. Któregoś dnia wracając z przedszkola Dominik zażyczył sobie drogi okrężnej i bardzo się zdziwił, że mieszka teraz w największym domu w okolicy. Co prawda w najbliższej okolicy ale jednak największym. Musiało mu się to spodobać, bo komuś tam mówił, że dom ładnie widać z równoległej ulicy.
Nieco zabawnie jest, że od niedawna Dominik życzy sobie, by czytać mu po śląsku. Oczywiście nie za wiele rozumie i trzeba mu tłumaczyć ale bardzo jest zainteresowany.
Kasia wróciła z Brukseli zachwycona Koninką. Najwyraźniej czuje się teraz w pełni kompletną babcią.
Wczoraj Przemek zabrał Dominika do drugich dziadków. Mają wrócić w niedzielę. Magda wyjechała tam, gdzie nie lubię, jak wyjeżdża i też ma wrócić w niedzielę. Kasia przygotuje święta, już zaczęła. A ja świąt nie lubię, ani przygotowań ani tym bardziej finału. Taki już wredny jestem.
W środę mają przyjechać Ola i Pierre z Koninką. To dopiero będzie.
Z innej beczki: szykuje się sezon jeżdżenia do Trzebnicy, bo Gaudia awansowała do pierwszej ligi. Ciekawe, jak zmieni się jej skład i czy będzie to miało wpływ na skład Gwardii. Szkoda tylko, że w tej Trzebnicy tak zimno. Brrr. A ze Świdnicą nie jest dobrze.
czwartek, kwietnia 14, 2011
sobota, kwietnia 02, 2011
Zwiedzanie.
Wreszcie poszliśmy zobaczyć nowe, drugie piętro. Niektórym najbardziej podobały się meble w dinozaury. Przepraszam, w dinozarły.
środa, marca 23, 2011
Taki film.
Pooglądałem sobie "Niebieskiego żołnierza" ("Soldier Blue"), tym razem w wersji oryginalnej. Tu piosenka z tego filmu ale nie jego fragment. Film jest z 1970 roku i po czterdziestu latach nieco razi archaizmami ale warto go sobie przypomnieć albo zobaczyć po raz pierwszy, gdy nie widziało się go wcześniej. Ja miałem szczęście widzieć go kilkakrotnie, pierwszy raz w 1970 a może 1971 roku, w kinie oczywiście. Pamiętam, że byliśmy razem z Kasią i wywarł na nas bardzo silne wrażenie. W dodatku mnie spodobała się ta piosenka. To sam początek filmu. Tak bardzo, że po latach pamiętałem dobrze jej melodię. Teraz znam nowsze wersje nagrane też przez Buffy Sainte-Marie ale ta filmowa podoba mi się najbardziej.
Po latach zobaczyłem znowu "Niebieskiego żołnierza", tym razem w telewizji. Bodajże na początku lat dziewięćdziesiątych nadała go w wersji ocenzurowanej TVP 2. Wycięto najdrastyczniejszy fragment sceny rzezi. Film był przez jakiś czas dostępny na DVD, podobno go wycofano. Teraz kupić go u nas raczej nie można. Zadziałała cenzura? Nawet mnie to nie dziwi, Wielki Brat pokazany tam jest w nie najlepszym świetle.
O czym jest film? Można odpowiedzieć, że jak to western, o podboju Dzikiego Zachodu. Można też, że o miłości, która nie zna barier, o walkach z Indianami. Można podkreślać maestrię gry i realizacji, zachwycać się muzyką i urodą występujących aktorów, podkreślać elementy komediowe, które tu też są. Przypominać o tradycjach armii amerykańskiej, podtrzymywanych, a jakże. Dzisiaj dla mnie jest to przede wszystkim film o przemijaniu, znikaniu pewnego świata. A smaczku dodaje fakt, że pierwszy raz widziałem go w kinie, którego też już nie ma, w "Śląsku".
poniedziałek, marca 21, 2011
piątek, marca 18, 2011
Czkawka.
Kolejny raz pooglądałem sobie "Skrzypka na dachu", film. Zapewne wiele jeszcze razy to powtórzę, bo film znakomity, muzyka świetna. Powzruszałem się prawie tak, jak pewna dobrze mi znana pani przy oglądaniu niektórych seriali. I w miarę dokładnie poczytałem sobie końcowe napisy. I wtedy usłyszałem tzw. chichot historii. Otóż wszyscy, którzy ten film widzieli, a kto nie widział przez 40 lat jego istnienia, zapewne zdają sobie o czym on jest. O przemijaniu pewnego świata, zresztą dla nieświadomych kilkakrotnie w dialogach pada odpowiednia informacja. No to teraz dołożyć można, że film co prawda jest amerykański ale przy jugosłowiańskiej współpracy. Zapewne plenery są jugosłowiańskie. Jakaś pomoc techniczna też. Jugosławii już nie ma, stała się elementem świata, który przeminął.
A dzisiaj chichotu ciąg dalszy, uchwała Rady Bezpieczeństwa w sprawie Libii. Oczywiście wiem na ten temat tylko tyle, co mogłem usłyszeć w telewizji ale jakoś przypomniało mi się znowu to jugosłowiańskie przechodzenie do przeszłości. Ot, durnowate skojarzenia. Niedobrze, gdy się dużo pamięta.
środa, marca 09, 2011
Rozmaicie.
Taki urozmaicony dzień był, że aż śmiech.
Najpierw wymieniłem z Andrzejem serię smsów. Ścięliśmy się o jego stosunek do Jacka oraz jackowego towarzystwa. Dla mnie jest to niepojęte, że można ot tak sobie przez schlebianie wiadomo komu rozwalać rodzinę. Całkowita beznadzieja. Jedno dobre, że na razie Andrzej klawiszem - wolontariuszem nie zostanie.
Później pooglądałem zdjęcia Koninki na FB. Piotruś zamieścił, dotychczas mieliśmy tylko mmsy od Oli. Już zapomniałem, jaki malutki może być noworodek.
I wreszcie straciłem cierpliwość oczekując na zamocowanie progu. Na mój widok winowajca próbował uciec i schować się. Nie udało mu się, nie. A próg miałem ładnie założony w ciągu piętnastu minut. Widać jeszcze potrafię wywierać odpowiednie wrażenie.
Wreszcie wystąpiłem w roli strażnika najbliższej okolicy. Jak nie można inaczej, sąsiedzi powinni o siebie zadbać. A mam tu kilku bardzo dobrze się nadających.
No i jeszcze w międzyczasie jednym okiem widziałem, jak zeszmacił się pewien bardzo znany profesor - polityk (chyba jednak już były). Nie był to szczególnie przyjemny widok. Wstyd mieć takich profesorów.
piątek, marca 04, 2011
Jest.
No to jest Brukselka. Zwać się będzie Konstancja Izabela. U nas brzmiałoby to nieco dziwnie, może w Belgii czy we Francji mniej. W ten sposób jestem podwójnym dziadkiem.
Cieplej.
Trochę cieplej się zrobiło i zaraz ruszyły w okolicy prace budowlane. Sąsiad remontuje swój domek już przeszło rok. Zatrudnia jednego tylko budowlańca, który chyba już się u niego na dobre zadomowił.
Wydłużenie dnia i ładna pogoda powoduje, że coraz trudniej wytrzymać w domu. Jednak przez znaczną część dnia jestem uziemiony. Jeszcze trochę.
Wczoraj Kasia mi powiedziała, że przyjeżdża Lejzer Wolf. Chce, niech przyjeżdża ale nie do mnie. Nie muszę podpisywać się pod wszystkimi głupotami.
Ostatecznie skończył się "spacerek". Zastanawiałem się nad uruchomieniem go od nowa albo przynajmniej jego kontynuacji ale dzisiaj zrezygnowałem. Nie widzę palącej potrzeby.
niedziela, lutego 27, 2011
W Trzebnicy.
Wreszcie dotarłem na mecz do Trzebnicy. Wygrały gospodynie nie będąc zagrożonymi ani przez moment. Właściwie przeciwniczki nie postawiły się poważnie ani razu, może rezerwują siły na fazę play off. Rozczarowałem się z jeszcze jednego powodu: liczyłem na to, że zobaczę w akcji pięć byłych gwardzistek a skończyło się na występie jednej tylko. No cóż, bywa.
Przy okazji przypomniałem sobie jazdę koleją z Wrocławia do Trzebnicy. Ostatni raz jechałem tak w 1987 roku. Właściwie nie było tak samo, bo teraz jeździ szynobus a wtedy był prawdziwy pociąg. Za to trasa jest przyjemna, bardziej mi się podoba niż zwykła samochodowa. Chyba trzeba będzie z niej jeszcze skorzystać, gdy już będzie ciepło. Bo też dla mnie Trzebnica zawsze już chyba będzie kojarzyć się z zimnem. Nawet późną wiosną czy latem, gdy we Wrocławiu jest gorąco, ja w Trzebnicy marznę. I może wreszcie uda się wyciągnąć ze sobą Andrzeja.
W Świdnicy zgodnie z planem: gospodynie wygrywają ze wszystkimi do zera. W Sopocie Gwardia dostała lanie okrutne aż strach.
czwartek, lutego 24, 2011
W komplecie.
Wczoraj wróciła Magda. Przywiozła Dominikowi stegozaura, grzechotnika i jaszczurkę. Ku naszemu zdziwieniu obdarowany najbardziej zainteresował się wężem. Czyżby powoli zaczął odchodzić od dinofascynacji. Przedwczoraj też z wielkim zainteresowaniem przeglądał atlas ptaków a nie bawił się gadami.
Przypomniał mi się Tewje Mleczarz. Nawiązując do jego wypowiedzi też wolałbym, by aktualny chłopak mojej córki był choć trochę ode mnie młodszy.
czwartek, lutego 17, 2011
Odliczanie.
Dzisiaj zmarła Karin Stanek, jedna z gwiazd z czasów mojej pierwszej młodości. Co raz szybciej przychodzi mi odliczać.
wtorek, lutego 15, 2011
Ostatni dzień wolności.
Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak mówi przysłowie i jest to w moim odczuciu zgodne z prawdą.
No więc jutro po południu Kasia przyjedzie. Razem odbierzemy Dominika z przedszkola. Do tego czasu Magda, mam nadzieję, zajedzie do Teksasu. na razie nieco jakby z nudów namieszałem w tym blogu dodając rozmaite linki. Jeszcze trochę wolnego czasu a zrobiłbym z niego swoje osobiste centrum komunikacji. Dam sobie jednak na wstrzymanie. A na razie poprzymierzam się do kolejnych wyjazdów do Świdnicy. A może jeszcze coś popsocę, co mi tam.
niedziela, lutego 06, 2011
Mieszane.
Dzisiaj zmarł Gary Moore. Może nie był on w najściślejszym gronie ulubionych przeze mnie muzyków ale bardzo go ceniłem. Szkoda wielka, zwłaszcza, że wcale nie był w bardzo zaawansowanym wieku. Mógł jeszcze długo nas cieszyć. Tak to już jest, że ciągle przychodzi odnotowywać straty.
Uczucia mam dzisiaj mieszane po meczu, na jakim byłem. Dokładniej po jednym z pięciu meczów. Otóż jedna z drużyn wystąpiła z założeniem, że przegra, bo to się opłacało. Przegrana teraz daje większe szanse ulokowania się wyżej w przyszłości. Jasne, że drużyna, działacze, trenerzy są rozliczani z ostatecznych wyników i z tego punktu widzenia opisane zachowanie jest jak najbardziej racjonalne. Tylko jakoś mi to wygląda niesportowo. Wiem, że takie zjawiska są częste w "dorosłym" sporcie ale w młodzieżowym? Tyle, że ja już stary jestem, patrz zakończenie poprzedniego akapitu. Swoją drogą ciekawe, jak by to odebrała DM. Nie fakt mojej starości, oczywiście.
czwartek, lutego 03, 2011
Prawie połowa.
Prawie połowa okresu wolności. W domu cicho, nikt się nie szasta. Nawet aż za cicho, bo i Dominika nie ma. Nie jestem rankiem wyklepywany z łóżka, nie potykam się o dinozaury ale plastelinę ciągle rozdeptuję. Jutro wieczorem z przedszkola wraca Dominik i znów będzie ruch, i znów będzie wesoło.
Urozmaicałem sobie czas strojąc żarty z Andrzeja, jak on to mówi, drąc z niego łacha. Wciskałem mu, że chce zostać klawiszem i pilnować swoją aktualną "bratową" oraz posługiwać jej. Nie robiłem tego bezinteresownie, o, nie. Myślę, że to było działanie w interesie jego prawdziwych bratanic. I chyba się udało przynajmniej częściowo.
Zima najwyraźniej zbiera się do odejścia. Ptaki śpiewają przy okazji każdego ocieplenia. W weekend ma być pod dziesięć stopni. I bardzo dobrze, zwłaszcza w weekend. Odstawanie swego na przystankach wieczorami po meczach do wielkich przyjemności nie należy. A propos, widziałem dziś najsłynniejszy ostatnio kawałek Wrocławia, pętlę tramwajową Grabiszyńska Cmentarz. Bałagan tam jest popisowy. Pewnie jeszcze o tej okolicy poczytamy.
poniedziałek, stycznia 24, 2011
Nadchodzi cisza.
Pojutrze zacznie się cisza: Kasia wyjeżdża na trzy tygodnie do Szczawnicy. Będziemy całymi dniami siedzieć w domu we dwóch, z Pradziadkiem. Magda w pracy do wieczora, Dominik w przedszkolu przez cały dzień. No to szykuje się odsypianie. Ale nie do końca, nie. W lutym zrobi się trochę ruchu, bo Magda ma dwa wyjazdy, starsi panowie zaczną dojeżdżanie do Małkowic a jeszcze szykuje mi się drobna fucha. Drobna ale przy okazji zaspokoi moją ciekawość. Oczywiście, jeżeli wpadnie.
czwartek, stycznia 06, 2011
Dodatek.
Ze względu na specyfikę umieszczę go w osobnym wpisie a nie dopiszę do poprzedniego.
Otóż w wyniku jesiennych wyborów w sejmiku województwa dolnośląskiego znalazło się dwóch ludzi, których kiedyś uczyłem. Jeden z SLD, drugi z PiSu. I to jest zabawne.
Chyba zacznę.
Jest taki dziwny trochę dla mnie zwyczaj podsumowywania roku tuż przed albo tuż po jego zakończeniu. Właściwie dość słabo uzasadniony. Bo niby co szczególnego jest w tym, że któregoś dnia trzeba zmienić plakat wiszący na ścianie? Właściwie nawet termin zmiany jest dość niefortunny, bo wisi on od kilku miesięcy ozdobiony przez muchy, jak portret wiadomego władcy upiększony być nie powinien. Ale niech będzie, coś nastukam, z opóźnieniem nieco usprawiedliwionym wpisem DM.
No więc przekuśtykałem kolejny rok kalendarzowy. Jego większość przekuśtykałem nawet dość dosłownie, bo dopiero jesienne wyprawy do Małkowic owo kuśtykanie zmniejszyły. Z racji wieku od czasu do czasu odnotowywałem odejście kogoś, kogo znałem czy kogo lubiłem. Zaczął Leon, później był Dio (dowiedziałem się sporo później), potem Krzysiek O. i w końcu roku p. Ela P. Zaliczyłem z tego dwa pochówki. Oj, nie lubię.
Jeśli nie uwzględniać tego, co powyżej, prawie trzy czwarte roku przeleciało spokojnie, zgodnie z planem. Od września miałem ruch. Małkowice, cztery razy Świdnica, Żarów przejazdem. Dwa razy byłem w Świdnicy z powodu zjazdu absolwentów, dwa razy - na meczach. A poza tym lubię. Kolejne obchody, rocznicy szkoły na Skwierzyńskiej, opuściłem. I wreszcie pojawiłem się na części spotkania z okazji rocznicy powstania szkoły na Boya. Tam, gdzie udało się być, spotykałem dawnych ale pamiętających i pamiętanych znajomych - miło było. Tam, gdzie nie byłem, obeszło się beze mnie.
Od września mieszkam właściwie na placu budowy, Magda rozbudowuje dom. Sporo przyjemności: hałas, kurz, dwa zalania (jedno od góry, drugie od dołu), zagęszczenie. A zagęszczenie stąd, że zamiast mieszkania we dwójkę, jak już przywykłem, mieszkamy w piątkę. Jeszcze trochę, zanosi się na to, że rozbudowa skończy się w końcu miesiąca. Tylko czy tego? Później czeka mnie remont mojego mieszkania. Najchętniej uciekłbym, gdzie pieprz rośnie. Nie mogę zapomnieć, że dla urozmaicenia dziwaczne figle płata mi piec co. Sporo mnie to już kosztowało zdrowia i kasy. Czasem aż z rozrzewnieniem wspominam lata palenia koksem. Nabrudziło się, najadło miału i popiołu ale ciepło było zawsze pewne. Teraz mam wygodę (czasami!) ale i niepewność (prawie zawsze).
Z okazji zjazdu w Świdnicy oraz dzięki nadawanemu o haniebnie późnej porze serialowi z dawnych, jakże pięknych we wspomnieniach czasów, przypomniałem sobie szkolną koleżankę, która została aktorką. A ponieważ jestem ciekawski, czasami wrednie ciekawski, zapragnąłem dowiedzieć się przyczyn jej zniknięcia z ekranów i chyba nie tylko. Nie udało mi się niczego sensownego znaleźć. Mam nadzieję, że znajomi, których poprosiłem o pomoc, będą mieć więcej szczęścia ode mnie. Na razie czekam.
Nie mogę zapomnieć napisać, że znalazł się Jacek K. Przyjechał ze swoją aktualną panią, z którą jednak musiał na pewien czas pożegnać się, bo sprawiedliwość na nią czekała. Teraz czeka on skracając oczekiwanie płynami wysokoprocentowymi.
Tuż przed końcem roku dostałem sms z życzniami podpisany "Jacek". Od kogo? Numer mi nieznany. Jacków znam kilku. Jeden przysłał życzenia w inny sposób, drugi chyba komórki nie ma i nigdy mi niczego nie życzył, trzeci też mi życzeń nie przysyłał a poza tym nie zna tego mojego numeru, na który sms przyszedł, z czwartym tez życzeń nie wymieniałem. Padło mi na piątego ale ten według tego, co kiedyś, dawno dość mi napisał, powinien już nie żyć. Powinien nie oznacza, że mu życzę śmierci. Po prostu napisał kiedyś, że zachorował na coś, co go zwinie w ciągu kilku miesięcy. No i wyznaczony przez niego termin dawno minął. W dodatku zlikwidowane zostało należące do niego, domniemanego nieboszczyka, konto na NK. Jeżeli jednak żyje, miło mi. Nie zapytałem "Jacku, którym Jackiem jesteś?", bo gdyby chciał udzielić mi odpowiedniej informacji, powinien to zrobić z własnej woli. Może chce być taki półtajemniczy.
No, wystarczy. Jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie dość zapału, by więcej pisać. Może pojawi się później.
niedziela, stycznia 02, 2011
Lenistwo.
Skończył się rok, wypadałoby coś napisać, jakieś podsumowanie. A tu nie chce się. Normalne lenistwo. Może jutro uda się sprężyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


