niedziela, lutego 27, 2011

W Trzebnicy.

Wreszcie dotarłem na mecz do Trzebnicy. Wygrały gospodynie nie będąc zagrożonymi ani przez moment. Właściwie przeciwniczki nie postawiły się poważnie ani razu, może rezerwują siły na fazę play off. Rozczarowałem się z jeszcze jednego powodu: liczyłem na to, że zobaczę w akcji pięć byłych gwardzistek a skończyło się na występie jednej tylko. No cóż, bywa.
Przy okazji przypomniałem sobie jazdę koleją z Wrocławia do Trzebnicy. Ostatni raz jechałem tak w 1987 roku. Właściwie nie było tak samo, bo teraz jeździ szynobus a wtedy był prawdziwy pociąg. Za to trasa jest przyjemna, bardziej mi się podoba niż zwykła samochodowa. Chyba trzeba będzie z niej jeszcze skorzystać, gdy już będzie ciepło. Bo też dla mnie Trzebnica zawsze już chyba będzie kojarzyć się z zimnem. Nawet późną wiosną czy latem, gdy we Wrocławiu jest gorąco, ja w Trzebnicy marznę. I może wreszcie uda się wyciągnąć ze sobą Andrzeja.
W Świdnicy zgodnie z planem: gospodynie wygrywają ze wszystkimi do zera. W Sopocie Gwardia dostała lanie okrutne aż strach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz