Zima sobie o nas przypomniała: dzisiaj spadło trochę krupy śnieżnej i drobnego śniegu. A poza tym było pochmurno, chwilami nieco wietrznie. Ogólnie dość mało przyjemnie, jak na spacer z małolatem. A temu przy takiej pogodzie dobrze się spało. Oj, trzeba zacząć nosić solidniejszy przyodziewek.
czwartek, grudnia 28, 2006
poniedziałek, grudnia 25, 2006
Kolejny.
Zmarł James Brown, kolejne wspomnienie młodości. Wiadomo, czego dzisiaj słucham. Jeszcze trochę, a będę słuchać tylko tych, co już odeszli.
czwartek, grudnia 21, 2006
Jedno zdjęcie.

Rzuciłem się do skanowania domowego archiwum fotografii i natrafiłem na to zdjęcie ślubne. Skąd się wzięło?
Lato 1973, nasze ostatnie studenckie wakacje. Doszliśmy do wniosku, że zanim dopadnie nas kierat dorosłego życia, trzeba je właściwie wykorzystać, pojechać na zagraniczną wycieczkę (to wtedy było coś!). Złożyliśmy "zapotrzebowanie" w Almaturze (było wtedy, a może i jest nadal takie studenckie biuro podróży). Kasia chciała do Francji, ja - do Austrii. Wpisaliśmy bodaj Austrię a Francję w rezerwie. Okazało się, że dostaliśmy miejsca według naszych chęci: Kasia do Francji, ja do Austrii. Chcieliśmy jednak, młode bądź co bądź małżeństwo, jechać razem. Udało się znaleźć kogoś w podobnej sytuacji i wymieniliśmy tę Austrię na Francję. Wyjazd był bardzo miły i interesujący, a po powrocie czekała nas niespodzianka: z rozliczenia wynikało, że koszty wycieczki były niższe od naszych wpłat i nadpłaty zostaną nam zwrócone. Postanowiliśmy pojechać na kolejną wycieczkę. Te zwroty wystarczyły na sylwestrowy wyjazd do Związku Radzieckiego. I tak tuż przed sylwestrem znaleźliśmy się w Leningradzie. Mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie, później wyjazd na samą sylwestrową imprezę do Nowogrodu Wielkiego, już w styczniu zwiedzanie tego miasta i okolic, powrót do Leningradu i jeszcze wypad do Puszkina (Carskiego Sioła).
Zabawę sylwestrową mieliśmy zorganizowaną w jednej z nowogrodzkich restauracji. Lokal był zarezerwowany dla nas oraz grupy miejscowej młodzieży, z którą bawiliśmy się. Na początku było nieco sztywno, później jakoś się rozkręciło. W pewnym momencie do naszego stolika podeszła z naszą przewodniczką niewysoka blondynka na oko nieco od nas młodsza. Szukała kogoś z Wrocławia lub okolic, my byliśmy jedyni. Okazało się, że ma na Dolnym Ślasku (w Dzierżoniowie) znajomego, który studiuje we Wrocławiu i z którym straciła kontakt. Prosiła o pomoc w nawiązaniu ponownej z nim korespondencji. Zgodziliśmy się. Przez następne dwa dni Iraida, bo tak było jej na imię, towarzyszyła nam w podziwianiu Nowogrodu. Później przez kilka lat wymienialiśmy się listami. W jednym z nich przysłała swoje ślubne zdjęcie (właśnie to powyżej). Mieszkała już wtedy w Leningradzie. O ile dobrze pamiętam, w 1981 roku przestała odpowiadać na nasze listy. Właściwie wcale się nie dziwię. Wiadomo, jaka była wtedy sytuacja w Polsce, mniej więcej wiadomo, co o tym sądzono i mówiono w ZSRR. A w dodatku mąż Iraidy zdaje się pracował w lotnictwie, po prostu chyba uznali, że dalsze korespondowanie może być ryzykowne. A być może, mąż niechętnie patrzył na to, że pisaliśmy do siebie po polsku (Ira uczyła się naszego języka), a on nie mógł tego rozumieć. Szkoda, że się urwało. Ciekawe, co się z tą naszą znajomą dzieje. Przez lata mieliśmy jej leningradzki adres z tamtego okresu, później gdzieś się zagubił. Ostatecznie to tyle już lat. O ile pamiętam nazwisko, jakie nasza Iraida nosiła po mężu było Jelesina (teraz zapisano by to Yelesina albo Yelyesina), mogę jednak się mylić. I tak z miłej znajomości zostało tylko jedno zdjęcie, powód do wspomnień.
Serdeczne życzenia wszelkiej pomyślności dla wszystkich zagubionych znajomych.
Lato 1973, nasze ostatnie studenckie wakacje. Doszliśmy do wniosku, że zanim dopadnie nas kierat dorosłego życia, trzeba je właściwie wykorzystać, pojechać na zagraniczną wycieczkę (to wtedy było coś!). Złożyliśmy "zapotrzebowanie" w Almaturze (było wtedy, a może i jest nadal takie studenckie biuro podróży). Kasia chciała do Francji, ja - do Austrii. Wpisaliśmy bodaj Austrię a Francję w rezerwie. Okazało się, że dostaliśmy miejsca według naszych chęci: Kasia do Francji, ja do Austrii. Chcieliśmy jednak, młode bądź co bądź małżeństwo, jechać razem. Udało się znaleźć kogoś w podobnej sytuacji i wymieniliśmy tę Austrię na Francję. Wyjazd był bardzo miły i interesujący, a po powrocie czekała nas niespodzianka: z rozliczenia wynikało, że koszty wycieczki były niższe od naszych wpłat i nadpłaty zostaną nam zwrócone. Postanowiliśmy pojechać na kolejną wycieczkę. Te zwroty wystarczyły na sylwestrowy wyjazd do Związku Radzieckiego. I tak tuż przed sylwestrem znaleźliśmy się w Leningradzie. Mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie, później wyjazd na samą sylwestrową imprezę do Nowogrodu Wielkiego, już w styczniu zwiedzanie tego miasta i okolic, powrót do Leningradu i jeszcze wypad do Puszkina (Carskiego Sioła).
Zabawę sylwestrową mieliśmy zorganizowaną w jednej z nowogrodzkich restauracji. Lokal był zarezerwowany dla nas oraz grupy miejscowej młodzieży, z którą bawiliśmy się. Na początku było nieco sztywno, później jakoś się rozkręciło. W pewnym momencie do naszego stolika podeszła z naszą przewodniczką niewysoka blondynka na oko nieco od nas młodsza. Szukała kogoś z Wrocławia lub okolic, my byliśmy jedyni. Okazało się, że ma na Dolnym Ślasku (w Dzierżoniowie) znajomego, który studiuje we Wrocławiu i z którym straciła kontakt. Prosiła o pomoc w nawiązaniu ponownej z nim korespondencji. Zgodziliśmy się. Przez następne dwa dni Iraida, bo tak było jej na imię, towarzyszyła nam w podziwianiu Nowogrodu. Później przez kilka lat wymienialiśmy się listami. W jednym z nich przysłała swoje ślubne zdjęcie (właśnie to powyżej). Mieszkała już wtedy w Leningradzie. O ile dobrze pamiętam, w 1981 roku przestała odpowiadać na nasze listy. Właściwie wcale się nie dziwię. Wiadomo, jaka była wtedy sytuacja w Polsce, mniej więcej wiadomo, co o tym sądzono i mówiono w ZSRR. A w dodatku mąż Iraidy zdaje się pracował w lotnictwie, po prostu chyba uznali, że dalsze korespondowanie może być ryzykowne. A być może, mąż niechętnie patrzył na to, że pisaliśmy do siebie po polsku (Ira uczyła się naszego języka), a on nie mógł tego rozumieć. Szkoda, że się urwało. Ciekawe, co się z tą naszą znajomą dzieje. Przez lata mieliśmy jej leningradzki adres z tamtego okresu, później gdzieś się zagubił. Ostatecznie to tyle już lat. O ile pamiętam nazwisko, jakie nasza Iraida nosiła po mężu było Jelesina (teraz zapisano by to Yelesina albo Yelyesina), mogę jednak się mylić. I tak z miłej znajomości zostało tylko jedno zdjęcie, powód do wspomnień.
Serdeczne życzenia wszelkiej pomyślności dla wszystkich zagubionych znajomych.
niedziela, grudnia 17, 2006
Ot, ciekawostki.

Zabrałem się wreszcie za domowe archiwum fotograficzne. Na pierwszy rzut poszły zdjęcia z lat 1973 - 74. Ależ ich dużo. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak się wtedy rozjeżdżaliśmy. Nie ma to jak końcówka studuiów!!! Przy okazji znalazłem taki oto rarytasik, cha, cha.
Dzisiaj przeczytałem dwie ciakawe wiadomości:
Pierwsza dotyczy pomysłu na likwidację świat Bożego Narodzenia zgłoszonego przez naczelny organ watykańczyków. Czarni (sukienkowi) zrobią wszystko, by ludziom odebrać radość z życia i wpędzić w samoobwinianie się. Tym większa rodość, gdy się z nimi nic wspólnego nie ma.
Druga to o otwarciu linii tramwajowej w Paryżu. Po prostu lubię tramwaje.
piątek, grudnia 15, 2006
Ależ zima tej jesieni.
Ciepło, a nawet cieplutko czasami. Niekiedy popada ale to nie szkodzi. Kwiatki kwitną wśród trawy, drzewa pączkują. Całkiem jak na wiosnę. Mnie tam to odpowiada, zaoszczędzi się na ogrzewaniu i nie trzeba ubierać się w puchy.
Dzisiaj byłem na przeglądzie - gwarancję mam przedłużoną na kolejne pół roku. Trochę pospieszyłem się, wykorzystałem przyjazd Wandy, który zwolnił mnie od bardzo miłego obowiązku spacerowania z Dominikiem. Od poniedziałku wracamy do normy.
Zmieniłem ubezpieczyciela, dość przepłacania i utrzymywania wcale mi niemiłych typów. Polisa przyszła właśnie dziś wieczorem. Pradziadek też ma zamiar pójść tą drogą.
Dzisiaj byłem na przeglądzie - gwarancję mam przedłużoną na kolejne pół roku. Trochę pospieszyłem się, wykorzystałem przyjazd Wandy, który zwolnił mnie od bardzo miłego obowiązku spacerowania z Dominikiem. Od poniedziałku wracamy do normy.
Zmieniłem ubezpieczyciela, dość przepłacania i utrzymywania wcale mi niemiłych typów. Polisa przyszła właśnie dziś wieczorem. Pradziadek też ma zamiar pójść tą drogą.
środa, listopada 29, 2006
No to z głowy.
Dzisiaj dotarło do mnie pisemko z Jarosławia, że wykonano moją wolę. W ten sposób jestem wolny, bez zobowiązań i bez przynależności. Swoją drogą długo ktoś się zastanawiał. Ja wysłałem swoje pismo 24 lipca, powiedzmy, że doszło do 31 lipca. Dzisiaj jest 29 listopada, a list, który dziś dostałem, jest datowany 10 listopada. Długo, bardzo długo. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Mam z głowy, a zatem i konsekwencje zgodne z moimi zamierzeniami są chyba nieuniknione. I to mnie cieszy, bardzo cieszy.
sobota, listopada 25, 2006
I po zawodach.
No to odbyliśmy te ostatnie w tym roku zawody. Bardzo późno. Miło było spotkać starych znajomych i razem trochę popracować. No i mieć jedną niespodziankę: przyjechała dawna nasza zawodniczka, Adriana.
A wyniki zawodów są tutaj.
A wyniki zawodów są tutaj.
piątek, listopada 24, 2006
Jutro u Wojtka
Oj, dawno nie było zawodów w tak późnej porze roku. Jutro Puchar SP83 u Wojtka. Mam zajęcie, będę głównym. Po iluś tam latach przerwy. Puchar jest dziewiąty z kolei, pierwsze robiliśmy, gdy jeszcze tam pracowałem czyli ładne kilkanaście lat temu. Wynika z tego, że były dłuższe przerwy. Dobrze jednak, że Wojtek się sprężył i coś zdziałał. Tym sposobem zakończymy sezon (kalendarz imprez skończył się dawno).
piątek, listopada 10, 2006
Na swoim.
No to przeszedłem wczoraj na swoje. Jeszcze przez kilka dni będę mógł działać na dwie strony. I zrobię to, by wykorzystać wpłacone pieniądze.
niedziela, października 29, 2006
Wyjazd udał się nadzwyczajnie.
Pojechałem sobie wczoraj do Śwdnicy. Miała to być złośliwość. Zapowiedziałem, że pojadę zobaczyć, jak Polonia wygrywa swój pierwszy mecz (z Gwardią). To było podczas bardzo nieudanego choć szczęśliwie wygranego poprzedniego meczu Gwardii. Dotychczas Polonia nie ugrała ani jednego seta. Ale ta niby złośliwość to nie tak całkiem serio.
No i dobrze, że pojechałem. Zaraz na wstępie, zanim jeszcze opuściłem Wrocław, udało mi się kupić płytkę z filmami, które chciałem mieć i oczywiście zobaczyć. Szukałem jej ostatnio dość zawzięcie i nieskutecznie, a tu się trafiło.
Kiedy już dojechałem do Świdnicy i doszedłem do hali, okazało się, że mecz zacznie się o godzinę później, niż zapowiadano. Nie szkodzi, pogoda była odpowiednia, pospacerowałem, znalazłem ciekawostkę - wiadukt prowadzący donikąd. Potem był mecz, bardzo ciekawy. Szczególnie, że grały dwie moje ulubione drużyny: z czasów mojej pierwszej i mojej drugiej młodości. Wygrała ta druga, goście.
Podczas meczu spotkałem swojego nauczyciela matematyki z liceum. Bardzo mile go zawsze wspominam, więc krótko z konieczności, bo tylko podczas przerw ale porozmawialiśmy.
Powrót udał się nad podziw sprawnie więc i Leon za długo na mnie nie musiał czekać.
No i dobrze, że pojechałem. Zaraz na wstępie, zanim jeszcze opuściłem Wrocław, udało mi się kupić płytkę z filmami, które chciałem mieć i oczywiście zobaczyć. Szukałem jej ostatnio dość zawzięcie i nieskutecznie, a tu się trafiło.
Kiedy już dojechałem do Świdnicy i doszedłem do hali, okazało się, że mecz zacznie się o godzinę później, niż zapowiadano. Nie szkodzi, pogoda była odpowiednia, pospacerowałem, znalazłem ciekawostkę - wiadukt prowadzący donikąd. Potem był mecz, bardzo ciekawy. Szczególnie, że grały dwie moje ulubione drużyny: z czasów mojej pierwszej i mojej drugiej młodości. Wygrała ta druga, goście.
Podczas meczu spotkałem swojego nauczyciela matematyki z liceum. Bardzo mile go zawsze wspominam, więc krótko z konieczności, bo tylko podczas przerw ale porozmawialiśmy.
Powrót udał się nad podziw sprawnie więc i Leon za długo na mnie nie musiał czekać.
poniedziałek, października 16, 2006
Replika?

Po kilku latach zaszedłem dzisiaj na Cmentarz Gabiszyński. Przyczyną było przeczytanie wczoraj wiadomości o tym, że krzyż pokutny z Kulina wrócił na właściwe miejsce i ciekawość, czym został zastąpiony na polu 15A. Idę, patrzę i co widzę? Krzyż pokutny! Dopiero po podejściu bliżej zauważyłem, że jest jakby nieco inny a przede wszystkim został betonem scalony z dwóch kawałów kamienia. Replika chyba. A obok kamienny odlew ściętego pnia. Przedtem rósł tam krzew. Czyżby w tym przypadku wola publiczna i własność publiczna wzięły górę nad zachcianką prywatną?
piątek, października 06, 2006
Babranie się.
No to byłem w Jarosławiu. Chyba jeszcze nigdy nie trwało to tak krótko. Cóż, obowiązki :D Podróż tradycyjnie - z przesiadkami. A na miejscu norma: Andrzej przejmuje się wszystkim, Jacek - niczym. Karolina zaczyna kolejny etap studiowania w Rzeszowie. Klaudyna kontynuuje w Przemyślu. Byłem na wystawie pocztówek z kolekcji J. Czechowicza, kolegi Andrzeja. Bardzo interesujące, coś pod mój gust. Z Elką spotkałem się dwukrotnie. Było miło. Z latami człowiek chyba mądrzeje. Chyba.
Publiczna zabawa na całego. W tym ogólnym napieprzaniu przynajmniej nie zdążą zbyt wiele popsuć.
A po powrocie sensacyjne wiadomości: gdzieś tam (chyba w rzeszowskim IPN) znaleziono kwity na Dzieduszyckiego i staruszek oficjalnie się przyznał do tzw. współpracy. Gdyby to nie dotyczyło osoby zasłużonej i bardzo już wiekowej, może i byłoby tylko śmieszne, a tak jest straszne. Jeszcze trochę, a brak kwitów będzie oznaczać, że człowieka w ogóle nie było. Jeśli był i cokolwiek robił poza jakąkolwiek, marną pracą i zamykaniem się w czterech ścianach, jeśli chciał cokolwiek osiągnąć, być "kimś" albo po prostu pożytecznym, to już tam coś na niego się znajdzie. A tak przy okazji: jakoś nikomu nie kojarzyło się źle tytułowanie wspomnianego pana hrabią. A przecież tytuł hrabiowski w Galicji nadawany był przez władze austriackie, a więc zaborcze. Co prawda było to dawno i obecnie to tytułowanie może jedynie bawić (w kraju mającym się za demokratyczny, w którym tytuły arystokratyczne zniesiono, o ile się nie mylę, jeszcze dobrze przed II wojną). Palanteria. Fajnym komentarzem była dzisiejsza wypowiedź jednego z moich znajomych: "Moja żona mi powiedziała >>Ty to nawet na żadnej liście agentów nie jesteś<<". Muszę mu podpowiedzieć, że ma dwie możliwości. Pierwsza: dogadać się z dwoma, trzema kolegami i świadcząc sobie wzajemnie napisać list do wiadomego prezydenta, wiceministra - koordynatora (czy czym on tam obecnie jest), jego śladowego pisemka. W tymże liście opisać siebie jako agenta. Sprawa załatwiona.
Druga: zastosować logikę spod PiSuaru. Stwierdzić, że brak na liście nie oznacza, że się na niej nie powinno być. Po prostu nie znaleziono (na razie) jeszcze kwitów na niego. To więc tylko kwestia czasu i odpowiedniego zaangażowania w poszukiwania.
A propos: w Jarosławiu kolejny raz Elce zatkała się rura kanalizacyjna i teraz Paweł ma przyjemną robótkę. Ze względu na bylejakość rury musi rozkopywać co kawałek podwórko i szukać zatoru. Też babranie się w błocku.
Wracając wczoraj poczułem się niemal jak gwiazdor. Wypadło mi poczekać około godziny w Brzegu. Ponieważ był już wieczór, nie szwendałem się, tylko usiadłem sobie w hallu dworcowym, by spędzić czas w świetle, cieple i przy lekturze. Przechodziło obok dziewczę, które uczęszczało do szkoły, w której pracowałem (ale jej chyba jednak nie uczyłem). Było w towarzystwie kobiety, która mogła być jej matką czy starszą siostrą albo po prostu znajomą. I zapewne wskazała mnie jako kogoś, kogo zna. A wtedy ta kobieta zaczęła przyglądać mi się z miną, z jaką nastolatki czasami lustrują znanych im aktorów, zwłaszcza wtedy, gdy chętnie poprosiłyby o autograf ale nie mają dość śmiałości. Zabawne.
Publiczna zabawa na całego. W tym ogólnym napieprzaniu przynajmniej nie zdążą zbyt wiele popsuć.
A po powrocie sensacyjne wiadomości: gdzieś tam (chyba w rzeszowskim IPN) znaleziono kwity na Dzieduszyckiego i staruszek oficjalnie się przyznał do tzw. współpracy. Gdyby to nie dotyczyło osoby zasłużonej i bardzo już wiekowej, może i byłoby tylko śmieszne, a tak jest straszne. Jeszcze trochę, a brak kwitów będzie oznaczać, że człowieka w ogóle nie było. Jeśli był i cokolwiek robił poza jakąkolwiek, marną pracą i zamykaniem się w czterech ścianach, jeśli chciał cokolwiek osiągnąć, być "kimś" albo po prostu pożytecznym, to już tam coś na niego się znajdzie. A tak przy okazji: jakoś nikomu nie kojarzyło się źle tytułowanie wspomnianego pana hrabią. A przecież tytuł hrabiowski w Galicji nadawany był przez władze austriackie, a więc zaborcze. Co prawda było to dawno i obecnie to tytułowanie może jedynie bawić (w kraju mającym się za demokratyczny, w którym tytuły arystokratyczne zniesiono, o ile się nie mylę, jeszcze dobrze przed II wojną). Palanteria. Fajnym komentarzem była dzisiejsza wypowiedź jednego z moich znajomych: "Moja żona mi powiedziała >>Ty to nawet na żadnej liście agentów nie jesteś<<". Muszę mu podpowiedzieć, że ma dwie możliwości. Pierwsza: dogadać się z dwoma, trzema kolegami i świadcząc sobie wzajemnie napisać list do wiadomego prezydenta, wiceministra - koordynatora (czy czym on tam obecnie jest), jego śladowego pisemka. W tymże liście opisać siebie jako agenta. Sprawa załatwiona.
Druga: zastosować logikę spod PiSuaru. Stwierdzić, że brak na liście nie oznacza, że się na niej nie powinno być. Po prostu nie znaleziono (na razie) jeszcze kwitów na niego. To więc tylko kwestia czasu i odpowiedniego zaangażowania w poszukiwania.
A propos: w Jarosławiu kolejny raz Elce zatkała się rura kanalizacyjna i teraz Paweł ma przyjemną robótkę. Ze względu na bylejakość rury musi rozkopywać co kawałek podwórko i szukać zatoru. Też babranie się w błocku.
Wracając wczoraj poczułem się niemal jak gwiazdor. Wypadło mi poczekać około godziny w Brzegu. Ponieważ był już wieczór, nie szwendałem się, tylko usiadłem sobie w hallu dworcowym, by spędzić czas w świetle, cieple i przy lekturze. Przechodziło obok dziewczę, które uczęszczało do szkoły, w której pracowałem (ale jej chyba jednak nie uczyłem). Było w towarzystwie kobiety, która mogła być jej matką czy starszą siostrą albo po prostu znajomą. I zapewne wskazała mnie jako kogoś, kogo zna. A wtedy ta kobieta zaczęła przyglądać mi się z miną, z jaką nastolatki czasami lustrują znanych im aktorów, zwłaszcza wtedy, gdy chętnie poprosiłyby o autograf ale nie mają dość śmiałości. Zabawne.
środa, września 20, 2006
Muzeum.
Dzisiaj, mając 1 rok i 1 dzień, Dominik po raz pierwszy w życiu był w muzeum. W Muzeum Architektury jest ciekawa wystawa "Wrocławskie dworce". Chciałem ją obejrzeć, Kasia też, więc nie było wyjścia, Dominik musiał nam towarzyszyć. Bardzo zaciekawiły go modele lokomotyw i... pogłos. Co chwilę pokrzykiwał i cieszył się. A wystawa ciekawa. Towarzyszy jej publikacja książkowa, interesująca ale droga bardzo. Już się sporo z niej dowiedziałem. Teraz czekam na dostawę encyklopedii, powinna być lada dzień.
Wczoraj dogadałem się z Kasią i Andrzejem, w przyszłą sobotę jadę do Jarosławia. W przyszłą, bo w tę dalszy ciąg urodzin Dominika (zjazd "dziadowski") no i inauguracja rozgrywek II ligi. Na początek Gwardia gra u siebie z Gaudią. I komu tu kibicować? Chyba po prostu liczyć na dobrą grę i tylko nią się cieszyć. Bo ostatecznie nie wynik jest najważniejszy ale styl, w jakim go osiągnięto. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Wczoraj dogadałem się z Kasią i Andrzejem, w przyszłą sobotę jadę do Jarosławia. W przyszłą, bo w tę dalszy ciąg urodzin Dominika (zjazd "dziadowski") no i inauguracja rozgrywek II ligi. Na początek Gwardia gra u siebie z Gaudią. I komu tu kibicować? Chyba po prostu liczyć na dobrą grę i tylko nią się cieszyć. Bo ostatecznie nie wynik jest najważniejszy ale styl, w jakim go osiągnięto. Przynajmniej tak mi się wydaje.
środa, września 13, 2006
Prywatnienia c. d.
Wreszcie zabrałem się za kolejny, chyba już ostatni etap "prywatyzowania" swoich stron. Po dwóch latach chyba najwyższy czas.
Dzisiaj miałem propozycję posędziowania na dużych zawodach rowerowych. Niestety, zajęłoby mi to najbliższe cztery dni, a rodzinne obowiązki nie pozwalają mi na tak długi i trwający przez piątek wyjazd. Trochę szkoda. Za to właśnie to zdarzenie skłoniło mnie do porządkowania stron. Zacząłem od kalendarzy i potem już poszło.
Dzisiaj miałem propozycję posędziowania na dużych zawodach rowerowych. Niestety, zajęłoby mi to najbliższe cztery dni, a rodzinne obowiązki nie pozwalają mi na tak długi i trwający przez piątek wyjazd. Trochę szkoda. Za to właśnie to zdarzenie skłoniło mnie do porządkowania stron. Zacząłem od kalendarzy i potem już poszło.
poniedziałek, września 11, 2006
Oj, leci, leci...
Jak zawsze, podczas spaceru z Dominikiem, kiedy on śpi, mam czas pomyśleć o tym i owym. Dzisiaj wspominałem wczorajsze zawody i (przyznam, że z pewnym zdziwieniem) zauważyłem, że należę do odchodzącego pokolenia. Z osób starszych ode mnie lub będących mniej więcej w moim wieku znaczną aktywność zachowuje jeszcze tylko Sławek. Reszta albo całkiem znika albo poajwia się tylko raz, dwa w roku. Natomiast teraz poważną, aktywną starszyzną są ci, którzy jeszcze w moich myślach są prawie dziećmi, bo z ich dziecięcych czasów ich pamiętam.
Rozmawałem z p. Wandą O., mamą Basi I. Basia właśnie przechodzi na emeryturę. Ależ ten czas leci!
czwartek, września 07, 2006
Nowy sezon
No, nie tak bardzo ważne. To zdjęcie z dzisiejszego spacerku z Dominikiem. Ostatnio właściwie niemal codziennie chodzimy po Oporowie. W kolejce czeka Klecina, może Krzyki właściwe.
Kończy się sezon biegów na orientację, w najbliższą niedzielę ostatnie zawody rowerowe, na których będę miał okazję popracować. No i zaczyna się siatkówka. W miniony poniedziałek byłem już na Krupniczej na sparingowym meczu Gwardii z Siewierstalą. Wczoraj na spotkaniu tych samych zespołów w Brzegu Dolnym. Przy okazji przypomniałem sobie dawne jednodniowe wypady. Brzeg Dolny zmienia się, widać duże dochody gminy. Pałac odnowiony, część kamieniczek w rynku i nie tylko tam też, nowe chodniki, zadbane obiekty sportowe. Ładnie, tylko jeździć, oglądać, fotografować. Jedyny kłopot to okrutnie krwiożercze komary.
sobota, sierpnia 26, 2006
Po co?
Odwaliłem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty: udostępniłem i zgrałem na płytę wszystkie pliki, jakie kiedykolwiek uznałem z jakichś powodów za warte zachowania. Po co? Chyba jednak nie są warte. Ale nic poza czasem mnie to nie kosztuje. Przy okazji kolejny raz stwierdziłem, że dość długotrwała, monotonna praca fizyczna dobrze wpływa na moje myślenie. Dzisiaj kosząc trawnik odtworzyłem dawno zapomniane hasła.
czwartek, sierpnia 24, 2006
Dziwności

Mam kłopot: przeważnie nie zapamiętuję twarzy osób dorosłych. Chyba to sobie kiedyś wytrenowałem i nie mogę zmienić. Ostanio ciągle ktoś mi się kłania, a ja nie wiem kto to jest. Na szczęście jestem przeważnie dużo starszy i chyba nie jest mi przypisywana nieuprzejmość.
Np. dzisiaj najpierw ukłoniła mi się kobieta powożąca wózkiem. Zielonego pojęcia nie mam, kto to. Powiedziała, że uczyłem ją chemii. To oznaczałoby, że znałem ją jako dziecko co najmniej 18 lat temu. Od tego czasu dorosła, zmieniła się i nie miałem najmniejszej szansy, by ją rozpoznać. Później, podczas spaceru po Nowym Dworze zatrzymałem się, by napoić Dominika i za plecami usłyszałem "dzień dobry". To kłaniał mi się mężczyzna na oko niewiele ode mnie młodszy. Też z nikim mi się nie skojarzył. I wreszcie podczas powrotu usłyszałem pozdrowienie z okna mijanego samochodu. Nie wiem, czyje. Ale może tylko nie poznałem z powodu słabej widoczności spowodowanej odbłyskami w szybach.
Pocieszające jest to, że owa spotkana przeze mnie dziś była uczennica dwukrotnie aż powtórzyła, że się nie zmieniłem. To miłe ale jestem realistą i zdaję sobie sprawę, że w ciągu tych 18 lat przybyło mi około 20 kilo i dość mocno posiwiałem.
Dziwność ogólna: wrogiem publicznym numer jeden jest ostatnio bezdomny HH. Cha, cha.
Np. dzisiaj najpierw ukłoniła mi się kobieta powożąca wózkiem. Zielonego pojęcia nie mam, kto to. Powiedziała, że uczyłem ją chemii. To oznaczałoby, że znałem ją jako dziecko co najmniej 18 lat temu. Od tego czasu dorosła, zmieniła się i nie miałem najmniejszej szansy, by ją rozpoznać. Później, podczas spaceru po Nowym Dworze zatrzymałem się, by napoić Dominika i za plecami usłyszałem "dzień dobry". To kłaniał mi się mężczyzna na oko niewiele ode mnie młodszy. Też z nikim mi się nie skojarzył. I wreszcie podczas powrotu usłyszałem pozdrowienie z okna mijanego samochodu. Nie wiem, czyje. Ale może tylko nie poznałem z powodu słabej widoczności spowodowanej odbłyskami w szybach.
Pocieszające jest to, że owa spotkana przeze mnie dziś była uczennica dwukrotnie aż powtórzyła, że się nie zmieniłem. To miłe ale jestem realistą i zdaję sobie sprawę, że w ciągu tych 18 lat przybyło mi około 20 kilo i dość mocno posiwiałem.
Dziwność ogólna: wrogiem publicznym numer jeden jest ostatnio bezdomny HH. Cha, cha.
czwartek, sierpnia 10, 2006
Szoki.
Idę sobie z Dominikiem przez park Grabiszyński i co widzę? Pani spaceruje z dwoma pieskami, jeden z piesków zatrzymuje się, robi kupę a pani woreczek na rękę i sprząta. Wielce to chwalebne. Mieszkańcy nowego osiedla na Muchoborze Wielkim powinni się wzorować. Szczególnie ci z Hłaski.
Później wędrowaliśmy sobie jeszcze tu i tam. Zaszliśmy w miejsce, gdzie kiedyś była cmentarna kwatera żołnierska. Bardzo tam zarośnięte ale w środku jest mała polanka, a na niej ruinka. Kiedyś to był pomnik ku czci tychże żołnierzy. Cmentarz przeniesiono, pomnik stał się ruiną i ulubionym miejscem okolicznych pijaczków. A obok, na obecnym cmentarzu wojskowym trwa huczne porządkowanie przed pewnie też hucznym świętowaniem za kilka dni. Ot i wstyd. Normalnie potiomkowszczyzna.poniedziałek, sierpnia 07, 2006
niedziela, sierpnia 06, 2006
Znowu Żarów.

No to zamiar został wypełniony: pojechaliśmy przedwczoraj w trójkę (Pradziadek, w. A. i ja) do Żarowa. Spacerowaliśmy po nim przez cztery godziny fotografując i filmując. Aż dziwne, że zajęło nam to aż tak wiele czasu a i tak nie zdjęłem wszystkiego, co miałem zamiar. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by wybrać się raz jeszcze i raz jeszcze, i raz jeszcze...
Przy okazji kupiliśmy sobie nową monografię miasta i gminy. Ciekawa bardzo i objętościowo spora. Jest co poczytać.
Ciekawostka: obcy, a w każdym razie nierozpoznawany człowiek, wędrujący ulicami z aparatem fotograficznym a tym bardziej z kamerą filmową, uważany jest w tym miasteczku za Niemca. Zrozumiałe, że tak było przed trzydziestu laty. Ale teraz?! Bardzo dla mnie dziwne, że pod tym względem czas się zatrzymał.
Przy okazji kupiliśmy sobie nową monografię miasta i gminy. Ciekawa bardzo i objętościowo spora. Jest co poczytać.
Ciekawostka: obcy, a w każdym razie nierozpoznawany człowiek, wędrujący ulicami z aparatem fotograficznym a tym bardziej z kamerą filmową, uważany jest w tym miasteczku za Niemca. Zrozumiałe, że tak było przed trzydziestu laty. Ale teraz?! Bardzo dla mnie dziwne, że pod tym względem czas się zatrzymał.
wtorek, sierpnia 01, 2006
Tygrys z Muchoboru
Dzisiaj znaczną część dnia spędziłem z Dominikiem. Okazał się prawdziwym drapieżcą: z upodobaniem rzucał się na mnie i gryzł. Rolę karmicielki wzięła na siebie Asia Sz. przy pomocy Klaudyny. Po karmieniu Klaudyna odjechała do Jarosławia. A my z Andrzejem spróbujemy wyskoczyć pojutrze do Żarowa. Trzeba odświeżyć wspomnienia.
A, Dominik zaczął zagryzać zielone. Dotychczas tego nie robił, trzeba będzie zwracać uwagę.
A, Dominik zaczął zagryzać zielone. Dotychczas tego nie robił, trzeba będzie zwracać uwagę.
wtorek, lipca 04, 2006
Jestem w domu.

Tak się złożyło, że nie pojechałem na zawody do Lądka lecz zostałem we Wrocławiu. Co prawda nieco ponad 2 tygodnie temu rozmawiałem krótko telefonicznie z Piotrkiem (byłem wtedy u Andrzeja) ale od tego czasu nie mieliśmy żadnego kontaktu ze sobą. Brak informacji logistycznych - gdzie, o której godzinie mam się zjawić oraz z kim mam jechać albo kto ze mną ma jechać - uznałem za znak, że nie jestem niezbędny. Zapewne po wypłatach w Twardogórze znalazło się wielu chętnych na Lądek i rezerwista może zostać w domu.
Wobec tego spaceruję z Dominikiem. Dzisiaj, mimo bardzo wysokiej temperatury, na trasie Muchobór Wielki - Żerniki - Kuźniki - Nowy Dwór - Muchobór Wielki. Oczywiście mój partner przez przeszło połowę spaceru spał. Później, gdy już się obudził bardzo interesował się trawkami i mijanymi krzewami. Wreszcie może przynajmniej niektórych z nich dotknąć. Byłem ciekaw, czy nie zechce spróbować smaku, nie zechciał tym razem.
Wobec tego spaceruję z Dominikiem. Dzisiaj, mimo bardzo wysokiej temperatury, na trasie Muchobór Wielki - Żerniki - Kuźniki - Nowy Dwór - Muchobór Wielki. Oczywiście mój partner przez przeszło połowę spaceru spał. Później, gdy już się obudził bardzo interesował się trawkami i mijanymi krzewami. Wreszcie może przynajmniej niektórych z nich dotknąć. Byłem ciekaw, czy nie zechce spróbować smaku, nie zechciał tym razem.
sobota, czerwca 24, 2006
Wyprawa.

Przez 10 dni byłem w Jarosławiu. Jeden dzień w części spędziłem w Przemyślu usiłując przekonać Klaudynę, że to bardzo ciekawe i ładne miasto. Może choć odrobinę mi się udało. Dwa dni z tych dziesięciu spędziłem w podróży. Na szczęście jechałem pociągami osobowymi, dzięki czemu miałem możliwość korzystania ze świeżego powietrza przy okazji przesiadek a nawet zwykłych postojów na stacjach. Przy takim upale i duchocie w pociągu pospiesznym trzeba by zapewne siedzieć w smrodzie.
Wyjazd był udany. Przede wszystkim przekonałem się naocznie, że poprawiły się zdecydowanie kontakty między Karoliną i Andrzejem. Bardzo mnie to cieszy.
W najbliższy poniedziałek Karolina ma egzamin dyplomowy. Widziałem, że się pilnie przygotowuje. Później chce kontynuować studia w Rzeszowie. Z pewnością jej to wyjdzie. A na wakacje chce wyskoczyć do swego chłopaka, który pracuje w Atenach.
Klaudyna ma kilkutygodniową praktykę studencką więc w lipcu pewnie Andrzej przyjedzie do Wrocławia sam po raz pierwszy od lat. Zapowiadał zamiar wyprawienia się do Częstochowy moją metodą (ciekawe, czy sobie nie odpuści).
Ciekawostka: na plakacie zapowiadającym Dni Ukraińskie w powiecie jarosławskim w centralnym miejscu jest zdjęcie młodziutkiej tancerki, która wyglada jak Magda przed mniej więcej 10 laty. Dostałem taki plakat jeden dla mnie, drugi dla Magdy.
Wyjazd był udany. Przede wszystkim przekonałem się naocznie, że poprawiły się zdecydowanie kontakty między Karoliną i Andrzejem. Bardzo mnie to cieszy.
W najbliższy poniedziałek Karolina ma egzamin dyplomowy. Widziałem, że się pilnie przygotowuje. Później chce kontynuować studia w Rzeszowie. Z pewnością jej to wyjdzie. A na wakacje chce wyskoczyć do swego chłopaka, który pracuje w Atenach.
Klaudyna ma kilkutygodniową praktykę studencką więc w lipcu pewnie Andrzej przyjedzie do Wrocławia sam po raz pierwszy od lat. Zapowiadał zamiar wyprawienia się do Częstochowy moją metodą (ciekawe, czy sobie nie odpuści).
Ciekawostka: na plakacie zapowiadającym Dni Ukraińskie w powiecie jarosławskim w centralnym miejscu jest zdjęcie młodziutkiej tancerki, która wyglada jak Magda przed mniej więcej 10 laty. Dostałem taki plakat jeden dla mnie, drugi dla Magdy.
piątek, czerwca 23, 2006
wtorek, czerwca 13, 2006
piątek, czerwca 09, 2006
Czasu, czasu...
Wczoraj pewna starsza niewiasta powiedziała mi, że gdy przeszła na emeryturę, zaczęło jej brakować czasu. Coś w tym jest. Też czasami mam takie odczucie. Na przykład teraz: zawody, dzień przerwy, Jarosław i zaraz po powrocie dwie kontrole. A może po prostu będąc na emeryturze traci się umiejętność organizowania sobie czasu?
piątek, czerwca 02, 2006
Żarów bawi się.

Plan wykonałem częściowo. Dzisiaj rano pojechałem do Żarowa. A tam ruch, bo startują "Dni Żarowa". Pochodziłem trochę ale nie za wiele, tylko godzinkę i wróciłem do domu. Dołączam plakacik "Dni Żarowa" - nie moje dzieło ale barwne.
Potraktowałem ten wypad jak rekonensans, za jakiś czas pewnie powtórzę, być może niekoniecznie sam - Andrzej jest prawie zawsze chętny do jazdy tam. Poza tym nie chciałem wracać późno albo okrężną drogą przez Świdnicę, bo jutro i pojutrze mam wyjazdy do Twardogóry na zawody i powinienem być w formie.
Zdjęć dzisiaj nie robiłem, w najbliższym czasie trzeba rzucić okiem w archiwum sprzed 2 lat, coś tam powinno być, o ile mnie pamięć nie myli. Może nawet sporo, No i są też zdjęcia, które zrobiłem na stronę emerycką, coś się znajdzie i może wykorzysta. Nie zapomnę też o fotkach z archiwum pradziadka.
Zdjęć dzisiaj nie robiłem, w najbliższym czasie trzeba rzucić okiem w archiwum sprzed 2 lat, coś tam powinno być, o ile mnie pamięć nie myli. Może nawet sporo, No i są też zdjęcia, które zrobiłem na stronę emerycką, coś się znajdzie i może wykorzysta. Nie zapomnę też o fotkach z archiwum pradziadka.
sobota, maja 27, 2006
Ależ brud!!!
Zainteresowany nieoczekiwanym kształtem robót na Avicenny wybrałem się dziś po południu rowerkiem w tzw. Klin Oporowski. Dość dawno się tam nie kręciłem. W tym roku byłem tylko tuż przy Mokronoskiej, a głębiej to chyba ostatnio z Klaudyną dwa lata temu, kiedy jechaliśmy m. in. przez obydwa Mokronosy i obrzeża Muchoboru Wielkiego.
Zmiany widać. Stojące nad stawkami budynki zostały zburzone ale nie usunięto gruzów, które teraz tworzą tam wcale nie malownicze hałdki. Wzdłuż całego betoniaka aż do samych torów kolejowych co kawałeczek dzikie wysypisko śmieci. Ten teren dawniej też był zaniedbany ale nie aż tak bardzo nawieziony. W ogóle gdzie nie spojrzeć, to we Wrocławiu te dzikie wysypiska. Czy to aby nie świadczy o wadliwej polityce władz miasta? Jakaś przyczyna intensywnego powstawania tych wysypisk w ostatnich latach musi być.
Zmiany widać. Stojące nad stawkami budynki zostały zburzone ale nie usunięto gruzów, które teraz tworzą tam wcale nie malownicze hałdki. Wzdłuż całego betoniaka aż do samych torów kolejowych co kawałeczek dzikie wysypisko śmieci. Ten teren dawniej też był zaniedbany ale nie aż tak bardzo nawieziony. W ogóle gdzie nie spojrzeć, to we Wrocławiu te dzikie wysypiska. Czy to aby nie świadczy o wadliwej polityce władz miasta? Jakaś przyczyna intensywnego powstawania tych wysypisk w ostatnich latach musi być.
sobota, maja 20, 2006
Przerwa.
piątek, maja 12, 2006
Zmienić zajęcia.
Kończy się sezon ligowy siatkówki, rozkręca się sezon bno. Szykuje się zajęcie na kolejnych zawodach (sędziowania). Obawiam się, że może dojść do kolizji terminów. Poza tym dojrzewam do wyprawy do Żarowa. Chyba się przejadę w czasie, gdy Magda, Przemek i Dominik będą we Włoszech. Odpadną mi wtedy prawie codzienne spacery i jakoś sensownie wypada ten czas zapełnić. A jak już pojadę, to pewnie coś przywiozę i mając materiały coś z nich zmajstruję.
piątek, maja 05, 2006
Jest pysznie, miodzio!
Od dzisiaj, od mniej więcej godziny 17 można będzie podziwiać jak to jest, gdy zostaje się własną karykaturą. Jestem zachwycony, moje marzenie się spełnia. Jak mi dobrze!
czwartek, maja 04, 2006
4f/5f
Dzisiaj dostałem dość długiego maila od Ewuni. Napisała mi, co działo się z ludźmi z mojej dawnej 4f (później 5f, jeszcze później, już beze mnie, 8f). Bardzo się ucieszyłem, bo pracę z nimi wspominam jako bardzo przyjemną. Nie ukrywam jednak, że podchodząc do sprawy egoistycznie powinienem być zadowolony z tego, że zmieniłem miejsce zatrudnienia. Tylko, że to zupełnie inna historia.
wtorek, maja 02, 2006
Mrowiny.
Przez dziesięć lat mieszkałem w Żarowie i, wstyd się przyznać, nigdy nie byłem w Mrowinach. Bywałem chyba we wszystkich pobliskich wsiach ale w Mrowinach nigdy. Wreszcie przy okazji skanowania starych zdjęć z archiwum Dziadka podjąłem mocne postanowienie ten brak nadrobić. A ponieważ okazało się, że dzisiaj mam trochę wolnego czasu, pojechałem wietrząc przy okazji swój mały czołg. Pałac, który po wojnie był w dobrym stanie, teraz, opuszczony, stanowi obraz nędzy i rozpaczy popadając coraz bardziej w ruinę. Zrobiłem dwa zdjęcia. Niestety tylko telefonem, bo padła mi karta w aparacie. Zamieszczam tu trzy fotografie zrobione około 60 lat temu przez p. Kazimierza Jasiewicza (jest na nich moja mama) i te dwie swoje dla porównania.




niedziela, kwietnia 30, 2006
Można coś urozmaicić.
Wreszcie skończyły się błota pozimowe i można sobie urozmaicić trasy spacerków z Dominikiem. A to do Lasku Oporowskiego (nawet z Magdą),

a to nad staw muchoborski.

Jutro jazda do Brenna. Dominik z rodzicami jest tam już od wczoraj. Mają pecha, bo pogoda się popsuła.
poniedziałek, kwietnia 17, 2006
Spacery.
Dzisiaj odbyłem dwa spacery. Najpierw pojechaliśmy prawie całą paką, tylko bez Kasi, do Książa. Tam właściwie byliśmy krótko, więc i spacer nie był szczególnie imponujący. Obecność Dominika powoduje jednak pewne ograniczenia.
Po powrocie Ola i Pierre realizowali swój plan pobytu we Wrocławiu, więc ja zostałem sam. A że pogoda była bardzo przyjemna, więc wybrałem się na spacerek. Wreszcie poszukałem miejsca, w którym pojawia się Oporówka. Mieszkam tu już blisko 36 lat i teraz dopiero się tam wybrałem, zdopingowany pracami ziemnymi prowadzonymi jesienią w okolicy. Jak się domyślałem, miały one na celu ukrycie pod ziemią wypływu strumienia. Obecnie Oporówka pojawia się jako ściek z dwóch rur. Jest mlecznobiała i cuchnie paskudnie. Nie ma to jak ochrona środowiska!!! Przy okazji wspomnianych prac odwrócono bieg strumyka, który wpadał do Oporówki. Teraz biegnie on częściowo w rurach i wpada do Ślęzy.
Po powrocie Ola i Pierre realizowali swój plan pobytu we Wrocławiu, więc ja zostałem sam. A że pogoda była bardzo przyjemna, więc wybrałem się na spacerek. Wreszcie poszukałem miejsca, w którym pojawia się Oporówka. Mieszkam tu już blisko 36 lat i teraz dopiero się tam wybrałem, zdopingowany pracami ziemnymi prowadzonymi jesienią w okolicy. Jak się domyślałem, miały one na celu ukrycie pod ziemią wypływu strumienia. Obecnie Oporówka pojawia się jako ściek z dwóch rur. Jest mlecznobiała i cuchnie paskudnie. Nie ma to jak ochrona środowiska!!! Przy okazji wspomnianych prac odwrócono bieg strumyka, który wpadał do Oporówki. Teraz biegnie on częściowo w rurach i wpada do Ślęzy.
Początek Oporówki.
Ujście dawnego dopływu Oporówki do Ślęzy.
Karolina jednak wczoraj nie przyszła świętować do Andrzeja mimo jego zaproszenia. Chyba obawiała się, że przyjmie ją niezbyt ciekawie. Obiecywał mi, że bedzie w porządku ale ja też obawiałem się, że coś mu się wyrwie. Dzisiaj powymienialiśmy się z Karoliną smsami nt. rozkładu dnia, głównie mojego.
piątek, kwietnia 14, 2006
Jeszcze mamy czas?
poniedziałek, kwietnia 10, 2006
Rozmowa.
Zastosowano wobec mnie chwyt "jak Ci coś potrzeba, zrób to sam, będzie dla wszystkich". Właściwie przy takiej ilości wolnego czasu, jaką mam, mogłoby to się udać, gdyby nie fakt, iż dziedzina, której to dotyczy nie jest jeszcze przeze mnie dostatecznie opanowana. W każdym razie dzisiaj byłem na długiej, prawie półtoragodzinnej rozmowie. Skończyło się na tym, że zaproponowałem kontaktowanie się ze mną, gdyby rzeczywiście znalazło się coś, w czym mógłbym byc przydatny.
Wracałem dość mocno zamyślony i na przejściu dla pieszych wyminąłem się z kimś, kto przypomniał mi znajomą. Tylko przypomnienie to przyszło zbyt późno, bym mógł je zweryfikować. Cofnąć się, by to zrobić nie mogłem, bo mogłoby to być uznane za napaść. I tak zaostanę z małą zagadką.
A, podczas rozmowy, o której napisałem, mój specyficzny sposób wyrażania się został uznany za ładny. I to mnie zaskoczyło. Inna rzecz, że inaczej mówię a zupełnie inaczej piszę.
Wracałem dość mocno zamyślony i na przejściu dla pieszych wyminąłem się z kimś, kto przypomniał mi znajomą. Tylko przypomnienie to przyszło zbyt późno, bym mógł je zweryfikować. Cofnąć się, by to zrobić nie mogłem, bo mogłoby to być uznane za napaść. I tak zaostanę z małą zagadką.
A, podczas rozmowy, o której napisałem, mój specyficzny sposób wyrażania się został uznany za ładny. I to mnie zaskoczyło. Inna rzecz, że inaczej mówię a zupełnie inaczej piszę.
poniedziałek, kwietnia 03, 2006
sobota, kwietnia 01, 2006
Na rowerek!
Przedwczoraj przygotowałem do użytkowania rowerek i mały czołg. Dzisiaj pierwsza jazda na rowerku, aż wstyd, że tak późno. W ubiegłym roku w najlepsze jeździłem od połowy lutego. Trzeba będzie udzielać się intensywniej. Może pogoda będzie bardziej sprzyjać. Ostatecznie to nie jest rower wodny. Jutro wybieram się w odwiedziny koleżeństwa organizującego zawody i w nich startującego.
czwartek, marca 30, 2006
Koniec.
poniedziałek, marca 27, 2006
Męska toaleta.
Człowiek czuje się, jak babka klozetowa zwana bardziej uroczo pisuardessą. Wystarczy włączyć telewizor i już człowiek widzi jakiś pisuar (jakiegoś pisuara). Makabra.
A inna makabra to bardziej w domu. Aż nie chce się wierzyć, że można tak bardzo uzależnić inną osobę. Ale może jeszcze coś da się zrobić. Właściwie wszystko powinno rozstrzygnąć się jutro.
A inna makabra to bardziej w domu. Aż nie chce się wierzyć, że można tak bardzo uzależnić inną osobę. Ale może jeszcze coś da się zrobić. Właściwie wszystko powinno rozstrzygnąć się jutro.
sobota, marca 18, 2006
Kibicuję.
Zauważyłem, że robię się kibicem Gwardii. Dotychczas podziwiałem występy sportowe w niektórych, lubianych przeze mnie dyscyplinach sportowych. Przynależność zawodników nie miała żadnego dla mnie znaczenia. Przyjemność sprawiała mi sama możliwość obserwowania ich biegłości i zaangażowania. Ostatnio to się zmienia. Co prawda podziwiam umiejętności i wyczyny konkurencji ale szczególnie cieszą mie sukcesy tych wybranych drużyn. Czasami przyprawiają o szczególnie intensywne bicie serca tak, jak dzisiaj wieczorem. ;)
piątek, marca 03, 2006
wtorek, lutego 28, 2006
Spotkania.
W minioną niedzielę przyjechała Brygida. Nie widziałem jej, mojej ulubionej siostrzenicy, około 20 lat. Zmieniła się bardzo, wiadomo, ale nie tak, by jej nie poznać. Pobyła do dzisiaj i pojechała w swoje dawne strony. Mniej więcej za dwa tygodnie ma przyjechać znowu, tak umawiała się z Kasią. Oczywiście zakładały, że Kasia wtedy będzie w domu, bo ostatnio to różnych rzeczy można się spodziewać. Rodzinka manipuluje nią, jak chce, a ta frajerka się daje.
Wracając od Dominika w autobusie spotkałem Marysię M. Rozpoczęła studia doktoranckie. No, no, dziewczyna się rozkręciła. Wkrótce będziemy sąsiadami, ma przeprowadzić się do bloku, który buduje się w pobliżu.
Jutro mają do mnie wpaść Heniu z Asią z zadankami. Trochę z ociąganiem się godziłem, bo czasu niewiele to i za efekty ręczyć za bardzo nie mogę. Ale jeśli będą dostatecznie zdesperowani, to nawet im odległość nie przeszkodzi. A zresztą może i warto spróbować.
Wczoraj dzwoniłem do Andrzeja, trochę sobie pogadaliśmy. Dzisiaj też mam zamiar zadzwonić. Chcę się dowiedzieć, co usłyszał od zaprzyjaźnionego papugi w sprawie Jacka. Ten dla odmiany wybierać się chce za granicę. Ciekawe jak i za co. Bez pieniędzy i perspektywy zajęcia może się wybrać na pieszą wycieczkę do Słowacji najdalej.
sobota, lutego 25, 2006
Siatkarski tydzień.
W tym tygodniu też były dwa mecze. Obydwa w Środzie Śląskiej. Prawdę mówiąc, żadna to dla mnie uciążliwość. Nawet byłem zadowolony, bo połączyłem dwie, ba, trzy przyjemności. Obejrzałem mecze, byłem w mieście, które lubię i spotkałem p. Sławka. Mogłem chwilkę sobie z nim pogadać. Zawsze to przyjemnie powspominać miłe minione czasy w rozmowie z osobą lubianą i cenioną przez siebie.
Teraz mam dwa tygodnie posuchy, aż do 11 marca. A tego 11 do wyboru, bo znowu dwa mecze, tylko chyba w tym samym mniej więcej czasie. Co tu wybrać, chyba pójdę na występ drużyny drugoligowej. Fajnie grają, a mecz ma większą stawkę i wynik jest mniej wiadomy.
Teraz mam dwa tygodnie posuchy, aż do 11 marca. A tego 11 do wyboru, bo znowu dwa mecze, tylko chyba w tym samym mniej więcej czasie. Co tu wybrać, chyba pójdę na występ drużyny drugoligowej. Fajnie grają, a mecz ma większą stawkę i wynik jest mniej wiadomy.
sobota, lutego 11, 2006
Byłem w gmachu Nowej Giełdy.
Ciekawe, ile procent przypadkowo napotkanych na ulicy osób wiedziałoby, co to jest Nowa Giełda. No dobra, byłem w Hali Gwardii na Krupniczej. Wstyd się przyznać, pierwszy raz w życiu. A przecież przez rok mieszkałem nie dalej, niż 300 m od niej. To było już 35 lat temu. A dzisiaj poszedłem sobie na mecz drugiej drużyny siatkarek Gwardii. Od pewnego czasu wybierałem się i jakoś nie wychodziło. Wreszcie poszedłem i wcale nie żałuję. Było widowiskowe, fajne granie. Może czasami widać było nadmiar woli ale przecież u młodziutkich zawodniczek nie powinno to wcale dziwić. Jak uda się, jutro też pójdę. Przy okazji stwierdzam, że sama sala jest bardzo ładna choć nieszczególnie nadaje się do oglądania widowisk sportowych, bo niezbyt dobrze obserwuje się wszystko z góry. Ale przecież budowano ten gmach w zupełnie innym celu.
środa, lutego 08, 2006
Żarów
Ostatnio skanowałem sporo zdjęć z Żarowa i tak jakoś zachciało mi się tam pojechać. Dawno nie byłem, jakieś półtora roku ale jeszcze poczekam, aż się ociepli. Przez wiele lat nie chciałem tam jeździć. Nie żebym miał jakieś związane z tym miastem złe wspomnienia. Po prostu bardzo nie podobało mi się. I nadal uważam, że za ładne to ono nie jest, choć już nie tak paskudne, jak dawniej i przede wszystkim nie tak cuchnące. Za to teraz coraz większą rolę odgrywają wspomnienia. Ojej, skłamałem, byłem w Żarowie jesienią ubiegłego roku. Za to tylko przejazdem przy okazji powrotu ze Świdnicy w któryś dzień zjazdu, chyba pierwszy.
czwartek, stycznia 26, 2006
Stara fotografia.

Był kiedyś taki sympatyczny zwyczaj darowania przyjaciołom zdjęć portretowych z dedykacją na odwrocie. Format zdjęcia był mniej więcej pocztówkowy. Teraz to całkiem zaginęlo. Pozostałością dość szczątkową jest wymienianie się zdjęciami legitymacyjnymi przez dzieci. Ale to nie to samo. Można wymieniać się MMS-ami. Tylko tak trochę mało wygodnie jest kolekcjonować zdjęcia w aparacie fotograficznym. Jednak stare, czarnobiałe zdjęcia na papierze miały swoje zalety. Na przykład takie zdjęcie, jak obok. Podarowała je w 1946 roku Marzenka Dzidzi. Kim była Dzidzia, wiem, kim Marzenka, nie mam pojęcia. Ale Dzidzia zapewne pamiętała ją do śmierci. I to taką, jak na tej fotografii.
Czyż nie można się wzruszyć?
wtorek, stycznia 24, 2006
Stare zdjęcia.
piątek, stycznia 20, 2006
Mecz.
niedziela, stycznia 15, 2006
Ależ sobie nagrzałem!!!
Dzisiaj pierwszy raz od wielu, wielu lat rozpaliłem w piecu koksowym. Chcę wypalić stare zapasy przed wymianą pieców na wiosnę. I od razu mimo mroziku na polu w mieszkaniu zrobiło się bardzo cieplutko. Aż za bardzo, jak na moje i Leona potrzeby. Ma też znaczenie to, że Leon nie jest przeze mnie wypuszczany i wpuszczany z częstotliwością 3 razy na 5 minut. Wychodzi, kiedy rzeczywiście jest taka potrzeba.
Wczoraj dałem sobie powód do śmiechu z samego siebie. Postanowiłem wybrać się na mecz. Nie wiedząc, o której się on zaczyna, pojechałem za wcześnie o 2 godziny. Nic to, zrobiłem sobie spacerek. Też miło. A kiedy nadeszła właściwa pora, zorientowałem się, że będę chyba jedynym widzem. Poczułem się dziwnie. Tak jakoś niezwykłe byłoby siedzieć całkiem samotnie na trybunie i ogladać mecz. Tego jeszcze nie przeżyłem. Raz byłem jedyny w kinie i zanosiło się na to, że seans się nie odbędzie (na szczęście doszło jeszcze w ostatniej chwili kilka osób). Natomiast mecz odbywa się niezależnie od ilości widzów. Spękałem, zrezygnowałem, wróciłem do domu. Mecz oczywiście się odbył, znam wynik. A ja do tej pory śmieję się ze swego przypadku.
Dzisiaj pogadałem sobie trochę smsami z Justynką.
Wczoraj dałem sobie powód do śmiechu z samego siebie. Postanowiłem wybrać się na mecz. Nie wiedząc, o której się on zaczyna, pojechałem za wcześnie o 2 godziny. Nic to, zrobiłem sobie spacerek. Też miło. A kiedy nadeszła właściwa pora, zorientowałem się, że będę chyba jedynym widzem. Poczułem się dziwnie. Tak jakoś niezwykłe byłoby siedzieć całkiem samotnie na trybunie i ogladać mecz. Tego jeszcze nie przeżyłem. Raz byłem jedyny w kinie i zanosiło się na to, że seans się nie odbędzie (na szczęście doszło jeszcze w ostatniej chwili kilka osób). Natomiast mecz odbywa się niezależnie od ilości widzów. Spękałem, zrezygnowałem, wróciłem do domu. Mecz oczywiście się odbył, znam wynik. A ja do tej pory śmieję się ze swego przypadku.
Dzisiaj pogadałem sobie trochę smsami z Justynką.
czwartek, stycznia 12, 2006
Karolinka
Miałem dzisiaj bardzo miłe spotkanie, gdy jechałem do Magdy. Z Karolinką. A co to za zbieg okoliczności, niedawno o niej myślałem. Okazuje się, że od roku mieszka na stancji na Muchoborze Wielkim. Aż dziw, że dotychczas nie spotkaliśmy się. Bardzo przyjemnie było choć przez chwilkę porozmawiać.
poniedziałek, stycznia 09, 2006
wtorek, stycznia 03, 2006
Zmiany.

Otoczenie mi się zmienia. Trwa wyburzanie Hydralu na Grabiszyńskiej. A pamiętam, jak blisko 25 lat temu w nieistniejącej już od dość dawna portierni przy też nieistniejącej bramie głównej grzały się patrole. Widywałem to, gdy nocą przychodziło mi wracać pieszo do domu z dworca po przyjeździe z Kłodzka, z pracy. Co ciekawe, ani razu nie byłem legitymowany. Później obok zakładu powstało targowisko - w targowiskowych pierwszych latach dziewięćdziesiątych. Natępnie targowisko zlikwidowano, zbudowano nową ul. Hallera (kawałek ok. 200 m). Hydral się ograniczył, oddał teren pod stację benzynową BP, jedną halę zajęły różne firmy: od związanych z motoryzacją po hurtownię zniczy, na terenie resztówki zakładu też ulokowały się rozmaitości, m. in. zakład kamieniarski (nagrobkowy) i wulkanizator. Teraz wszystko zostało opróżnione i jest wyburzane. Załączone zdjęcie zrobiłem 4 dni temu, dzisiaj jest już znacznie mniej do widzenia. Podobno gdzieś tu albo kawałek dalej, tam, gdzie obok BP był Aral, ma powstać market budowlany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














