niedziela, sierpnia 29, 2010

Podróżowano.

Najpierw ja z ojcem pojechaliśmy wczoraj do Skrzydłowic, Pawonkowa, Gosławic i Rzędowic. W tych ostatnich byłem pierwszy raz w życiu, a ojciec pierwszy raz od czasów swego dzieciństwa. Zobaczyliśmy największą i jedną z najstarszych naszych pamiątek rodzinnych, kaplicę zbudowaną przez mojego pradziadka, Alberta, zw. Herzogiem.
A wieczorem zadzwonił Andrzej z informacją, że do Jarosławia powrócił Jacek. Po dwóch latach nieobecności i niedawania w ogóle znaku życia. Oryginał z niego prawdziwy.

poniedziałek, sierpnia 23, 2010

Oj, terminy, terminy.

Przypatrzyłem się dokładniej swojemu terminarzowi na wrzesień i wyszło ciekawie. Do połowy miesiąca spokój, później nakładanie się. I tak zjazd absolwentów w Świdnicy mam 18 i 19 września, a urodziny Dominika 19 tegoż miesiąca. Za pięć lat oczywiście sytuacja się powtórzy.
Druga kolizja zaraz w następnym tygodniu. 24 i 25 są obchody sześćdziesięciolecia szkoły na Skwierzyńskiej a 25 i 26 startuje druga liga siatkówki i być może będzie się chciało w sobotę, 25 właśnie, do Trzebnicy wybrać. Właściwie chciało się będzie tylko nie wiem jeszcze, czy Gaudia zagra w pierwszym terminie u siebie, czy na wyjeździe. Ale się dowiem.

niedziela, sierpnia 22, 2010

A czas płynie.

Minęły trzy miesiące od odejścia od nas Leona. Pomału zaczynam się przyzwyczajać. Już coraz rzadziej przechodząc nocą po ciemku przez przedpokój przesuwam się obok lewej ściany, bo przecież on układał się często koło ściany prawej. Nie niepokoją mnie też grzmoty nieczęstych zresztą burz, bo i jemu one w ciągu ostatnich dwóch lat mało przeszkadzały. Jeszcze tylko wybuchy fajerwerków wywołują u mnie odruchową złość, że ktoś mi straszy bezmyślnie psa. W miniony wtorek nawet rozbawiło mnie to, że nie tylko ja czasami zapominam, że Leona już nie ma. Sąsiedzi też. Dawniej od czasu do czasu dokarmiali go. We wtorek wieczorem znalazłem na środku podwórka świeże kości po schabowych, dawny przysmak naszego psa. Ktoś się zapomniał i chciał podzielić się z nieboszczykiem.
Wczoraj i dzisiaj byłem w Puszczykówku i Poznaniu. To w związku z meteorytowym przelotem Oli i Piotrusia przez Polskę. Wpadli do nas jak po ogień, później zrobili sobie objazd: Kraków, Zakopane, Częstochowa, Poznań i Puszczykówko właśnie. A dalej Toruń, Gdańsk i coś tam jeszcze. Andrzej, gdy dowie się, gdzie byłem, znowu będzie marudził, że nie trafiłem do Jarosławia. Jednak w tym roku nie piszę się na taki wyskok. Zaczynam coraz pewniej stawać na nogi - dosłownie też - ale jeszcze nie dość pewnie. Wyjazd tam byłby nieco bezsensowny, jak sądzę.