Minęły trzy miesiące od odejścia od nas Leona. Pomału zaczynam się przyzwyczajać. Już coraz rzadziej przechodząc nocą po ciemku przez przedpokój przesuwam się obok lewej ściany, bo przecież on układał się często koło ściany prawej. Nie niepokoją mnie też grzmoty nieczęstych zresztą burz, bo i jemu one w ciągu ostatnich dwóch lat mało przeszkadzały. Jeszcze tylko wybuchy fajerwerków wywołują u mnie odruchową złość, że ktoś mi straszy bezmyślnie psa. W miniony wtorek nawet rozbawiło mnie to, że nie tylko ja czasami zapominam, że Leona już nie ma. Sąsiedzi też. Dawniej od czasu do czasu dokarmiali go. We wtorek wieczorem znalazłem na środku podwórka świeże kości po schabowych, dawny przysmak naszego psa. Ktoś się zapomniał i chciał podzielić się z nieboszczykiem.
Wczoraj i dzisiaj byłem w Puszczykówku i Poznaniu. To w związku z meteorytowym przelotem Oli i Piotrusia przez Polskę. Wpadli do nas jak po ogień, później zrobili sobie objazd: Kraków, Zakopane, Częstochowa, Poznań i Puszczykówko właśnie. A dalej Toruń, Gdańsk i coś tam jeszcze. Andrzej, gdy dowie się, gdzie byłem, znowu będzie marudził, że nie trafiłem do Jarosławia. Jednak w tym roku nie piszę się na taki wyskok. Zaczynam coraz pewniej stawać na nogi - dosłownie też - ale jeszcze nie dość pewnie. Wyjazd tam byłby nieco bezsensowny, jak sądzę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz