W czasach, gdy byłem studentem, poznałem młodego wtedy pracownika nauki, Mar... Krysz... Sympatyczny był z niego człowiek. Po ukończeniu studiów zostałem na uczelni i tak staliśmy się kolegami z pracy. Ten stan trwał do początku lat osiemdziesiątych, kiedy to obydwaj odeszliśmy z uczelni. Nie widywaliśmy się już. Od czasu do czasu pytałem wspólnych znajomych, czy coś o nim wiedzą. Tylko jedna osoba powiedziała, że podobno stracił nogę i się rozpił. Poza tym nikt niczego nie wiedział.
Ostatnio przez dwa tygodnie byłem uziemiony w domu i z konieczności musiałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Postanowiłem trochę uporządkować pamięć. Poszukać znajomych a tę czynność zaczynam z reguły od cmentarzy. No i trafiłem na grób w Świdnicy. Imię się zgadza, nazwisko też, data urodzenia bardzo prawdopodobna. Trzeba sprawdzić. Poprosiłem życzliwą znajomą ale nie dała rady.
I nagle, dzisiaj przypomniało mi się zdarzenie, które miało miejsce w 2015 albo 2016 roku. Na świdnickim dworcu spotkałem wtedy człowieka, którego wygląd mógłby spowodować brzydkie określenie go mianem żula. Przez dłuższą chwilę rozmawialiśmy, nic w tym dziwnego, miałem już podobne przygody i pamiętam zawsze, że taka rozmowa kończy się prośbą o datek pieniężny. Jednak tym razem zdziwiło mnie, że rozmówca jakby mnie znał, sporo o mnie wiedział. Skąd? Jego twarz nic mi nie mówiła, co jest normalne, bo ja twarzy nie zapamiętuję. Doszedłem do wniosku, że człowiek jest bardzo dobrym psychologiem i zgrabnie mnie podchodzi albo, że to ktoś, kto może mnie pamiętać jeszcze z czasów szkolnych (mnie pamiętają). Pierwsza ewentualność skłoniła mnie do dość szybkiego zakończenia rozmowy a wcześniej do wystrzegania się od przekazania mu jakichkolwiek dodatkowych informacji na mój temat. Jako zajęcie np. podałem mu wędrowny fotograf. Gość był inwalidą, nie miał nogi, używał protezy. I dzisiaj mnie olśniło. To prawdopodobnie był mój dawny znajomy. Po trzydziestu latach i zmianie jego trybu życia nie miałem najmniejszej szansy, by go poznać. I teraz mi się układa. Mar... Krysz... stracił nogę i zapewne jako inwalida z jakąś rentą wrócił do Świdnicy, by zamieszkać przy rodzinie (sam był, o ile pamiętam, kawalerem). Tam się spotkaliśmy ten jeden raz. Tam też umarł i został pochowany.
