Dzisiaj po południu zrobiło się niemiło dla kierowców. Popadało. Najpierw trochę drobnej krupy śniegowej, później malutki deszczyk, później drobne bryłki lodu i wreszcie sporo śniegu. I od razu pojawiły się korki nadzwyczajne. Bo przy dobrej pogodzie są zwyczajne. Jednak nie ma to jak para własnych w miarę sprawnych nóg. Byłem w mieście, załatwiłem sobie, co miałem do załatwienia i bez większego kłopotu dość szybko wróciłem do domu. Chyba tak już będzie, że z roku na rok piechociarzom łatwiej będzie poruszać się po mieście niż samochodziarzom.
Kiedy wróciłem do domu i po pewnym czasie zobaczyłem, ile śniegu napadało, to aż mi się chciało łapać za łopatę i iść odśnieżać. Jednak rozsądek przeważył nad tym zapałem. Po co mam ryzykować, że mi świeże szwy puszczą.
A w sobotę planuję iść z Dominikiem na mecz. Jest o takiej porze, że za mnie rozstrzygnęła się sprawa ewentualnego wyjazdu do Twardogóry. Wybieram Wrocław i mecz kadetek. Z wnukiem.
