wtorek, listopada 23, 2021

Lokalni.

 Ostatnio popisałem trochę o różnych oryginałach, których zdarzało mi się przez lata spotykać. Napomknąłem też o takich z bliskiego otoczenia, tych od namiotu. Dzisiaj o innych przypadkach zaobserwowanych lokalne. Rozmaitych dość.

W dawnych czasach raczej nie spotykało się osób bezdomnych czy żebrzących poza najbliższym otoczeniem kościołów. Pamiętam, że w latach siedemdziesiątych w mojej okolicy pojawiał się jeden taki mężczyzna. Potężny, wysoki i szeroki, zawsze dokładnie owinięty jakimiś ubraniami. Nosił na sobie wielki tobół z całym chyba swoim dobytkiem. Przyjeżdżał tramwajem i szedł gdzieś, chyba za basen. Przypuszczam, że w jakiejś altance na tamtejszych działkach nocował. Spotkałem go co najmniej kilka razy ale nigdy nie widziałem jego twarzy.

W latach dziewięćdziesiątych, po powodzi 1997, częściowo zaprzestano uprawiania działek nad Ślęzą. Większość stała odłogiem ale dwie czy trzy były użytkowane. I na nich stały altanki. Z czasem chyba dotychczasowi użytkownicy się wykruszyli a w altance jednej czy dwu zamieszkali bezdomni. Niektórzy przesiadywali przy pętli tramwajowej, inni wędrowali ulicami osiedla. Jeden z jakiegoś, niewiadomego mi powodu upodobał sobie relacjonowanie mi ich życia. Kiedy tylko zobaczył mnie na ulicy, podchodził i zaczynał opowieść: a to ktoś się wprowadził na działkę, a to ktoś się wyprowadził, ktoś zachorował, inny umarł,... Z czasem teren się zmienił, altanki zniknęły, ich mieszkańcy też. Teraz jest tam Park Mamuta.

Jednak są inni już bezdomni na osiedlu. Tacy od namiotu ale też jest mężczyzna zawsze bardzo schludny. Kto by nie znał jego towarzyszy, szczególnie jednego, nie domyśliłby się z jakim przypadkiem lusu ma do czynienia.

Niedaleko ode mnie mieszkała pani, chora najwyraźniej psychicznie, która miała chyba troje dzieci. Najstarszego syna w ogóle nie pamiętam. Średnia była córka. Ją pamiętam, dawno wyprowadziła się. A ja o najmłodszym. Pamiętam go jako spokojnego i bystrego chłopca, później młodego człowieka. Podobno bywał u nas w domu i korzystał z naszych książek. Być może, takich dzieciaków było trochę. Ukończył jedną z renomowanych wrocławskich szkół średnich i poszedł do seminarium duchownego. Skończył je i został wyświęcony na księdza. Jednak z jakiegoś powodu szybko przestał uprawiać wyuczony zawód, relegowano go ze zgromadzenia i wrócił do matki. Być może z powodu trudnych dla poszukujących pracy czasów, może z innego, grunt, że żadnej pracy sobie nie znalazł. Jednak honorowy był. Codziennie rano wychodził z domu w czystej, jasnej koszuli, spodniach z zaprasowanymi kantami i z teczką w ręce. Tak szedł do tramwaju i jechał dokądś. Wyglądał jak młody urzędnik udający się do biura. Jednak ne biuro było jego celem lecz miejsce, gdzie mógł się przebrać i wyglądając już znacznie mniej nobliwie zabierał się za zarabianie na życie. A robił to zbierając puszki po napojach. W tamtym czasie było to dość popularne zajęcie wśród bezrobotnych. Przeważnie pracował w okolicy CH Borek. Musiał być dobry w tej pracy, bo nawet udało mu się kupić używany samochód. Nie był to Mercedes, miał go krótko ale zawsze coś. Tylko niestety z czasem nieco się rozpił i już przestał być młodym urzędnikiem. Mama po rozmaitych przebojach sprzedała mieszkanie - połówkę domu i jej syn stracił dach nad głową. Niewiele rzeczy, które miał, wystawiono mu w reklamówkach pod płotem. Widziałem, jak stopniowo dokądś je wywoził. Później widziałem go już tylko raz, w okolicy schronu na Stalowej. Wyglądał mało ciekawie, chyba mnie zauważył, bo jakby się zawstydził. To było kilka a może nawet kilkanaście już lat temu. Więcej go nie spotkałem, choć często bywam i w CH Borek i na Grabiszyńskiej w okolicy Stalowej.

Z zupełnie innej beczki.  Ojciec jednej z moich sąsiadek, bardzo porządny nawet dostojny pan ze szkoły lwowskiej. Będąc w zaawansowanym już wieku tracił szybko wzrok. Nie przeszkadzało mu to jednak jeździć samochodem. Miał swoją, dobrze znaną trasę i jechał Polski Fiatem 125p z szybkością nie przekraczającą 20 km/h. Twierdził, że pamięta każdą dziurę w jezdni i kieruje się tym jak mu autko podskakuje. Było to dawno. Ech, były czasy. Samochodów niewiele, ruch malutki. Tak więc nigdy nic się nie stało.

Tak sobie sam ze sobą plotkuję. A może ktoś uznałby za godnego wspomnienia oryginała, który uparcie chodzi środkiem jedni a ponieważ ma lepszy słuch niż wzrok, nie ogląda się, czy coś nie nadjeżdża. Słyszy to.

No i jest odpowiedni obrazek.

poniedziałek, listopada 15, 2021

Jaś i inni.

 Najwyraźniej nadszedł na mnie czas wspominania. Zauważam, że od czasu do czasu ktoś przypomina sprawy i osoby, które też znałem. Jedną z takich, powszechnie niegdyś znanych we Wrocławiu osób był Jaś Pawie Oczko. Mimo tego, że nie żyje już od 25 lat, czasem pojawiają się wspominki o nim. Jaś nazywał się Jan Kobylarz, mieszkał gdzieś w rejonie Grabiszyńska - Stalowa - Grochowa - Pereca. Najczęściej tam można było go spotkać. Przezwisko zawdzięczał charakterystycznemu wyglądowi, dzięki któremu nawet jego zdjęcie trafiło do gazety. Czasami straszył kobiety w tramwaju. Jeździł też do piwiarni, gdzie wyłudzał piwo wkładając palce do kufli nieostrożnych konsumentów. Miałem okazję kiedyś z nim porozmawiać, był całkiem rozsądnym człowiekiem. W latach dziewięćdziesiątych przesiadywał pod Arkadami, gdzie dmuchał w harmonijkę ustną udając, że gra i wrzeszczał udając, że śpiewa. Podobno bywał też w przejściu podziemnym na Świdnickiej. Ja go nigdy tam nie widziałem.

Tak wyglądało to przejście przed przebudową. Było miejscem, gdzie pojawiały się rozmaite osoby: grajkowie, żebracy, czasem handlarze. Takie były lata dziewięćdziesiąte.

Chyba najbardziej znanym rezydentem przejścia był Tańczący z Wilkami, mężczyzna z niegojącą się raną na brzuchu. Siedział w połowie schodów od strony Rynku a obok niego spały najczęściej dwa stare psy.

Z psem występował też żebrząca kobieta, która stała przy DH Merkury. Kiedyś widziałem, jak przekazywała utarg młodej kobiecie, która do niej podeszła. Prawdopodobnie taki był sposób utrzymania całej rodziny.

Inna podobna kobieta żebrała w oknie hotelu Polonia na Piłsudskiego. Pojawiło się też sporo żebrzących Cyganek z Rumunii. Z latami było ich coraz mniej ale jeszcze je się spotyka, najczęściej przy wejściu do kościoła pw. św. Wojciecha.

 

Polskich żebraków spotyka się nadal. Nie jest ich wielu ale bywają czasem oryginalni.

 

Są też bezdomni, którzy nie żebrzą. W moim osiedlu kiedyś wpadli na pomysł zamieszkania w namiociku na terenie małego parczku.

Chyba zrezygnowali, gdy zorientowali się, że zrobiłem to zdjęcie. Ostatnio już się tam nie rozbijają.

Barwną postacią był mężczyzna, którego nazwałem Filologiem, bo można było go spotkać przed wejściem do Instytutu Filologii Polskiej UWr. W pewnym okresie kręciło się tam sporo wielbicieli trunków a może i lektury.


W okolicy ul. Krupniczej kręcił się Św. Mikołaj, przez cały rok w czerwonym stroju.

Nie wszyscy oryginałowie żyli na tzw. koszt społeczeństwa. Można było spotkać osoby ciężko pracujące. I tak na rogu ulic Kołłątaja i Rejtana przez lata sprzedawała kwiaty pewna starsza pani. Prawdę powiedziawszy smutno mi trochę, że już jej nie ma.

Czas a później i pandemia wymiotły wspomniane osoby z ulic miasta. Z pewnością są i będą następne. Takie już bywa życie.

piątek, listopada 12, 2021

Ciocia Józia.

 Staremu człowiekowi rozmaite rzeczy przypominają się w różnych momentach. I tak na ostatniej wystawie w BWA na Dworcu Głównym zobaczyłem lampę przykrytą dość szczelnym abażurem z tkaniny. I przypomniała mi się Ciocia Józia.

Blisko siedemdziesiąt lat temu to było. Moi Rodzice byli jeszcze młodymi ludźmi, skorymi do zabawy. A było wtedy w modzie chodzenie na tzw. prywatki. Teraz nazywa się to domówkami. Zaprzyjaźnione osoby spotykały się w mieszkaniu należącym do kogoś z tego grona i bawiły się przy muzyce z gramofonu. Moi Rodzice na to chodzili a ja byłem jeszcze bardzo mały i nie mogłem zostawać sam. No i wtedy przychodziła do mnie Ciocia Józia, starsza kobieta, samotna, która mieszkała w komórce - piwnicy w tym samym domu, co my. Kładziono mnie do łózka, włączano niedużą lampę stojącą, której klosz przykrywano dodatkowo tkaniną tak, że w pokoju był półmrok. Ciocia Józia siadała na krześle obok i opowiadała mi bajki aż zasnąłem a później siedziała przy mnie aż do powrotu moich Rodziców.

Ciocia Józia miała na nazwisko Kaiser, tak samo, jak brzmiało panieńskie nazwisko mojej Babci. Myślałem, że rzeczywiście była jakąś naszą krewną, dzisiaj nie mam w tej sprawie pewności. To mogła być tylko zbieżność nazwisk, bo Kaiser występuję czakiem często. Miałem nawet w szkole kolegę, który tak się nazywał. A Ciocia mogło być przezwiskiem stosowanym czasami przez osoby młode w stosunku do starszych. Raz, może dwa, byłem w "lokalu" zamieszkiwanym przez Ciocię Józię. Dzisiaj jest nie do wyobrażenia, by starsza osoba mogła mieszkać w takich warunkach. Wtedy nie było to dziwne. W każdym razie mnie nie dziwiło. Ciocia Józia zmarła krótko po naszym wyjeździe z Jarosławia. Na Nowym Cmentarzu jest pochowana Józefa Kaiser (1881 - 1963), być może to ona. W tym samym grobie pochowano jeszcze trzy osoby więc jakaś rodzina istniała. Pamiętana przeze mnie Ciocia Józia mieszkała sama ale mogła mieć jakichś mieszkających w innym miejscu krewnych. A wiek pasuje.

poniedziałek, listopada 01, 2021

Kolejny rok mija.

 Coroczne rytuały odprawione. Spacerek w trzy miejsca, tym razem na dwie raty aby dobrze wykorzystać czas.


Zawsze staram się zrobić to nieco wcześniej, by nie przepychać się w tłumie. Tłumu nie lubię.

A w międzyczasie, między pierwszym wyjściem z domu a drugim, czekałem na wampirki.

Chyba ten zwyczaj już się przeżywa. Był czas, gdy przez cały wieczór przychodziły dzieciaki pojedynczo i grupowo po słodycze a w tym roku najpierw grupka małych chłopców, którzy nawet nie bardzo wiedzieli, co robią, a później dwóch młodzieńców w wieku Dominika. Ci bawili się bardziej tym, że choć już są prawie dorośli, to jeszcze mogą pozachowywać się jak dzieci. Może to skutek rocznej przerwy wywołanej pandemią.

W każdym razie dzień zakończyłem sprzątając zgodnie z zapowiedzią daną żonie.


I do następnego roku.


sobota, października 30, 2021

Zaraza.

 Mieszkam niby w spokojnym, kulturalnym miejscu. A jednak i tutaj doszła zaraza obszczymurów.



Że też takie coś po ziemi łazi i brudzi.

sobota, października 23, 2021

Jeszcze działam.

 No i prawie dokładnie przez cztery miesiące żadnego wpisu. Z jednej strony jakieś takie zniechęcenie, jakby bezsiła. A drugiej nie bardzo jest o czym pisać. pandemia ograniczyła moją aktywność. Nie ma zajęć dla starców, a ja sam unikam zdarzeń podczas których spotkać się mogę z tłumem. Jest to zresztą zgodne z moim usposobieniem. Nigdy nie przepadałem za licznymi zgromadzeniami. Za to nieźle funkcjonuję w warunkach kameralnych, kilka, maksymalnie kilkanaście osób. Wiadomo, że w takich uczestniczą tylko zainteresowani, łatwiej znaleźć wspólny język.

Co mnie skłoniło do powrotu, może chwilowego, do pisania tutaj? Zmarł mój przyjaciel od lat szkolnych, Jurek. W poniedziałek (dzisiaj jest sobota). Jest powiedzenie, że prawdziwi przyjaciele mogą nie widzieć się latami a kiedy wreszcie się spotkają, rozmawiają tak, jakby nie widzieli się najwyżej kilka dni. I z Jurkiem tak właśnie było. Kilka lat temu Jurek wyraził swój zachwyt zdjęciami Tomasza Olszewskiego (zm. 2020). Z jednej strony przypominały mu czasy naszej młodości we Wrocławiu, z drugiej Jurek zawsze cenił niezłe fotki. Postanowiłem zrobić mu niespodziankę i kupić album tych zdjęć Olszewskiego.


Miałem zamiar dać mu je podczas najbliższego spotkania, przy okazji zjazdu absolwentów naszego liceum. Niestety, z powodu pandemii, zjazd planowany na ubiegły rok, nie odbył się. Co zrobić z tą książką? Jedną z opcji było odszukanie syna Jurka z pierwszego małżeństwa i przekazanie mu albumu jako jednemu ze spadkobierców. Inną, myślę, że lepszą, bo odpowiadającą i Jurka, i mojemu usposobieniu, było przekazanie jej do biblioteki szkolnej. Przyda się młodym ludziom do doskonalenia znajomości języka, uzupełnienia wiadomości z historii oraz rozwijania świadomości estetyki fotografii.. Wczoraj pojechałem do Żarowa i szczęśliwie wręczyłem ten album obecnemu dyrektorowi szkoły, także jej absolwentowi.

A wyprawa miała jeszcze jeden cel. Uczestnictwo w odsłonięciu tablicy i wysłuchanie odpowiedniego wykładu. Było miło i bardzo interesująco.



poniedziałek, czerwca 21, 2021

Gorąco.

 Ten weekend przesiedziałem w domu. Miałem ochotę dokądś wyjść ale nie chciałem się przy tym zabijać. Za gorąco. Może w przyszły weekend będzie przyjaźniej.

Pierwszy raz zrezygnowałem z wycieczki z powodu upału w 2018 r. To była trasa do Jerzmanowa i Jarnołtowa. Wyszedłem z domu, dojechałem autobusem do Nowego Dworu i... wróciłem do domu, też autobusem. Okazało się później, że wytrwał częściowo Lech. Był w Jerzmanowie i doszedł do karczmy "Rzym", gdzie poczekał z częścią grupy na tych, którzy wybrali się na ścieżkę przyrodniczą w stronę Ratynia. Ściągnąłem sobie wtedy opis tej ścieżki i zaproponowałem, że kiedyś przejdziemy się nią we dwóch. I już się nie przejdziemy, tak samo, jak nie odbędziemy innych zaplanowanych wycieczek.

czwartek, czerwca 17, 2021

Jeszcze jestem.

 Milczenie nie oznacza, że mnie już nie ma. Jestem, jestem. Jedynie tryb życia zmienił mi się bardzo, stał się emerycki, zgodnie z powszechnymi wyobrażeniami. Co gorsza, spodobało mi się to. A z drugiej strony poważnie zaniepokoiło. Szczęśliwie od połowy kwietnia trochę to zmieniłem, uaktywniłem się, głównie wyjazdowo. Do dzisiaj udało mi się dwa razy być w Kątach Wrocławskich i raz w Żarowie. Uczestniczyłem w trzech wycieczkach: do Milicza i Goszcza, do Bolesławca i Kliczkowa oraz do Gostynia, Pawłowic i Rydzyny. Ponadto odbyłem kolejową podróż okrężną na trasie Wrocław - Wałbrzych - Kłodzko - Wrocław.

W ten sposób udało się załatwić umieszczenie w odpowiednim miejscu narzędzi - pamiątek. Mnie one do niczego się ie przydadzą, a ktoś może oglądając je nauczyć się czegoś o nie tak dawnym rzemiośle. A odwiedzenie Milicza miałem zaplanowane na ubiegły rok. Niestety, wtedy ze względów covidowych się nie udało, wyszło teraz.

Jutro ruszają spacery z przewodnikami miejskimi. Może wybiorę się na niektóre choć na przeszkodzie staną upały, które właśnie się zaczęły. Prawdziwie odpowiada to określeniu Dominika sprzed dziewięciu lat: "To nie jest wiosna, to jest lato i pół". No i oczywiście, tradycyjnie, nakładanie się terminów. Najważniejsze jednak, by nie siedzieć cały czas w domu.


A na zdjęciu żarowski dom, w którym wiele lat temu mieszkał jeden z moich szkolnych kolegów.