Ostatnio popisałem trochę o różnych oryginałach, których zdarzało mi się przez lata spotykać. Napomknąłem też o takich z bliskiego otoczenia, tych od namiotu. Dzisiaj o innych przypadkach zaobserwowanych lokalne. Rozmaitych dość.
W dawnych czasach raczej nie spotykało się osób bezdomnych czy żebrzących poza najbliższym otoczeniem kościołów. Pamiętam, że w latach siedemdziesiątych w mojej okolicy pojawiał się jeden taki mężczyzna. Potężny, wysoki i szeroki, zawsze dokładnie owinięty jakimiś ubraniami. Nosił na sobie wielki tobół z całym chyba swoim dobytkiem. Przyjeżdżał tramwajem i szedł gdzieś, chyba za basen. Przypuszczam, że w jakiejś altance na tamtejszych działkach nocował. Spotkałem go co najmniej kilka razy ale nigdy nie widziałem jego twarzy.
W latach dziewięćdziesiątych, po powodzi 1997, częściowo zaprzestano uprawiania działek nad Ślęzą. Większość stała odłogiem ale dwie czy trzy były użytkowane. I na nich stały altanki. Z czasem chyba dotychczasowi użytkownicy się wykruszyli a w altance jednej czy dwu zamieszkali bezdomni. Niektórzy przesiadywali przy pętli tramwajowej, inni wędrowali ulicami osiedla. Jeden z jakiegoś, niewiadomego mi powodu upodobał sobie relacjonowanie mi ich życia. Kiedy tylko zobaczył mnie na ulicy, podchodził i zaczynał opowieść: a to ktoś się wprowadził na działkę, a to ktoś się wyprowadził, ktoś zachorował, inny umarł,... Z czasem teren się zmienił, altanki zniknęły, ich mieszkańcy też. Teraz jest tam Park Mamuta.
Jednak są inni już bezdomni na osiedlu. Tacy od namiotu ale też jest mężczyzna zawsze bardzo schludny. Kto by nie znał jego towarzyszy, szczególnie jednego, nie domyśliłby się z jakim przypadkiem lusu ma do czynienia.
Niedaleko ode mnie mieszkała pani, chora najwyraźniej psychicznie, która miała chyba troje dzieci. Najstarszego syna w ogóle nie pamiętam. Średnia była córka. Ją pamiętam, dawno wyprowadziła się. A ja o najmłodszym. Pamiętam go jako spokojnego i bystrego chłopca, później młodego człowieka. Podobno bywał u nas w domu i korzystał z naszych książek. Być może, takich dzieciaków było trochę. Ukończył jedną z renomowanych wrocławskich szkół średnich i poszedł do seminarium duchownego. Skończył je i został wyświęcony na księdza. Jednak z jakiegoś powodu szybko przestał uprawiać wyuczony zawód, relegowano go ze zgromadzenia i wrócił do matki. Być może z powodu trudnych dla poszukujących pracy czasów, może z innego, grunt, że żadnej pracy sobie nie znalazł. Jednak honorowy był. Codziennie rano wychodził z domu w czystej, jasnej koszuli, spodniach z zaprasowanymi kantami i z teczką w ręce. Tak szedł do tramwaju i jechał dokądś. Wyglądał jak młody urzędnik udający się do biura. Jednak ne biuro było jego celem lecz miejsce, gdzie mógł się przebrać i wyglądając już znacznie mniej nobliwie zabierał się za zarabianie na życie. A robił to zbierając puszki po napojach. W tamtym czasie było to dość popularne zajęcie wśród bezrobotnych. Przeważnie pracował w okolicy CH Borek. Musiał być dobry w tej pracy, bo nawet udało mu się kupić używany samochód. Nie był to Mercedes, miał go krótko ale zawsze coś. Tylko niestety z czasem nieco się rozpił i już przestał być młodym urzędnikiem. Mama po rozmaitych przebojach sprzedała mieszkanie - połówkę domu i jej syn stracił dach nad głową. Niewiele rzeczy, które miał, wystawiono mu w reklamówkach pod płotem. Widziałem, jak stopniowo dokądś je wywoził. Później widziałem go już tylko raz, w okolicy schronu na Stalowej. Wyglądał mało ciekawie, chyba mnie zauważył, bo jakby się zawstydził. To było kilka a może nawet kilkanaście już lat temu. Więcej go nie spotkałem, choć często bywam i w CH Borek i na Grabiszyńskiej w okolicy Stalowej.
Z zupełnie innej beczki. Ojciec jednej z moich sąsiadek, bardzo porządny nawet dostojny pan ze szkoły lwowskiej. Będąc w zaawansowanym już wieku tracił szybko wzrok. Nie przeszkadzało mu to jednak jeździć samochodem. Miał swoją, dobrze znaną trasę i jechał Polski Fiatem 125p z szybkością nie przekraczającą 20 km/h. Twierdził, że pamięta każdą dziurę w jezdni i kieruje się tym jak mu autko podskakuje. Było to dawno. Ech, były czasy. Samochodów niewiele, ruch malutki. Tak więc nigdy nic się nie stało.
Tak sobie sam ze sobą plotkuję. A może ktoś uznałby za godnego wspomnienia oryginała, który uparcie chodzi środkiem jedni a ponieważ ma lepszy słuch niż wzrok, nie ogląda się, czy coś nie nadjeżdża. Słyszy to.
No i jest odpowiedni obrazek.















