piątek, października 09, 2015

Ale wstyd.

Byłem drugi raz w Żarowie, w minioną środę. Cel zasadniczy to ponowne szukanie wiadomego pomnika. I znowu go nie znalazłem. Obszedłem miejsce, gdzie się go spodziewałem i nic. Poszedłem też na sąsiednie wzgórze, wskazane mi w minionym tygodniu przez miejscowego młodego człowieka. Oczywiście bez skutku. Wolałem jednak sprawdzić, bo a nuż ktoś przeniósł pomnik w miejsce bardziej dostępne. Wreszcie udałem się do Izby Historycznej.
Wpadło mi do głowy, że może pomnik dla większego bezpieczeństwa przeniesiono do lapidarium albo na cmentarz. W Izbie wywołałem popłoch, bo od wejścia rzuciłem: "Gdzieście go przenieśli? Pomnik!" Nastąpiła wielka mobilizacja, ściągnięto znajomego z samochodem i udaliśmy się na miejsce. I co? I pomnik tam jest. To dlaczego go nie znalazłem? Przecież to nie powinno mi się zdarzyć. Okazuje się, że przesunęły się w ciągu minionych ośmiu lat granice roślinności. Przedtem wystarczyło przedrzeć się przez pas jeżyn i było się przy pomniku. Teraz jeżyn przy nim nie ma wcale, jest jednak dość ściśle otoczony wysokimi krzewami. Wyższymi od niego. To chyba skutek ocieplenia klimatu. No i pomyliłem się o 10 - 15 m. Nie sposób zrobić teraz takie zdjęcia, jak robiłem przed laty. Chyba, że wcześniej wykarczowałoby się te krzewy. Zauważyliśmy, że jacyś poszukiwacze szczęścia dobrali się do cokołu i wydrapali sporo zaprawy, usuwając przy tym jeden z kamieni. Jak tak zostanie, to za jakiś czas pomnik może upaść. A szkoda by było świadka historii. Może ludzie z Izby zdołają dokonać napraw.
Drugim celem wyjazdu do Żarowa było zobaczenie nowej wystawy. W związku z wywołanym przeze mnie zamieszaniem zdołałem tylko rzucić pobieżnie okiem. Może jeszcze raz się wybiorę? A jest powód.
Jednak można posiedzieć w Żarowie przy kawie. Wiem to znowu dzięki nieocenionym panom z Izby. Podawała bardzo miła młoda pani. Powiedziała, że podają też smaczne jedzenie, przygotowywane przez samą szefową. Chyba będzie trzeba kiedyś spróbować.

sobota, października 03, 2015

Po lecie.

Skończył mi się letni program spędzania czasu. Zaczynam program pozaletni. Na razie jeszcze mam miejse na sporo zdarzeń ale dość szybko go ubywa.
Zgodnie z planem byłem na zjeździe w Świdnicy. Trochę zmieniłem jedynie sposobu transportu. W pierwszy dzień jechałem w obydwie strony samochodem (Kasia mi pożyczyła), w drugi dzień tam pociągiem a powrót busem. Na zjeździe było pięknie. Przynajmniej w moim odczuciu. Tradycyjnie z rocznika było nas najwięcej, bo dziesięcioro (5 + 5). Lubie spotykać te osoby, a gdyby było nas więcej, lubienia też by przybyło. Na razie pożegnaliśmy się na kolejne pięć lat, chyba, że uda się jakoś spotkać wcześniej.
A zaraz po zjeździe odwiedził mnie Andrzej. Na prawie tydzień. Trochę razem połaziliśmy, trochę pogadali. Pojechaliśmy też do Żarowa, by Kuzyn odświeżył wspomnienia. I przy tej okazji zdecydowałem się pokazać mu to, o co dopominał się kiedyś - pomniki wojenne. Pomnik ofiar I wojny światowej trwa, jest tylko mocno zaniedbany. Gorzej, że nie znalazłem drugiego pomnika, ofiar wojen prusko-austriackiej i francusko-pruskiej. Są dwie możliwości, obydwie niewesołe. Albo, co mniej prawdopodobne, źle zapamiętałem miejsce, gdzie pomnik stoi, albo, co niestety bardziej prawdopodobne, już go nie ma. Mógł zostać przeniesiony (tylko po co?), mógł też zostać zniszczony. Przykro, ale taka możliwość, zniszczenia, jest prawie pewna, to pasuje do lokalnej kultury środkowoeuropejskiej: walki z nieboszczykami, niszczenia pomników i cmentarzy. W nadchodzącą środę raz jeszcze wybiorę się do Żarowa, tym razem sam. Sprawdzę znane mi miejsce, gdzie stał pomnik oraz odwiedzę Izbę Historyczną, by obejrzeć nową wystawę.
A w ogóle Żarów nieco mnie przygnębił. Widać, że znacznie ostatnio podupadł. Sporo lokali zamknięto, panoszy się roślinność ruderalna, w oczy rzuca się zaniedbanie. No i nie bardzo jest gdzie usiąść, by napić się kawy. Przynajmniej w poniedziałek.

Odliczanie

Dzisiaj zmarł Franciszek Walicki ps. Jacek Grań. Wiele miłych wspomnień kojarzy mi się z jego działaniami.
A jutro czterdziesta piąta rocznica śmierci Janis Joplin.

wtorek, sierpnia 25, 2015

Szast, prast i po wszystkim.

To na górze, to cytat z klasyki. Trochę na wyrost. Chodzi mi o to, że wakacje mają się ku końcowi. Oczywiście można zaraz zauważyć, że ja przecież jestem na swoich ostatnich i najdłuższych wakacjach więc o co mi chodzi, nic się nie kończy. A jednak jest różnica. W lipcu i sierpniu mam zupełnie inny rozkład zajęć niż przez pozostałą, większą część roku.
A tym razem lipiec i sierpień przemknęły mi. Najpierw miałem wolne od żony, bo Kasia przez trzy tygodnie była w Brukseli. Nawet nie zauważyłem, kiedy to minęło. Później na trochę pojawił się u mnie Dominik. Fajnie było ale za krótko. Następnie biegali mi tu Konstancja i Eliasz. Trochę z rodzicami, trochę bez. Ruch był ale już minął. Końcówka sierpnia spokojna. We wrześniu będę przestawiał się w tryb jesienno - zimowo - wiosenny.
W minioną niedzielę znajoma zapytała mnie, na ilu wycieczkach z Kołem Przewodników Miejskich byłem, stu czy stu dwudziestu. Nie wiem, nigdy nie zastanawiałem się nad tym. Po prostu chodzę, bo lubię, bo uważam to za godne i zdrowe zajęcie. Jak pomyślę, to chyba wyjdzie mi więcej niż 120. Ale przecież to zupełnie nieistotne.
W trzeci weekend września pojadę do Świdnicy, na zjazd. Wymyśliłem sobie jechać pociągiem. Teraz jest dogodne dla mnie połączenie szynobusów z Grabiszyna. Jeśli pogoda dopisze, aura nie zechce wyrównywać dotychczasowego niedoboru opadów, to najlepsza wersja podróżowania. Po kolejnych pięciu latach zobaczę Koleżanki i Kolegów. Bardzo chętnie jeżdżę na te spotkania. Natomiast nie chciałem jechać i nie pojechałem na lipcowe spotkanie do Krobielowic. Tam skład osobowy był inny, większość stanowili ludzie, których nie widziałem od 1974 roku. Obawiałem się wrażenia, jakie na sobie wywrzemy po tylu latach niewidzenia się. Całkiem odmienna, trudniejsza dla mnie sytuacja.

czwartek, czerwca 11, 2015

Pamiętać.

Bywa, że są obok nas ludzie skromni, którzy jednak w rzeczywistości dużo znaczą dla pewnej społeczności. Po pewnym czasie odchodzą i pamięć o nich też ginie. A szkoda. Warto pamiętać na przykład o Sławku Solce, jednym z pionierów orientacji sportowej. Ilu on ludzi nauczył tego pięknego zajęcia, ilu skłonił do aktywności fizycznej na łonie przyrody.
Myślę, że warto pamiętać o fotografie z Żarowa, Józefie (?) Babicu. Nadano mu niezbyt ładne przezwisko, bo był inny, niż większość bliźnich, wesoły, żartowniś, z nieco zakręconymi pomysłami. Cóż, wyróżnianie się, oryginalność przed laty, a chyba i teraz, niekoniecznie są dobrze widziane. Tak sobie myślę, że w miasteczku powinno się jakoś utrwalić pamięć o tej osobie. A może rodzina, jeśli jest, zachowała po nim jakieś materiały. Jeśli tak, mogłaby powstać wspaniała wystawa - galeria dawnych mieszkańców Żarowa. Przecież przez lata fotografował on wszystkich.

piątek, czerwca 05, 2015

Cmentarz.

Dzisiaj byliśmy na cmentarzu przy ul. Smętnej na Sępolnie. Przyczyną był pogrzeb doc. dra Bronisława Jaska, matematyka, pierwszego dziekana Wydziału Podstawowych Problemów Techniki Politechniki Wrocławskiej a więc wydziału, który ukończyłem i ja, i Kasia, i Ola. Przy czym Kasia i ja studiowaliśmy w okresie, gdy doc. Jasek był dziekanem.
Wspominam go jako znakomitego i serdecznego opiekuna młodzieży oraz świetnego wykładowcę. Znał nas wszystkich, z każdym potrafił porozumieć się, doradzić, pokierować odpowiednio do potrzeb. Jako dydaktyk był wzorem systematyczności, precyzji wypowiedzi, umiejętności wyjaśniania nawet trudnych zagadnień. Jego wykłady były niesamowite, przygotowane niezwykle solidnie. Nie zawierały ani jednego zbędnego słowa ale też ani jednego słowa w nich nie brakowało. Dla mnie wzór, niedościgły wzór. W każdej minucie pokazywał, jak należy uczyć. Podobnie, jak był wzorem wychowawcy - opiekuna. Może właśnie kontakt z doc. Jaskiem spowodował, że tak uparcie chciałem sam uczyć i byłem przez całą swoją zawodową "karierę" nauczycielem w szkołach rozmaitych szczebli. A mój kontakt z Panem Docentem, Panem Dziekanem był nieco większy niż moich kolegów. Byłem jego studentem ale też przez pewien czas starostą (przewodniczącym) roku i działałem w organizacji młodzieżowej. Te czasy, te kontakty z Panem Dziekanem wspominam bardzo mile stale darząc Jego Osobę szacunkiem i wielkim podziwem.
Dowiedziałem się dzisiaj, podczas pogrzebu, że doc. Jasek był nie tylko matematykiem. Był też amatorem regionalistą. Zajmował się historią okolicy, z której pochodził, terenów wokół Kozienic. Bardzo interesujący to fragment jego życiorysu.
Pan Dziekan przeszedł na emeryturę dość dawno, w 1990 roku. Przez minione 25 lat wyrosło całe pokolenie absolwentów WPPT, którzy Go nie poznali jako nauczyciela i opiekuna. Stąd na pogrzebie byli jedynie starzy absolwenci a i tych przyszło niewielu. Szkoda, że obecne władze Wydziału nie miały możliwości uświadomienia obecnych studentów, kto od nas odszedł.
Nie byłbym sobą, gdybym nawet przy takiej okazji nie zaspokoił choćby w małej części swoich obecnych zainteresowań. Wykorzystałem możliwość obejrzenia wnętrza kaplicy cmentarnej, czego wcześniej zrobić nie zdołałem. Myślę, że Pan Docent, regionalista przecież, nie miałby mi tego za złe.

poniedziałek, maja 18, 2015

Psy.

Zdałem sobie sprawę, że w okolicy prawie nie ma psów. Dawniej niemal w każdym obejściu był pies, czasem więcej psów. Niektóre z nich szwendały się po ulicach wiosną tworząc watahy złożone czasem z kilkunastu osobników. O kilku lat już tak nie ma. Na moim odcinku ulicy został chyba tylko jeden pies, schowany za szczelnym parkanem. Biegających luzem nie ma od dość dawna. Co prawda na chodnikach można zauważyć ślady zostawione przez te czworonogi ale są to te, które wyprowadzają na smyczy, a jakże, kulturalni inaczej właściciele, zapewne mieszkańcy niedalekich bloków.
Z pewnością swobodnie biegające psiaki zniknęły z powodu zwiększonego ruchu samochodowego ale dlaczego niemal całkowicie zginęły zwierzaki ogrodowe? Ludzi mniej. Ci, co są nie mają już zdrowia na zajmowanie się zwierzakami?

piątek, maja 15, 2015

Taki piątek.

Rano włączyłem telewizor i w pasku przeczytałem: zmarł B. B. King. Odszedł kolejny wielki, którego mogłem słuchać prawie bez końca.
Zamówiłem sobie w empik.com "Leksykon zabytków Górnego Śląska". Nie zwróciłem uwagi na to, że opis nie jest zgodny z towarzyszącym mu obrazkiem. I okazało się, że to obrazek był doby, otrzymałem "Leksykon zabytków Dolnego Śląska", którego jeden egzemplarz już wcześniej miałem. Myślę sobie, że nie warto składać reklamacji. Po prostu dam dublet komuś znajomemu, który będzie umiał z niego skorzystać. Może Asi? Może Przemkowi? A może Oli?

wtorek, maja 12, 2015

Puściej.

W okolicy robi się coraz bardziej pusto. Znowu zmniejszyła się liczba sąsiadów. Starsi, a czasem i ci w średnim wieku, umierają. Zwykła kolej rzeczy. Młodsi powyjeżdżali, zostali nieliczni. Najmłodszych brakuje. Tylko jeden Adaśku na połowie ulicy. Całkiem inaczej było pokolenie temu. Wtedy dzieci było sporo, bawiły się w ogrodach, na ulicy. Teraz pojawiają się, gdy zostaną przywiezione, by odwiedziły dziadków. Domy w okolicy albo są puste albo mało zasiedlone. I to przez osoby w zaawansowanym wieku. Nawet gazet nie ma kto kupować. Z trzech kiosków dwa zniknęły, został jeden prowadzony bardziej jako rodzaj hobby niż dla zarobku. Kiedyś była księgarnia, teraz nie ma. Jedynie spożywczaków przybyło.

piątek, kwietnia 17, 2015

Po co mi to?

Byłem wczoraj w Kinie Nowe Horyzonty na spotkaniu z Martinem Pollackiem. Poświęcone było jego książce "Skażone krajobrazy". Oczywiście przedtem książkę przeczytałem. Ciekawa, poruszająca. Autor pisze o potrzebie wyjaśnienia przypadków masowych mordów, ogólniej zabójstw popełnionych podczas wojen. Różnych wojen, nie tylko II światowej. Także tego, co działo się na Bałkanach. Zresztą to można rozszerzać niemal dowolnie, bo dlaczego nie. Chce, by w miarę możliwości wskazać miejsca takich zdarzeń, lokalizacje grobów, określić kto i kiedy był sprawcą, kto ofiarą. Nie znalazłem tego zapisanego jawnie ale można domyślać się, że chodzi mu między innymi o to, by takie rzeczy nie powtórzyły się. Kieruje nim chyba poczucie winy za czyny, jakich dopuścił się jego ojciec, zresztą też zabity skrycie już po wojnie. Wydaje mi się, że takie poczucie winy jest niepotrzebne, dzieci ne mogą odpowiadać za czyny rodziców. A w skutek prewencyjny wierzyć może tylko ktoś naiwny. Wiedza o okropnościach I wojny nie powstrzymała nikogo przed wszczęciem wojny II. Podobnie, to co wiadomo o II wojnie, nie zapobiegło wojnie koreańskiej, wietnamskiej czy tym, które pod koniec XX wieku toczono na Bałkanach.
Mam w związku z tym spotkaniem i książką jeszcze jedną, bardziej osobistą wątpliwość. Czy rzeczywiście powinno się dogłębnie odkrywać i ujawniać wszystkie fakty dotyczące tych okropnych wydarzeń. Otóż jeden z moich dziadków został zabity pod koniec wojny, w 1945 roku. Przez 68 lat znałem wersję następującą: wyszedł w swoje pole (był rolnikiem) i tam został zastrzelony przez Werwolf. Dokładnie przez kogo, nie wiadomo. Koniec, kropka. Nigdy więcej w rodzinie na ten temat się  nie opowiadało. Dopiero dwa lata temu mój ojciec powiedział, że było inaczej. Wyrwało mu się, że domyśla się, gdzie dziadka pochowano. Bo grobu dziadka nie ma na cmentarzu w Łagiewnikach Małych. A powinien tam być, gdyby dziadek stracił życie w rodzinnej wsi. Otóż ojciec mówił, że dziadek nie został zastrzelony lecz postrzelono go. Został wyprowadzony z domu i strzelono do niego. Strzelającym był jakiś kuzyn. Dziadek został tylko ciężko ranny, odstawiono go do szpitala w pobliskim mieście i dopiero tam zmarł. W takim razie zapewne pochowano go na cmentarzu w tym mieście. Po 70 latach zapewne jego grobu już nie ma. A ten kuzyn bywał wcześniej w domu u dziadka. Ponoć miał z nim jakiś zatarg, być może chodziło o dawną pracę dziadka w charakterze strażnika leśnego. Historia ciekawa, ciekawsze, że nigdy wcześniej ani mój ojciec, ani znane mi dwie jego starsze siostry, ani moi starsi kuzynowie, którzy w 1945 roku byli już świadomi rozgrywających się koło nich wydarzeń, nigdy tak o śmierci dziadka nie mówili. Nigdy też nie mówili o miejscu jego pochówku ani nie jeździli, by zapalić świeczki czy złożyć kwiaty na jego grobie. Był, zginął, nie ma.
I tak sobie myślę, że wcale nie cieszy mnie to, co opowiedział dwa lata temu mój ojciec. Po co mi ta wiedza? Co mam z nią zrobić? Czy mam może przyglądać się bacznie kolejnym dalekim kuzynom i zadawać sobie pytanie, którego z nich ojciec lub dziadek zabił mojego dziadka? I dlaczego? Chyba lepiej, gdybym znał tylko tę wersję z anonimowym w gruncie rzeczy Werwolfem. Nawet jeżeli nie odpowiada ona na pytanie, gdzie jest ten dziadka grób i dlaczego mój ojciec konsekwentnie zapala znicze przed pomnikami poległych w minionej wojnie, choć dotyczy to I wojny światowej  i on o tym wie. A opowieść ojca mam traktować jak majaczenia starczego umysłu? Nie będę go dopytywał. Nie chcę takiej wiedzy, która aż tak bardzo będzie niepokoić i wywoływać tak okropne skutki.

wtorek, kwietnia 07, 2015

I po świętach.

No i minęły kolejne święta. Tym razem częściowo spędzone z Dominikiem. Przemek przywiózł go do Wrocławia w czwartek. Młodziec poznał swoją nową siostrzyczkę a w piątek został przywieziony do mnie. Powiedział, że chce u mnie spać. Wybrał sobie miejsce na kanapie na dole.
Przed spaniem bawił się i wybrał książki, które chciał zabrać ze sobą.
W sobotę przed południem pojechaliśmy do Lądka, do Babci. A tam po obiedzie godzinna tura wozem konnym, spacer przez uzdrowisko a po kolacji ciasta i lody w kawiarni. Pełnia zadowolenia.
W niedzielę było gorzej. Chyba mu te lody zaszkodziły. Czuł się słabo, jeść nic nie chciał. Po południu wróciliśmy do Wrocławia i Dominik poszedł do Taty na spotkanie z drugimi Dziadkami. Nie widział się z nimi od sierpnia. Później samopoczucie mu się stopniowo poprawiało. Dzisiaj Przemek odwiózł go na Dużą.
Po rozstaniu z Wnukiem resztę świąt spędziłem sam w domu. Pogoda była nieco depresyjna: zimno, mokro, pochmurno. Poprawiałem sobie nastrój oglądaniem po raz kolejny "Zezowatego szczęścia". Genialne.
Dzisiaj już jest cieplej a przede wszystkim słonecznie. Nawet zachęciło mnie to do pozamiatania ulicy przed domem moim i Ojca. Po ostatnich wichurach było tam sporo igliwia. I, śmiechu warte, zaraz po moim zamiataniu przyjechała zamiatarka samochodowa i też posprzątała ulicę. Dwukrotnie. Mam posprzątane na wysoki połysk.

sobota, marca 28, 2015

Pierwsza doba wolności.

Kasia w Lądku Zdroju więc jestem wolny, wolniusieńki. Muszę to godnie wykorzystać.
Przejechałem się dzisiaj po wykładzie na Karłowice podpisać, co uważam za słuszne choć chyba mało skuteczne. Zobaczymy, jak wyjdzie.
Pani Renata Z. dzisiaj stwierdziła, że powinienem jeśli nie spisać, to przynajmniej nagrać wspomnienia, bo miałem ciekawe, urozmaicone życie. Potraktujmy to jako żart. Przede wszystkim mam, jeszcze mam dość długie życie. A jak życie długie, to trafiają się w nim jakieś ciekawe, czasem zabawne momenty. Ważne, by  je pamiętać i wspominać częściej niż te mniej ciekawe czy mniej zabawne. Chyba mam troszeczkę zdolności w tym kierunku więc ją wykorzystuję. Sprawia mi to przyjemność ale nie aż taką, by takie rzeczy jakkolwiek utrwalać. One są odrobinkę ważne tylko dla mnie.

niedziela, marca 15, 2015

Przejście.

Jutro mają zamknąć przejście podziemne na Świdnickiej. Poszedłem dzisiaj, by zrobić jeszcze jedno zdjęcie na pamiątkę.
Wcześniej, czekając przy zejściu aż skończą się fotografować przy krasnalu dwie dziewczyny, dość przypadkowo zrobiłem takie zdjęcie:
W domu zrzuciłem fotki na komputer i przesłałem na Flickra. I wtedy dokładniej je przeglądnąłem. Zdziwiłem się bardzo, gdy to zobaczyłem. Przez 22 lata nie zauważyłem takiego efektu.

środa, marca 11, 2015

Złapałem się.

Sezon spacerowo - wycieczkowy rozkręca się. W ciągu szesnastu dni byłem na czterech wycieczkach. Zawsze miałem przy sobie aparat fotograficzny. W obecnych czasach to nic dziwnego, dziwne byłoby, gdybym żadnego nie miał przy sobie. Przyłapałem się na tym, że już nie fotografuję standardowo najważniejszych obiektów na trasach lecz coraz częściej przyciągają mnie szczegóły, czasem dość drobne, albo elementy, które się zmieniają. Chyba tak być powinno.
Oczywiście nadal korzystam z możliwości chodzenia na interesujące mnie prelekcje, projekcje, wystawy. Mnóstwo jest takich ciekawych okazji, nie sposób być na wszystkich. Nie można się też nudzić, chyba, że się chce. Ja nie chcę.

poniedziałek, lutego 23, 2015

Pojechałem.

Pogoda trochę popsuła się ale na Maślice pojechałem. Obydwa kościoły zobaczyłem sobie z zewnątrz, bo pozamykane na głucho. Nawet nie ma możliwości popatrzenia przez jakąś szybkę czy kratkę. Kliniczny i podwójny przykład syndromu kościoła oblężonego. Trzeba będzie kiedyś, gdy dłużej będzie jasno, wybrać się w porze mszy, bo zobaczyć te "piękne", jak mówią, wnętrza trzeba.
A w środę do kina. Bilet już mam.

niedziela, lutego 22, 2015

Dałem.

Oj, chyba dałem ja wczoraj, dałem. Źle zlokalizowałem miejsce dawnego zegara na szkole przy Skwierzyńskiej i się przy tym upierałem. A wszystko przez to, że doświadczenie nauczyło mnie bardziej ufać zdjęciom, nawet słabym, niż tekstowi pisanemu, zwłaszcza artykułom gazetowym. No i zapatrzyłem się w zdjęcie, tym razem bardzo słabe. I nie uwierzyłem w tekst, najprawdopodobniej jednak prawdziwy. Ostateczne rozstrzygnięcie będę miał za miesiąc, bo ponoć w Muzeum Narodowym jest dobra dokumentacja fotograficzna, która zapewne pokażą na wystawie o metaloplastyce.
Słabym pocieszeniem jest to, że ostatnio miałem okazję natrafić na błędne informacje w pracy poważniejszej od artykułu prasowego. Chodziło o kościół w Żarowie, który zgodnie z tekstem projektowali panowie Overhoff i Foehe. Tymczasem nazywali się oni Franz Overkott i Otto Föhre. Niby mała różnica a jednak.
Pogoda ładna, warto ruszyć z programem własnym. Na początek wpadłbym na Maślice. A swoją drogą trzeba chyba założyć wreszcie porządną bazę danych, bo pamięć własna ma swoje ograniczenia. Tylko czy będzie mi się chciało?

wtorek, lutego 17, 2015

Ciach.

Dzisiaj wypadałyby urodziny mojej Mamy. Wypadałyby, gdyby żyła ale od czternastu lat już nie żyje. Czas pędzi.
Mama nauczyła mnie miłości i szacunku do książek. I właśnie dzisiaj, wobec nadchodzącej nieuchronnie, choć niezbyt szybko, przyszłości, musiałem poważnie przystąpić do zapełniania moimi starymi, choć nie aż tak bardzo starymi, książkami kontenerów na makulaturę. Tak się czuję, jakbym sam sobie amputował część mózgu. Muszę się znieczulić. A tu, jak na złość, Asia złapała jakiegoś wirusa i nie może mi towarzyszyć. Wspomaga mnie tylko w ograniczonym zakresie Kasia.

niedziela, lutego 15, 2015

Pomysł.

Wiosenna pogoda powoduje, że coraz trudniej wysiedzieć w domu. Wczoraj zrobiłem sobie drobny spacerek z aparatem fotograficznym - notatnikiem. Oczywiście chodże na rozmaite "imprezy" interesujące mnie. Ale to jeszcze mało. Wpadłem na pomysł odwiedzenia Grodkowa. Tyle razy przejeżdżałem obok tego miasta i ani razu w nim nie byłem. Czas to odrobić. Wymyśliłem sobie, że wtedy, gdy Kasia będzie w sanatorium, zrobię sobie tam jednodniowy wypad. Do Grodkowa, nie do sanatorium.
A jeszcze Opole czeka i  do Raciborza się chce. I jeszcze do Strzelina jest ochota.

wtorek, lutego 10, 2015

A co z bno?

No właśnie, a co z bno? Zapomniałem. No więc chyba ostatnie zawody, na jakich byłem, odbyły się we wrześniu 2009. Później musiałem odpuścić, bo miałem kłopoty z nogą. Jak się okazało, jakieś złamanie. Sam się wyleczyłem ale trochę to trwało i kuśtykałem. Nie chciałem więc pokazywać się zawodnikom, by nie robić złego wrażenia. O startach mowy nie było, sędziowania też odmawiałem. Jednak ciągle przedłużałem licencję. Wreszcie doszedłem do wniosku, że już wystarczy, że nie wrócę. Też w tym przeszedłem na emeryturę choć czasem ciągnie by pokazać się jako gość - kibic ale na razie nie zdecydowałem się.
I tak dzięki różnym okolicznościom zimę przebyłem jak podręcznikowy emeryt, który dokładnie żadnych obowiązków nie ma, chęci też niewiele. Zbliża się wiosna, zobaczę, jak będzie.

poniedziałek, lutego 09, 2015

Było.

Pierwsze półrocze ubiegłego roku przebiegało tak, jak się spodziewałem. Rutyna. Chodzenie na mecze siatkówki, do muzeów, na spacery z przewodnikami. Poza tym to, co nazywam programem własnym, czyli dreptanie po rozmaitych zakątkach miasta z aparatem fotograficznym poparte odpowiednią lekturą. Jedynie spacerów z przewodnikami było więcej, bo też wcześniej się zaczęły. Za to na niektóre mecze iść nie mogłem, bo odbywały się na tyle późno, że miałbym trudności z powrotem do domu. Niektóre zaś inne mecze zamiast we Wrocławiu, rozegrano poza nim. Nieco to denerwujące było.
W wakacje nastąpiła zmiana. Niewielka ale znacząca. Zmieniono formułę  spotkań z wolontariuszami, Teraz zwiedzający mieli całym stadem wędrować z wolontariuszem lub wolontariuszami od eksponatu do eksponatu. Cały czas w tłumie, nie odpowiada mi to. Pół żartem, pół serio mówię, że boję się tłumu w zamkniętym pomieszczeniu, mogę dostać ataku paniki i coś uszkodzić.
Później postanowiłem, że nie będę chodzić na siatkówkę. Zdecydowały trzy sprawy. Po pierwsze radykalne zmiany w składzie pierwszej drużyny. Zawsze interesujące było dla mnie obserwowanie rozwoju umiejętności zawodniczek, ich awans. A tu powstaje przerwa. Pierwsza drużyna nie ma już prawie nic wspólnego z tzw. zapleczem. Po drugie i trzecie to, o czym już wspomniałem: niedogodne pory rozgrywania meczów oraz przenoszenie ich poza Wrocław. Odebrałem to jako brak szacunku dla tych kibiców, którzy przychodzą do hali. Liczy się kasa z transmisji telewizyjnych oraz promocja i ściąganie młodych talentów z "prowincji".
I tak zostały mi spacery oraz program własny. Oczywiście też "dziadowskie obowiązki". Tak trwało do listopada. Dwunastego listopada przestałem mieć te obowiązki. Magda wyjechała zabierając ze sobą Dominika. Dokładniej mówiąc uciekła jak złodziej, potajemnie, bez pożegnania. W dodatku, czego później się dowiedziałem, opowiadając bzdury dziecku. Z mojego punktu widzenia odbyło się to tak. Przed południem miałem zaplanowany wyjazd na Księże Małe i Wielkie w ramach programu własnego. Wychodząc z domu zauważyłem, że stoi przed bramą samochód z napisami firmy zajmującej się klimatyzacją i ogrzewaniem. Pomyślałem, że w związku z bliskim już rozpoczęciem sezonu grzewczego konieczna stała się naprawa albo tylko przegląd pieca co. Normalka. Pojechałem, zobaczyłem i sfotografowałem, co trzeba. Wróciłem tak, by przyjść do szkoły w porze, gdy Dominik kończy zajęcia. Nie znalazłem go, a kolega z klasy, Kuba zapytał mnie, dlaczego Dominika w szkole nie było. Zdziwiony poszedłem do domu i zapytałem Kasię, dlaczego mi nie powiedziano, żebym bez potrzeby do szkoły nie łaził. Kasia na to, że Dominik jest chory. Ja: jak to chory, przed domem nie ma samochodu Magdy. I wtedy dowiedziałem się prawdy.  Przynajmniej jej części, bo nastęmne jej fragmenty dochodziły do nas później. O długach, o komornikach, o sprawach sądowych, o uzależnieniu,... I o tym, że Magda uroiła sobie, że to my jesteśmy jej największymi wrogami. Do tego stopnia, że utrudnia, jak tylko może, kontakty między nami i naszym wnukiem. Zabrała mu opłaconą przez Kasię kartę telefoniczną z wpisanymi naszymi numerami. Nie pozwala mu korzystać z jego konta Skype, mówiąc, że musi być cały czas zalogowana, bo zapomniała swego hasła. Podobnie z jego pocztą. Zabroniła Kasi dzwonić do niej a moich telefonów nie odbiera.
Od tego czasu udało nam się kilka razy rozmawiać z Dominikiem na Skype, gdy był on z Przemkiem. No i prawdziwe święto - spędziliśmy z nim półtora dnia podczas ferii zimowych. Też dzięki Przemkowi.
Ponieważ część długów zaciągniętych przez Magdę ma zabezpieczenie na hipotece domu należącego do mojego Ojca i mnie, staliśmy się dłużnikami rzeczowymi. Postanowiliśmy podjąć próbę sprzedania tej nieruchomości i ewentualnie też domu Kasi i mojego. Właściwie, jeśli dobrze się zastanowić, nie jest to całkiem zła sprawa. Starzejemy się, za 10 - 15 lat może nas już nie być. Kto w tym układzie przejąłby te chaty? Magda ani Dominik nie. Ola też nie wybiera się do Polski, miałaby z tym zresztą tylko kłopot. A i my nie będziemy w nieskończoność mieć siły do odśnieżania, koszenia, sprzątania, doglądania,... Najrozsądniej więc jest sprzedać to komuś, kto będzie chciał kupić za rozsądną cenę i samemu nabyć małe mieszkanko dla Ojca i nieco większe dla nas. A po nas jedno zostałoby dla Dominika a drugie dla Oli (i tak je zbędzie). Może się powiedzie.

niedziela, lutego 08, 2015

Po roku.

Od ostatniego wpisu minął rok. Myślałem, że już tu nie będę pisać ale chyba wrócę, bo jednak sporo się zdarzyło. A już liczyłem na spokojniutką rutynę. Nie ma tak dobrze.