poniedziałek, lutego 09, 2015

Było.

Pierwsze półrocze ubiegłego roku przebiegało tak, jak się spodziewałem. Rutyna. Chodzenie na mecze siatkówki, do muzeów, na spacery z przewodnikami. Poza tym to, co nazywam programem własnym, czyli dreptanie po rozmaitych zakątkach miasta z aparatem fotograficznym poparte odpowiednią lekturą. Jedynie spacerów z przewodnikami było więcej, bo też wcześniej się zaczęły. Za to na niektóre mecze iść nie mogłem, bo odbywały się na tyle późno, że miałbym trudności z powrotem do domu. Niektóre zaś inne mecze zamiast we Wrocławiu, rozegrano poza nim. Nieco to denerwujące było.
W wakacje nastąpiła zmiana. Niewielka ale znacząca. Zmieniono formułę  spotkań z wolontariuszami, Teraz zwiedzający mieli całym stadem wędrować z wolontariuszem lub wolontariuszami od eksponatu do eksponatu. Cały czas w tłumie, nie odpowiada mi to. Pół żartem, pół serio mówię, że boję się tłumu w zamkniętym pomieszczeniu, mogę dostać ataku paniki i coś uszkodzić.
Później postanowiłem, że nie będę chodzić na siatkówkę. Zdecydowały trzy sprawy. Po pierwsze radykalne zmiany w składzie pierwszej drużyny. Zawsze interesujące było dla mnie obserwowanie rozwoju umiejętności zawodniczek, ich awans. A tu powstaje przerwa. Pierwsza drużyna nie ma już prawie nic wspólnego z tzw. zapleczem. Po drugie i trzecie to, o czym już wspomniałem: niedogodne pory rozgrywania meczów oraz przenoszenie ich poza Wrocław. Odebrałem to jako brak szacunku dla tych kibiców, którzy przychodzą do hali. Liczy się kasa z transmisji telewizyjnych oraz promocja i ściąganie młodych talentów z "prowincji".
I tak zostały mi spacery oraz program własny. Oczywiście też "dziadowskie obowiązki". Tak trwało do listopada. Dwunastego listopada przestałem mieć te obowiązki. Magda wyjechała zabierając ze sobą Dominika. Dokładniej mówiąc uciekła jak złodziej, potajemnie, bez pożegnania. W dodatku, czego później się dowiedziałem, opowiadając bzdury dziecku. Z mojego punktu widzenia odbyło się to tak. Przed południem miałem zaplanowany wyjazd na Księże Małe i Wielkie w ramach programu własnego. Wychodząc z domu zauważyłem, że stoi przed bramą samochód z napisami firmy zajmującej się klimatyzacją i ogrzewaniem. Pomyślałem, że w związku z bliskim już rozpoczęciem sezonu grzewczego konieczna stała się naprawa albo tylko przegląd pieca co. Normalka. Pojechałem, zobaczyłem i sfotografowałem, co trzeba. Wróciłem tak, by przyjść do szkoły w porze, gdy Dominik kończy zajęcia. Nie znalazłem go, a kolega z klasy, Kuba zapytał mnie, dlaczego Dominika w szkole nie było. Zdziwiony poszedłem do domu i zapytałem Kasię, dlaczego mi nie powiedziano, żebym bez potrzeby do szkoły nie łaził. Kasia na to, że Dominik jest chory. Ja: jak to chory, przed domem nie ma samochodu Magdy. I wtedy dowiedziałem się prawdy.  Przynajmniej jej części, bo nastęmne jej fragmenty dochodziły do nas później. O długach, o komornikach, o sprawach sądowych, o uzależnieniu,... I o tym, że Magda uroiła sobie, że to my jesteśmy jej największymi wrogami. Do tego stopnia, że utrudnia, jak tylko może, kontakty między nami i naszym wnukiem. Zabrała mu opłaconą przez Kasię kartę telefoniczną z wpisanymi naszymi numerami. Nie pozwala mu korzystać z jego konta Skype, mówiąc, że musi być cały czas zalogowana, bo zapomniała swego hasła. Podobnie z jego pocztą. Zabroniła Kasi dzwonić do niej a moich telefonów nie odbiera.
Od tego czasu udało nam się kilka razy rozmawiać z Dominikiem na Skype, gdy był on z Przemkiem. No i prawdziwe święto - spędziliśmy z nim półtora dnia podczas ferii zimowych. Też dzięki Przemkowi.
Ponieważ część długów zaciągniętych przez Magdę ma zabezpieczenie na hipotece domu należącego do mojego Ojca i mnie, staliśmy się dłużnikami rzeczowymi. Postanowiliśmy podjąć próbę sprzedania tej nieruchomości i ewentualnie też domu Kasi i mojego. Właściwie, jeśli dobrze się zastanowić, nie jest to całkiem zła sprawa. Starzejemy się, za 10 - 15 lat może nas już nie być. Kto w tym układzie przejąłby te chaty? Magda ani Dominik nie. Ola też nie wybiera się do Polski, miałaby z tym zresztą tylko kłopot. A i my nie będziemy w nieskończoność mieć siły do odśnieżania, koszenia, sprzątania, doglądania,... Najrozsądniej więc jest sprzedać to komuś, kto będzie chciał kupić za rozsądną cenę i samemu nabyć małe mieszkanko dla Ojca i nieco większe dla nas. A po nas jedno zostałoby dla Dominika a drugie dla Oli (i tak je zbędzie). Może się powiedzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz