niedziela, lutego 27, 2011

W Trzebnicy.

Wreszcie dotarłem na mecz do Trzebnicy. Wygrały gospodynie nie będąc zagrożonymi ani przez moment. Właściwie przeciwniczki nie postawiły się poważnie ani razu, może rezerwują siły na fazę play off. Rozczarowałem się z jeszcze jednego powodu: liczyłem na to, że zobaczę w akcji pięć byłych gwardzistek a skończyło się na występie jednej tylko. No cóż, bywa.
Przy okazji przypomniałem sobie jazdę koleją z Wrocławia do Trzebnicy. Ostatni raz jechałem tak w 1987 roku. Właściwie nie było tak samo, bo teraz jeździ szynobus a wtedy był prawdziwy pociąg. Za to trasa jest przyjemna, bardziej mi się podoba niż zwykła samochodowa. Chyba trzeba będzie z niej jeszcze skorzystać, gdy już będzie ciepło. Bo też dla mnie Trzebnica zawsze już chyba będzie kojarzyć się z zimnem. Nawet późną wiosną czy latem, gdy we Wrocławiu jest gorąco, ja w Trzebnicy marznę. I może wreszcie uda się wyciągnąć ze sobą Andrzeja.
W Świdnicy zgodnie z planem: gospodynie wygrywają ze wszystkimi do zera. W Sopocie Gwardia dostała lanie okrutne aż strach.

czwartek, lutego 24, 2011

W komplecie.

Wczoraj wróciła Magda. Przywiozła Dominikowi stegozaura, grzechotnika i jaszczurkę. Ku naszemu zdziwieniu obdarowany najbardziej zainteresował się wężem. Czyżby powoli zaczął odchodzić od dinofascynacji. Przedwczoraj też z wielkim zainteresowaniem przeglądał atlas ptaków a nie bawił się gadami.
Przypomniał mi się Tewje Mleczarz. Nawiązując do jego wypowiedzi też wolałbym, by aktualny chłopak mojej córki był choć trochę ode mnie młodszy.

czwartek, lutego 17, 2011

Odliczanie.

Dzisiaj zmarła Karin Stanek, jedna z gwiazd z czasów mojej pierwszej młodości. Co raz szybciej przychodzi mi odliczać.

wtorek, lutego 15, 2011

Ostatni dzień wolności.

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak mówi przysłowie i jest to w moim odczuciu zgodne z prawdą.
No więc jutro po południu Kasia przyjedzie. Razem odbierzemy Dominika z przedszkola.  Do tego czasu Magda, mam nadzieję, zajedzie do Teksasu.  na razie nieco jakby z nudów namieszałem w tym blogu dodając rozmaite linki. Jeszcze trochę wolnego czasu a zrobiłbym z niego swoje osobiste centrum komunikacji. Dam sobie jednak na wstrzymanie. A na razie poprzymierzam się do kolejnych wyjazdów do Świdnicy. A może jeszcze coś popsocę, co mi tam.

niedziela, lutego 06, 2011

Mieszane.

Dzisiaj zmarł Gary Moore. Może nie był on w najściślejszym gronie ulubionych przeze mnie muzyków ale bardzo go ceniłem. Szkoda wielka, zwłaszcza, że wcale nie był w bardzo zaawansowanym wieku. Mógł jeszcze długo nas cieszyć. Tak to już jest, że ciągle przychodzi odnotowywać straty.
Uczucia mam dzisiaj mieszane po meczu, na jakim byłem. Dokładniej po jednym z pięciu meczów. Otóż jedna z drużyn wystąpiła z założeniem, że przegra, bo to się opłacało. Przegrana teraz daje większe szanse ulokowania się wyżej w przyszłości. Jasne, że drużyna, działacze, trenerzy są rozliczani z ostatecznych wyników i z tego punktu widzenia opisane zachowanie jest jak najbardziej racjonalne. Tylko jakoś mi to wygląda niesportowo.  Wiem, że takie zjawiska są częste w "dorosłym" sporcie ale w młodzieżowym? Tyle, że ja już stary jestem, patrz zakończenie poprzedniego akapitu. Swoją drogą ciekawe, jak by to odebrała DM. Nie fakt mojej starości, oczywiście.

czwartek, lutego 03, 2011

Prawie połowa.

Prawie połowa okresu wolności. W domu cicho, nikt się nie szasta. Nawet aż za cicho, bo i Dominika nie ma. Nie jestem rankiem wyklepywany z łóżka, nie potykam się o dinozaury ale plastelinę ciągle rozdeptuję. Jutro wieczorem z przedszkola wraca Dominik i znów będzie ruch, i znów będzie wesoło.
Urozmaicałem sobie czas strojąc żarty z Andrzeja, jak on to mówi, drąc z niego łacha. Wciskałem mu, że chce zostać klawiszem i pilnować swoją aktualną "bratową" oraz posługiwać jej. Nie robiłem tego bezinteresownie, o, nie. Myślę, że to było działanie w interesie jego prawdziwych bratanic. I chyba się udało przynajmniej częściowo.
Zima najwyraźniej zbiera się do odejścia. Ptaki śpiewają przy okazji każdego ocieplenia. W weekend ma być pod dziesięć stopni. I bardzo dobrze, zwłaszcza w weekend. Odstawanie swego na przystankach wieczorami po meczach do wielkich przyjemności nie należy. A propos, widziałem dziś najsłynniejszy ostatnio kawałek Wrocławia, pętlę tramwajową Grabiszyńska Cmentarz. Bałagan tam jest popisowy. Pewnie jeszcze o tej okolicy poczytamy.