Prawie połowa okresu wolności. W domu cicho, nikt się nie szasta. Nawet aż za cicho, bo i Dominika nie ma. Nie jestem rankiem wyklepywany z łóżka, nie potykam się o dinozaury ale plastelinę ciągle rozdeptuję. Jutro wieczorem z przedszkola wraca Dominik i znów będzie ruch, i znów będzie wesoło.
Urozmaicałem sobie czas strojąc żarty z Andrzeja, jak on to mówi, drąc z niego łacha. Wciskałem mu, że chce zostać klawiszem i pilnować swoją aktualną "bratową" oraz posługiwać jej. Nie robiłem tego bezinteresownie, o, nie. Myślę, że to było działanie w interesie jego prawdziwych bratanic. I chyba się udało przynajmniej częściowo.
Zima najwyraźniej zbiera się do odejścia. Ptaki śpiewają przy okazji każdego ocieplenia. W weekend ma być pod dziesięć stopni. I bardzo dobrze, zwłaszcza w weekend. Odstawanie swego na przystankach wieczorami po meczach do wielkich przyjemności nie należy. A propos, widziałem dziś najsłynniejszy ostatnio kawałek Wrocławia, pętlę tramwajową Grabiszyńska Cmentarz. Bałagan tam jest popisowy. Pewnie jeszcze o tej okolicy poczytamy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz