wtorek, listopada 30, 2004

Ha! Jestem wielki! Cha, cha!

Oglądanie telewizyjnych transmisji z posiedzeń sejmowej komisji śledczej (przez niektórych zwanej pościgową) to bardzo fajna sprawa. Patrzę, patrzę i rośnie moja samoocena. Nabieram coraz silniejszego przekonania, że jestem dobry, że jestem niesłychanie uczciwy, a przede wszystkim, że jestem mądry, bardzo mądry. Byle tylko megalomanem się nie stać. Jak ja zniosę brak dostępu do telewizora w przyszłym tygodniu?
Jutro jadę z Dziadkiem do Zgorzelca.

sobota, listopada 27, 2004

Cofnął się czas.

Na prośbę Wojtka P. pojechałem dzisiaj w jego zastępstwie z jego dziećmi na trening techniczny. 4 km na południe od Strzelina. Ostatni raz uczestniczyłem w takim wyjeździe z tak małymi dziećmi co najmniej 10 lat temu.
Było mokro i trochę zimno. Trasy projektował Krzysiek W. Nieco za trudne mu wyszły, więc impreza przeciągnęła się o blisko godzinę. Takie już moje szczęście i właśnie dlatego nie przepadam za pracą na mecie. Ale w sumie jestem zadowolony z tej okazji. Napisałem Wojtkowi, że chętnie pobawiłbym się w to jeszcze w przyszłości. Następna okazja ma być w grudniu. Nie wiem jednak, czy będę mógł w niej uczestniczyć, bo planowo tydzień po 6 XII powinienem mieć całkowicie wykreślony z życia. Ale jeśli wyjazd byłby później, to czemu by w nim nie uczestniczyć?

piątek, listopada 19, 2004

I dobrze i źle.

Mogłem napisać, jak w piosence: "Trochę dobrze, trochę żle".
No więc Ola chyba się załapała na robotę w Anglii. Doskonale, że to w jej specjalności, dokładnie tak, jak chciała. Najlepsze byłoby, gdyby zainstalowała się w tej samej miejscowości, w której jest Łukasz (nie znam nazwy, zapytałem Klaudynę, może mi napisze). Co prawda widzieli się ostatni raz, gdy oboje byli małymi dziećmi, prawie się nie znają, ale mogłoby być im raźniej, gdyby mieli świadomość, że są blisko siebie.
Kasia wróciła wieczorem do domu z niemiłą wiadomością: dwóch Pawłów zrobiło okropne głupstwo i wpadło w paskudne tarapaty. A jak znam życie i pewnych ludzi, będzie jeszcze gorzej.

czwartek, listopada 18, 2004

Jestem normalny.

Wczoraj Pan P., trafikarz, zaszczycił mnie stwierdzeniem, że jestem normalny mimo tego, że przez tyle lat byłem nauczycielem. Odpowiedziałem, że chcąc tę normalność zachować jak tylko mogłem najszybciej uciekłem z zawodu na emeryturę.
Padł dzwonek do drzwi, który Kasia kupiła w ubiegłym roku. W związku z tym Leon musiał robić za dzwonek aż do wieczora, kiedy założyłem nowy. Spodziewam się przesyłek, a on z wielkim oddaniem oszczekuje listonoszy.
Dzisiaj muszę wybrać się do miasta podpisać rachunki. Wpadnie pierwsza kaska z uczelni. Wywołało to u mnie taki zapał, że zamiast sześciu zadań na najnowszej liście dodatkowej napisałem dwanaście. A niech będzie. Zauważyłem, że "młodzi" ludzie są chyba dość pilni, bo zostało odnotowane po kilkanaście pobrań poszczególnych list.
Przed kilkoma dniami odezwała się p. I., moja "koleżanka ze studiów" z pytaniem, czy miejsce po mnie jest jeszcze wolne. Wreszcie robi ten nieszczęsny kurs dający tzw. uprawnienia. Niestety, od początku roku szkolnego minęło przeszło 2 miesiące. Obecnie wcale nie czekają miejsca pracy na chętnych do nauczania mojego przedmiotu. Będzie musiała skończyć sobie w spokoju ten kurs i polować na etat od nowego roku szkolnego albo na jakieś awaryjne zastępstwo w ciągu tego roku.
Dzisiaj wspólne imieniny Klaudyny i Karoliny. Życzenia posłałem.
Wstępnie umówiłem się z Dużą Dorotką na studniówkę. Oczywiście każde z nas będzie czyjąś osobą towarzyszącą: ona Mateusza, ja Kasi. Ale miło mi będzie ją spotkać i pogadać bezpośrednio a nie tylko przez GG.
Czy ja prawie zawsze muszę wpisywać się tu o takiej wczesnej porze? Czy nie jest to przypadkiem w sprzeczności z tytułem tej notki?

piątek, listopada 12, 2004

Dzień "Zemsty"

Wczoraj był dzień "Zemsty" w TVP 1 nadano dwie wersje kinowe tej komedii: z 1956 i z 2002 r. Tak dla porównania. A mam jeszcze nagraną wersje teatralną. Ale już nie oglądałem. Siedzieć cały dzień przed telewizorem to przesada.

I tak sobie zacytuję wypowiedź Papkina:

«"Idź do kata"...
Wdzięczność ludzi, wielkość świata -
Każdy siebie ma na względzie,
A drugiego za narzędzie,
Póki dobre - cacko, złoto;
Jak zepsute - ruszaj w błoto.»

środa, listopada 10, 2004

Filmy.

Wczoraj obejrzałem dwa filmy:
Najpierw w "Heliosie" "Upadek". Bardzo mi sie podobał m. in. ze względu na zerwanie z dotychczasowymi stereotypami. Przyznać jednak muszę, że wytrwanie na nim wymagało sporej odporności nerwowej. To nie było łatwe nawet dla kogoś tak jak ja zahartowanego. A przy okazji miałem pieszy spacerek z domu do kina i z kina do domu.
A później już w domu, w telewizji "Lot 174". Ten film powinni pooglądać sobie ci, którzy mają kłopoty z jednostkami. I to jest jego zasadniczy walor.

czwartek, listopada 04, 2004

No to poświętowałem.

Chociaż właściwie to ja mam już stale święto. Pojechałem z Dziadkiem do Jarosławia na 9 dni. Trochę sobie pochodziliśmy na spacerki, trochę dorobiłem zdjęć. Było pięknie i ciepło. Skutek był dość zabawny: chodziłem po mieście w samej koszuli, a miejscowi w kurtkach, bluzach albo co najmniej w ciepłych swetrach. Już kiedyś zauważyłem, że ludzie ubierają się tam raczej według kalendarza, a nie według panujących warunków atmosferycznych.
W poniedziałek byliśmy na obu cmentarzach i naświeciliśmy świeczek jak nigdy dotychczas. A później poszedłem do Karoliny i Klaudyny. Karolina smsowała, bym przyszedł. Inaczej bym tego nie zrobił, nie chcę by później ktoś mówił, że je nachodziłem pod nieobecność Elki. Elka jest we Włoszech, tam pracuje. Łukasz z kolei pojechał do pracy do Anglii, Karolina normalnie siedzi w Tarnobrzegu, gdzie studiuje. Tak więc dom i jego kocio - psia zawartość jest na głowie Klaudyny.
Trochę sobie we troje pogadaliśmy, zaproponowałem, by Karolina przeszła się ze mną do domu Andrzeja, bo tam jest Dziadek, który o nią się dopytywał ale odmówiła. Nie chce się z Andrzejem widzieć. Cóż to musi być za uraz po obu stronach, skoro od pieciu lat nie utrzymują ze sobą kontaktów? No ale to ich rzecz, oboje są dorośli. Choć mnie jest przykro, bo to przecież prawie najbliższe mi osoby.
Nie widziałem się ani z Jackiem, ani z Irkiem. Wiedzieli, że jestem w Jarosławiu. Irek pewnie jak zawsze nie miał czasu. Zresztą nie bardzo mamy wspólne tematy poza wspomnieniami sprzed przeszło 20 lat. A Jacek mógł bać się, że Dziadek będzie mu robił wyrzuty z powodu jego stylu życia. Zimą, kiedy byłem w Jarosławiu sam, Jacek często do mnie przychodził chociaż na chwilę.
We wtorek wracaliśmy. Po drodze odstawiliśmy Andrzeja do Świętej Anny (po goszczeniu nas potrzebował trzydniowego odpoczynku w klasztorze?) i wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz w Dobrodzieniu, na grób Haliny. Często tamtędy przejeżdżamy, a nigdy nie zatrzymujemy się. Trzeba było się poprawić.
Dzisiaj wziąłem się wreszcie za te nieszczęsne sylabusy. Jutro trzeba je bedzie wydrukować, podpisać i zawieźć.