Zamiast zaplanowanej wycieczki po Wrocławiu miałem dzisiaj niespodziewany i przykry wyjazd. Byłem z ojcem na pogrzebie mojego kuzyna Jurka (Jörga) w Łagiewnikach Małych. Przed śmiercią mieszkał w Skrzydłowicach, w domu rodzinnym mojego ojca. Przed laty, jako dziecko, często tam bywałem, najpierw za życia najstarszej siostry ojca i jej męża, później, gdy Jurek tam gospodarował wraz ze swoją pierwszą, teraz już nieżyjącą, żoną.
Po dzisiejszym pogrzebie rodzina, w tym i my dwaj, spotkała się w Gwoździanach na obiedzie. I okazało się, że najstarszym członkiem rodziny i w ogóle jedynym ze swego pokolenia jest mój ojciec. Z następnego pokolenia było nas pięcioro: wdowa (podwójna, bo wcześniej była żoną innego mojego kuzyna, Jana - Herberta) Truda, kuzynka Marta, kuzyn Józef - Walter, jego żona i jednocześnie przyrodnia kuzynka Elza no i ja. Reszta, pozostałe kilkadziesiąt osób, to młodsze pokolenia. Jejku, jak ten czas leci.
Przy okazji byłem też na cmentarzu w Dobrodzieniu i w Główczycach, gdzie zrobiłem zdjęcie starego domu Kozów. Mam też całe mnóstwo wiążących się z nim wspomnień i, niestety, chyba już nigdy tam nie będę. Zresztą i dom chyba już za długo nie postoi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz