sobota, maja 09, 2009

Coś jednak było.

Coś się zdarzyło. Przecież 1 maja byłem na koncercie Deep Purple. Na rozgrzewkę Cichoński z kolegami. Za wiele czasu nie zajęli, najwidoczniej zdawali sobie sprawę, że lud przyszedł tłumnie, by słuchać kogoś innego. Purple grali poprawnie, to jednak klasa, poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Nie mogę jednak powiedzieć, bym był szczególnie zachwycony. Po prostu na niejednym ich koncercie już byłem i wydaje mi się, że ten wrocławski najlepszy nie był. Cóż, wszyscy się starzejemy, forma spada i czasem to daje się zauważyć. Ale i tak było dobrze.
Natomiast organizacja dobra nie była. Bilety po 100 - 120 zł na trawkę i po 400 zł na miejsca siedzące, nazwane vipowskimi. Cena na miejsca siedzące okazała się najwyraźniej zaporowa, bo sporo ich było pustych, a na trawie głowa przy głowie. No ale może i o to chodziło, by "VIPy" z motłochem się nie mieszały. Po koncercie wychodzenie było w warunkach skandalicznych. Kilkunastotysięczny tłum wypuszczano tylko przez jedną niezbyt szeroką bramę. W dodatku oszczędzano na oświetleniu, większość latarń pozostała wygaszona. Wychodziło się i wychodziło po drodze wdeptując w przywrócone kosze na śmieci. A jak miały być nieprzewrócone, kiedy ich widać nie było? Całe osiedle Zacisze zakorkowane na amen. Wyjazd trwał około godziny. Nikomu jakoś do głowy nie wpadło, by pokierować ruchem tak, aby szybko odkorkować wąskie osiedlowe uliczki.
Ale co tam, ważne, że lanser się lansował. Bywałem na koncertach w Poznaniu, Zabrzu, Katowicach i czegoś takiego nigdy nie było. A tu prezydent miasta pojawił się na estradzie, przyjmował podziękowania (za co?) i opowiadał, jaki to on jest wielki przyjaciel muzyków. Aż mnie zemdliło z wrażenia.
Tak czy inaczej, jednak wypadało tam być. Być może to ostatnia okazja - latka lecą. Poza tym po wybryku z przeniesieniem koncertu Black Sabbath z Hali Ludowej przed laty można było już stracić nadzieję, że ktoś sensowny zechce pograć we Wrocławiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz