W latach 1984-88 pracowałem w SP105 na ul. Grochowej. Wchodziłem w skład najpierw piątki, później czwórki osób kolegujących się bliżej. W kolejności od najstarszej do najmłodszej osoby byliśmy: Anka, ja, Baśka, Marysia i Andrzej (zbieżności imion ze spokrewnionymi ze mną osobami przypadkowe). Z piątki zrobiła się czwórka, gdy Marysia wyjechała z Wrocławia, chyba do Lublina. Później ja zmieniłem pracę, Andrzej wyjechał (po latach wrócił do Wrocławia ale nie do tej pracy). Zostały tylko Anka i Baśka. Baśka mieszkała niedaleko, na Oporowie, opiekowała się matką, też nauczycielką. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, wymienialiśmy informacje, co nowego. Któregoś dnia poinformowała mnie, że Andrzej nie żyje. Ostatni raz widzieliśmy się wiosną ubiegłego roku. Jechała na rowerze z zakupami z osiedlowej Biedronki, zatrzymała się, rozmawialiśmy chwilę. Wyglądała marnie. Wspomniałem jej o śmierci mojego kuzyna, też Andrzeja, zapytałem, co u niej. Odpowiedziała "już jest dobrze", "już jest wszystko w porządku". Odniosłem to do faktu śmierci jej matki, która w ostatnich latach sprawiała sporo kłopotów i rzeczywiście niedawno zmarła. Pożegnaliśmy się, każde udało się w swoją stronę. Ostatnio tak myślałem, że dawno Baśki nie widziałem. Trochę mnie to nie dziwiło, bo zmieniły się rozkłady jazdy autobusów i częściej korzystałem z przystanku, który nie leży na stałej trasie mojej koleżanki. Przedwczoraj śniła mi się, była w czarnym wdowim stroju. Dzisiaj sprawdziłem, okazuje się, że zmarła w lecie i jest pochowana razem z matką. I tak z naszej dawnej czwórki odpadła już połowa i to w kolejności od najmłodszego. Najpierw Andrzej, teraz Baśka. Na kogo kolej?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz